W ciszy stadionu. Futbol to sztuka przegrywania (1)

Karol Chowański 'Challenger'

8 maja 2011, 14:59

1 komentarz

Futbol to (również) sztuka przegrywania. Tak, jak całe życie. Jedni dorastają prędzej, uczą się tego wcześniej. Inni nie dorastają nigdy i z tym truizmem nie są w stanie pogodzić się całe życie.

Tak się ostatnio szczęśliwie dla fanów Blaugrany składa, że klub wygrywa częściej niż przegrywa, a pucharów na Camp Nou przybywa w tempie ekspresowym. Nie zawsze tak było. Pamiętamy bardzo dobrze, gdy tak nie było. Tamte czasy - szczególnie dla sympatyków Barcelony rywali - wydają się z dzisiejszego punktu widzenia prehistorią. Pojęcie "dzisiejszego punktu widzenia" jest tu istotne podwójnie, do czego jeszcze wrócę.

Czasy, które hartowały Barcelonę (i jej kibiców)

Wygrywa się łatwo, przyjemnie i - przy odrobinie szczęścia - w blasku reflektorów. Przegrywa się trudniej, smutniej i jakoś tak samotniej. Obserwujemy ostatnio istne reality show

target="_blank">do czego prowadzi to drugie w stadium skrajności.

Jako culés pamiętamy - a przynajmniej duża część z nas - nie tak dawne czasy, gdy było nam tak kolorowo jak
target="_blank">w filmach Charliego Chaplina. Kibicowanie Barcelonie przypominało wtedy niekończącą się stypę i tylko wczesne wykształcenie zdolności autoironii pozwalało jako tako przetrwać "żarciki" kolegów w szatni po wuefie, na osiedlowym boisku i koloniach. Trochę starszym z nas słowa te jako żywo przypominają niepowodzenia okresu 1994-1996. Trochę młodsi wracają natychmiast wspomnieniami do posuchy sezonów 1999-2004, gdy w ciągu 5 lat największymi sukcesami FC Barcelony były przegrany finał Superpucharu Hiszpanii 1999, Puchar Katalonii 1999 i dymisja Joana Gasparta.

(Naturalnie, mgliste te wspomnienia z przeszłości nieregularnie uzupełniane dobrodziejstwem telegazety, pozwalają precyzyjnie^ uporządkować dziś bezkresne zasoby internetu).

Można powiedzieć, że od zdobycia Pucharu Króla w 1988 roku, Barcelonę dotknęła klęska urodzaju zakończona dopiero mistrzostwem Ligi 1994. To hojna era Dream Teamu Johana Cruyffa z najżywszym (także dla mnie) obrazem triumfującej Barçy na Wembley, której to ery zmierzch rozświetlił jeszcze na krótko zdobyty latem 1994 Superpuchar Hiszpanii*. Poza nim przez dłużące się dwa lata Barcelonie nie udało się zatriumfować w żadnych innych rozgrywkach. Było to tym bardziej gorzkie dla fanów, że wspomnienie wielkich triumfów lat minionych wciąż było tak samo namacalne jak te twarze na plakacie ze ściany.

Najpierw w sezonie 1994-1995 Barça odpadła w 1/8 finału Pucharu Króla z Atlético i ćwierćfinałach LM z PSG kończąc ligę dopiero na czwartym miejscu, by po roku wspiąć się ledwie na Primera División najniższy stopień podium. Poczucie klęski rozgrywek 1995-1996 dodatkowo wzmogły przegrany po dogrywce finał CdR z tym samym Atlético i kwietniowa porażka w rewanżu u siebie (po remisie 2:2 w Monachium decydująca o awansie) z Bayernem w półfinale Pucharu UEFA. Barcelonismo jechało na te wakacje wyjątkowo smutne, a goryczy dodawało oschłe pożegnanie z Johanem Cruyffem jako trenerem. Dopiero nadejść miał festiwal drużyny Bobby'ego Robsona...

... okazując się wraz z pierwszym etapem czasów Van Gaala słodkim preludium do czasów mroku, beznadziei, kompletnie chybionych transferów i niekończącej się passy porażek, porażek, porażek. Ich symbolem słusznie pozostanie po wsze czasy anty-prezes Joan Gaspart. Skalę tamtego kryzysu najlepiej oddają dwie katastrofy w 1. rundach Pucharu Króla z 3-ligowcami (w 2001 roku Barça odpadła z UE Figueres, a rok później z Noveldą CF) i spadek na 15. miejsce (!) w lidze w styczniu 2003 (ówczesny bilans: 6-5-9)... Okres ten miał też jednak swojego wielkiego bohatera, bohatera całej generacji culés, w osobie Rado Anticia. Serb wyciągnął drużynę z dołów tabeli (bilans ligowy 9-6-3), awans do półfinału LM przegrał dopiero w dogrywce i na finiszu rozgrywek jednym punktem wygrał z Bilbao przepustkę do Pucharu UEFA. Pierwszy raz od 4 lat ktoś dał nam nadzieję, że kiedyś jednak może być lepiej.

Tego samego lata nastały rządy Laporty, pojawili się Rijkaard z Ronaldinho, upragnione mistrzostwo Ligi 2005... Reszta to już historia, którą wszyscy doskonale pamiętamy.

Piłka nożna - lustrzane odbicie przemian ogólnospołecznych

Jeśli za okres względnych sukcesów Barçy przyjmiemy umownie ostatnie 10 lat - powiedzmy, od końcówki sezonu 2002-2003 do dziś - to niejako przy okazji musimy zauważyć, że tę dekadę temu świat wyglądał zupełnie inaczej. Nastąpiło ułatwienie, globalizacja i spadek kosztów dostępu do informacji. Informatyzacja totalna. Krótko mówiąc, internet trafił pod każdą strzechę, etyka mediów wymarła, konferencje prasowe trenerów powtarza się równie często co bramki, każdy faul można obejrzeć pod każdym kątem na yotube'ie, na całym świecie zastępy blogerów z setkami milionów forumowiczów roztrząsają 24 godziny na dobę każdą sekundę każdego co ważniejszego meczu...

Bezrefleksyjne przyjmowanie <każdej zasłyszanej bzdury jest dziś modne, a i pisać może teraz w "necie" każdy. Po drugiej stronie ekranu grunt jest bardziej żyzny niż czarnoziemy, bo fanów "zmartwionych" faktem, że "ich" drużyna dostała łomot, nie brakowało na świecie nigdy. Skutek? Rykoszetem obrywa klub, który akurat jest na topie. Ale czy taki hejting uskuteczniano np. na kolekcjonujący w latach 1998-2002 Ligę Mistrzów Real? Na Tryplet MU rocznik 1999? Na grający samba-futbol (prawa autorskie Roberto Carlosa) "Nietykalny" Arsenal? Nie. To były inne czasy piłki nożnej. Szlachetniejsze, bardziej wartościowe, z mnóstwem miejsca na niemal bezwarunkowy wzajemny szacunek. I chyba już minione.

Mówimy zatem o zjawisku "bij (pianę na) mistrza" medialnie potężniejszym wprost proporcjonalnie do postępującej internetyzacji świata i odwrocie dziennikarzy od rzetelności w kuszącą stronę maksymalizacji zysków z reklam, które cierpliwie czekają na końcu żmudnego procesu hodowania jak najwyższej ilości czytelników-internautów**. To pierwsze (tj. bicie piany) pozwala w try miga dowiedzieć się, co trener krzyknął do sędziego - takie banały jak perfekcyjna analiza ruchu warg są dziś przecież "o jeden klik". To drugie zajmuje się tak doniosłych "newsów" rozprzestrzenianiem. A że lepiej sprzedają się informacje o wyższym stężeniu emocji, najlepiej negatywnych? Cóż, to już znak czasów i czynnik ludzki, szkaradnie brudny rewers dobrodziejstwa internetu...

Gdy się nad tym zastanowić, mieliśmy w ciągu tej dekady zaiste kilka fal wylewania pomyj. W Anglii było/jest tak z Chelsea, w mniejszym stopniu z MU i Arsenalem; w Niemczech - z Bayernem; we Włoszech z Interem, Milanem czy Romą; Lyon we Francji itd. W Hiszpanii - i od niedawna w całej Europie - uniwersalnym wrogiem wszystkich pokrzywdzonych fanów*** stała się FC Barcelona.

Efektem tego wysyp dziennikarskich talentów: takich, innych, jeszcze innych i jeszcze-jeszcze innych. Skoro diagnoza, to oczywiste, jest przecież gotowa, to tak to się kończy gdy z anteny schodzą "Sensacje XX wieku" i "Z Archiwum X", a ulubieńcy autorów jedyne poważniejsze triumfy mogą ostatnio odnosić na PlayStation. Takie "artykuły" są bardzo potrzebne, bo pomagają wypełnić wierszówkę i ruch klientów**** w kioskach, na portalu czy blogu gdy idole bieżą od klęski do klęski, od upokorzenia przez mniejsze lub większe wpadki do do kolejnego upokorzenia. Gawiedź na żale i tematy zastępcze chłonna była zawsze... Aha, no i jeszcze jedno pozostaje aktualne. Miejsce stańczyków jest w XXI wieku tam, gdzie było zawsze, praktycznie od zarania dziejów.
target="_blank">W teatrze.

A można było po prostu "porozmawiać w Superpucharze"...

Czy należy zatem to wszystko traktować jeszcze poważnie? Nie sądzę - choć patrząc ogółem na mediosferę, wychodzi, że to dziś wybitnie niepopularny punkt widzenia by milczeć nad tym, co brzmi sensacyjnie. Eureka, przecież można to sprzedać.

Nie szkodzi. Jako kibice Barcelony by głośno cieszyć się kolejnym finałem Ligi Mistrzów w kolorach Blau i Grana, nie potrzebujemy akceptacji ani etyków, ani niespodzianie przebranych nagle zań aktorów własnych scen, a już na pewno nie redaktorów Marki. Z kolei (tym razem) pokonani powinni podchodzić do tego z mniejszym namaszczeniem - to tylko sport (i trochę srebrników), a przecież okazja do rewanżu szykuje się już niedługo.

Gdyby awansował Real, Pep Guardiola chyba nie mówiłby wiele. Rzekłby tylko, że porozmawiamy jeszcze w sierpniu; a kolejny mecz w sobotę, bo Liga nie jest jeszcze wygrana.

W dzisiejszych czasach mimo całej ich urokliwej specyfiki, nadal nie brakuje ludzi, którzy nie tylko potrafią honorowo przyjąć porażkę, ale znacznie więcej mówią o sobie niż o innych. Może również dlatego od czasu do czasu zdarza im się wygrać, a z pojedynczych zwycięstw robi się wiodąca do tytułów cała ich seria... I jakoś mijać nie chce.


/ Cz. 2 wkrótce /



* Naturalnie, na poczet kolejnego sezonu, tj. 1994-1995.
** Kreowanie treści w wiodącym stopniu w reakcji na popyt; innymi słowy: dostarczenie rynkowi tego, czego żąda, oczekuje, potrzebuje klient - w odróżnieniu od (dominującej wcześniej) wyłącznej roli w tym zakresie producenta (w tym przypadku: nadawcy medialnego). W teorii ekonomii do tego zjawiska odwołuje się jedna z warstw znaczeniowych terminu "prosument" (ang. prosumer); zaś w praktyce łatwo je zrozumieć choćby po wydawniczym sukcesie mediów (także w Polsce), które "mówią" ludziom właśnie to, co ci ostatni chcą (lubią) słuchać i czytać.
*** Niezależnie od barw klubowych, znani też jako napinacze, frustraci, obłudnicy, cynicy i hipokryci. Łatwo identyfikowalni po wartości merytorycznej wypowiedzi, dążącej z reguły do zera.
**** Przeważnie młodszego pokolenia, co skromniejszego wykształcenia, statusu singla i nieznajomości języków obcych. Ot, taki przypadek...


^ Zabawna sprawa. Tu link złamała niestety wyjątkowo... autokorekta. Nakładająca w odnośniku na słowo culé automatycznie znak akcentu:) A źródło polecam, bo ciekawe: http://www.webdelculé.com/1899-96/resu-1899.html

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (1)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze