Dziś 30. rocznica zdobycia przez FC Barcelonę pierwszego trofeum Ligi Mistrzów. Hiszpańskie i katalońskie dzienniki przepytały bohaterów tamtego meczu i ich wspomnienia związane z tym wielkim wydarzeniem.
Ronald Koeman
- To było niezapomniane wydarzenie, bardzo ważne ze względu na stan, w jakim był klub. Ludzie byli nastawieni pesymistycznie, bo wcześniej była porażka w Sewilli. Zdobycie czegoś tak ważnego i wielkiego zawsze powoduje zmianę, dodało nam pewności siebie. Klub w końcu miał wymarzony Puchar Europy. To była bardzo ważny wieczór.
- Ja zdobyłem już Puchar Europy wcześniej, w 1988 roku, eliminując Real. Miałem doświadczenie, które było bardzo ważne. Wygrana w finale dodaje pewności siebie, by dalej wygrywać.
- Przyjście Johana do Barcelony zmieniło wiele rzeczy. Stworzono zespół, w którym wszyscy kolegowali się nawet poza boiskiem. Mieliśmy tylko 3-4 obcokrajowców, reszta to byli Katalończycy i Baskowie. Byliśmy bardzo silną mentalnie grupą. Wygrana w finale pomaga rozwinąć się jeszcze bardziej.
- Później wszystko było trudniejsze, gra coraz bardziej skomplikowana. Chodzi o prezentowanie atrakcyjnej, ofensywnej gry i równoczesne wygrywanie. To najtrudniejsze.
- Futbol bardzo się zmienił, jest o wiele bardziej fizyczny. Nie można wierzyć, że da się grać tylko w jeden sposób. Jest ich więcej, ale to prawda, że Barcelona dominuje, lubi mieć piłkę. Niezależnie od osoby trenera filozofia jest taka sama, polega na posiadaniu piłki, otwieraniu boiska i kreowaniu sytuacji.
- Leo Beenhakker wielokrotnie rozmawiał ze mną, żebym przyszedł do Realu, ówczesnego mistrza kraju. Tak samo Juventus i Milan. Byłem bardzo blisko przejścia do Włoch, ale telefon Cruyffa zmienił wszystko. Powiedział, że budował mistrzowską drużynę i że z pewnością we Włoszech o wiele więcej zarobię, ale w Barçy będę lepiej się bawił.
Charly Rexach
- Zdawaliśmy sobie sprawę, że Barça przegrała dwa finały, to była dla nas trauma. Wyszliśmy jednak na boisko z myślą, że możemy wygrać. Wyjdźcie i bawcie się? Nie mogliśmy cierpieć w domach, to był finał, trzeba było się nim cieszyć. Nie znaczy to jednak, że w przerwie jedliśmy pa amb tomaquet [chleb z pomidorami – przyp. red.]. Byłem przekonany, że wygramy, byliśmy lepsi i nie sądziłem, że będziemy tak cierpieć. Dziewięć minut po golu Ronalda trwało wieki, jakbyśmy grali jeszcze dwa kolejne mecze.
- Guillermo Amor był pomocnikiem strzelającym gole, który pracował w defensywie. Kogoś takiego brakuje w obecnym zespole.
- Byłem nieco odsunięty od drużyny, latem kończył mi się kontrakt i nie grałem. Johan zawołał mnie w piątek przed finałem, myślałem, że chciał się pożegnać, a on postanowił, że w środę zagram na Wembley od pierwszej minuty. Myślałem, że oszalał, ale powiedział, że ostrzegał mnie, bym nie imprezował w weekend. Miałem 29 lat i byłem kawalerem.
- Zawsze przygotowywaliśmy się do meczów, nie myśląc o rywalu, tylko o naszej grze. Prawdą jest jednak, że wtedy wystawiliśmy jednego obrońcę więcej i nie atakowaliśmy tak dobrze. Jedną z zalet Salinasa było to, że można było zagrać długą piłkę, on ją przejmował i nie tracił. Dawało to czas drużynie na wyjście do przodu. Gdyby Julio strzelił wtedy gola, do teraz codziennie pokazywano by w telewizji. Byłby wyjątkowy.
- Obecnie ma się wszystkie dane o zespołach, rzuty rożne z jednej strony, z drugiej, wszystkie szczegóły… Kiedyś tego nie było, mieliśmy tablicę, na której zaznaczało się ruchy piłkarzy.
Guillermo Amor
- W szatni nie było widać strachu przed porażką, pojechaliśmy na Wembley przekonani, że możemy wygrać.
- Nie zagrałem w finale przez kartki, ale nigdy do tego nie wracałem. W półfinale byłem zagrożony tak jak wielu kolegów, ale spotkanie z Benficą też było dla nas jak finał, trzeba było dać z siebie wszystko. Mimo że nie mogłem grać, mogłem pomóc grupie i pracować z nią, by była jak najlepiej przygotowana.
- Kiedy Ronald wykonał rzut wolny, świat się zatrzymał, widziałem wszystko w zwolnionym tempie. Miałem koło siebie Oriola Torta, którego przytuliłem po bramce. Ronald bardzo dobrze wykonywał wolne, ale wtedy niemal nie zrobił rozbiegu.
- 1992 był magicznym rokiem, nie tylko zdobyliśmy Ligę Mistrzów, lecz także mistrzostwo po kolejnej porażce Realu na Teneryfie. Do tego igrzyska… W mieście czuć było radość.
- Wtedy biegaliśmy na treningach jedynie w pierwszym tygodniu presezonu.
Julio Salinas
- Obecnie strzał Koemana nie zakończyłby się golem. Mur nie może się ruszać, a z tyłu kładzie się jedne zawodnik. Piłka nie wpadłaby.
- W naszych czasach przygotowanie fizyczne było inne, ja przyszedłem z Atlético, tam biegało się jak na maratonie. W Barcelonie tylko gra w dziadka i treningi z piłką, można było dobrze się tu bawić. A trener przygotowania fizycznego był ten sam!
Komentarze (7)