Przyszłość Leo Messiego jest ważką kwestią nie tylko dla Katalończyków, Hiszpanów czy Polaków. Interesującą opinią na ten temat postanowił podzielić się też, w formie felietonu, Rory Smith - brytyjski korespondent The New York Times, a jednocześnie m.in. autor książki o współczynniku xG pt. Expected Goals: The Story of how Data Conquered Football and Changed the Game Forever.
Wybory, przed którymi stoi Lionel Messi, są następujące. Może podpisać kontrakt na kolejny rok, może dwa, tkwiąc w tym, co wydaje się być pozbawionym miłości, ale lukratywnym małżeństwem z rozsądku z Paris Saint-Germain. Minusem jest to, że musi znosić okazjonalne upokorzenia, słuchając jak jego imię jest wygwizdywane, wyśmiewane i wypowiadane bez należnego szacunku. Plusem jest z kolei szansa na dalszą grę - ale jeśli mamy być szczerzy, nie na wygranie jej - w Lidze Mistrzów.
Opcja druga: może wybrać drogę łatwą, gładką i bezproblemową, która prowadzi prosto do złotego zachodu słońca. Al Hilal bardzo chętnie zapłaciłoby mu oszałamiającą sumę pieniędzy, aby przekształcić saudyjską Premier League w lasvegasową rezydencję jego i Cristiano Ronaldo. Minusy: musiałby pożegnać się z (europejską) Ligą Mistrzów. Plusy: 400 milionów dolarów rocznie.
Trzecia droga, do Major League Soccer - a dokładniej Interu Miami - może oznaczać te same wady i brak takich samych korzyści. Nie zarabiałby nawet blisko tak dużej kwoty. Nadal nie brałby udziału w klubowych rozgrywkach, które ceni najbardziej. Musiałby być trenowany przez Phila Neville'a. Przyciąganie Miami, atrakcyjność Stanów Zjednoczonych i perspektywa Mistrzostw Świata w 2026 roku są kuszące, ale być może niewystarczająco kuszące.
Poza tym wszystkim jest jeszcze droga, którą serce Messiego z pewnością by go poprowadziło. On tak naprawdę nigdy nie chciał opuścić Barcelony. Z pewnością nie chciał odejść w taki sposób, w jaki to zrobił, wygoniony przez surową rzeczywistość ekonomiczną. Messi spędził całą swoją karierę decydując o swoim losie, tylko po to, by charakter jej końca został ustalony za niego.
Poczucie niedokończonych spraw jest obustronne. "To, że Leo nie mógł zostać w naszym klubie, ciągle jest mi solą w oku" - powiedział w zeszłym tygodniu Rafa Yuste, wiceprezydent Barcelony. Życzył sobie, by "wszystkie warunki mogły się ziścić, aby ta historia wzajemnej miłości zakończyła się z Messim w Barçy. Kiedy jesteś zakochany i rozstajesz się z kimś, zawsze chcesz pozostać zakochany."
Jakkolwiek przejaskrawione by to nie było, chamskim byłoby kwestionować szczerość Yuste. Barcelona prawie na pewno widzi jakąś sportową logikę w sprowadzeniu Messiego. Prawidłowo lub nie, klub szczerze wierzy, że sukces jest bardziej prawdopodobny z nim niż bez niego: zarówno bezpośrednio, jako rezultat jego występów, jak i pośrednio, dzięki wzmocnieniu marki, które zapewniłaby jego obecność.
Nie oznacza to jednak, że romantyczny impuls nie jest prawdziwy. Barcelona zaczęła postrzegać Messiego jako platoński ideał swoich zasad, tych, w których był wychowywany od czasów, gdy był nieśmiałym, tęskniącym za domem nastolatkiem w La Masii. Przez własną kolosalną niegospodarność, klub, któremu poświęcił swoją karierę, nie był w stanie dać Messiemu pożegnania, jakiego chciał, lub na jakie zasługiwał. Teraz czuje się w obowiązku to naprawić.
Byłoby jednak naiwnością wierzyć, że to jedyna motywacja. Widoczna fiksacja Barcelony na punkcie powrotu swojego króla jest napędzana przez wir emocji. Sentyment może być jedną z nich, ale również nostalgia, w najczystszym znaczeniu, przywiązanie nie do tego, kim jest Messi, ale do tego, co reprezentuje.
Wszystko, co dotyczy współczesnej Barcelony, wskazuje na to, że stała się ona miejscem obsesyjnym i uzależnionym od odzyskiwania przeszłości, która wciąż wydaje się boleśnie prawdziwa, przytłaczająco obecna. Jest to klub, który jeszcze przed chwilą mógł przekonująco twierdzić, że jest największym na świecie, domem najlepszej drużyny w historii i który nadal wścieka się przeciwko utracie swojego statusu.
Tak wiele z tego, co Barcelona zrobiła w ostatnich latach, było w pewnym stopniu wynikiem braku akceptacji przemijania czasu, kolejnych sezonów. Pogoń za europejską Superligą, mianowanie Xaviego Hernándeza na trenera, zastawianie własnej przyszłości dla natychmiastowej chwały: to rozpaczliwy odruch klubu, który założył, że jego prymat jest naturalnym porządkiem rzeczy, i nie rozumie, dlaczego pozwolono światu się zmienić. Powrót Messiego do Blaugrany dałby opioidowe uczucie cofnięcia się w czasie.
A potem, już bardziej namacalnie, jest polityczna konieczność, wizja władzy. Barcelona nie jest własnością jednostki; jest organizacją członkowską, która funkcjonuje, przynajmniej w teorii, jako demokracja. Joan Laporta, obecny prezydent klubu, już niedługo będzie musiał starać się o kolejny mandat od 143 000 socios.
Obecnie musiałby ubiegać się o reelekcję jako prezydent, który stracił Messiego. Można założyć, że wolałby móc twierdzić, że jest człowiekiem, który przywrócił go tam, gdzie jego miejsce.
W końcu posiadanie Messiego to coś więcej niż posiadanie w swoich szeregach prawdopodobnie największego gracza wszech czasów. Jego przeprowadzka do PSG dwa lata temu udowodniła, że jest on tak samo symbolem, jak gwiazdą. Messi reprezentuje istotność i znaczenie, blask i atrakcyjność. Byłby znakiem, że chude dni dobiegły końca, że Barcelona odzyskała męskość.
Najpilniejszą sprawą jest jednak korzyść dla reputacji, nie dla Laporty jako prezydenta, ale dla Barcelony jako klubu. Niegdyś tak nieskazitelna marka sportowa, jaką można sobie wyobrazić, drużyna, która uważała swoje koszulki za tak święte, że nie chciała ich splądrować przez sponsora, od lat targana jest skandalami.
Superliga była - i jest, biorąc pod uwagę ciągłą odmowę porzucenia projektu - w złym guście. Zarzuty, że poprzedni zarząd klubu wynajął firmę od public relations, aby polepszyć swoją reputację i zszargać wizerunek wielu graczy, dyrektorów i krytyków, nie były dużo lepsze.
Żadna z tych spraw nie była jednak tak szkodliwa jak zarzut, który jest obecnie przedmiotem dochodzenia zarówno hiszpańskich władz sądowych, jak i UEFA, mówiący o tym, że klub zapłacił byłemu wiceprezesowi hiszpańskiej komisji sędziowskiej około 7,6 miliona dolarów w ciągu 17 lat.
Barcelona oczywiście upiera się, że nie zrobiła nic złego: zasugerowała, że wynagrodzenie, o którego wypłatę sędziemu José Maríi Enriquezowi Negreirze w latach 2001-2018 jest oskarżona, związane było z zupełnie normalnymi "raportami technicznymi dotyczącymi sędziowania". Jest to, według klubu, rodzaj rzeczy, które robią wszyscy. Powiedziano nam, że nie ma w tym nic dziwnego.
Ta wersja nie została powszechnie zaakceptowana. Javier Tebas, prezes LaLigi, określił te zarzuty jako "największy kryzys reputacyjny", jaki kiedykolwiek widziała hiszpańska piłka nożna (Barcelona odpowiedziała wezwaniem Tebasa do rezygnacji). Aleksander Čeferin, prezydent UEFA, nazwał to "jedną z najpoważniejszych sytuacji", jakie widział w piłce nożnej. Bez względu na ewentualną karę sportową, uszczerbek na reputacji - w przypadku nieugiętej obrony Barcelony - byłby nie do usunięcia.
Trudno uwierzyć, że to przypadek, iż pogoń Barcelony za Messim stała się w tym kontekście wyjątkowo publiczna. W końcu nie tylko państwa wykorzystują największe gwiazdy do naprawy swojej reputacji, przyciągania wzroku publiczności, stawiania w głębokim cieniu tego, co niesmaczne i nieprzyjemne. Zwykłe drużyny piłkarskie też to potrafią.
Miłość Barcelony do Messiego jest głęboka i szczera. Ale jej potrzeba - jako symbolu władzy, jako przypomnienia tego, czym kiedyś była, jako źródła szybkiej i łatwej dopaminy, jako sposobu na odciągnięcie wzroku od tego, czego wolałaby nie widzieć - jest jeszcze większa.
On ma przed sobą cztery możliwości. W gruncie rzeczy wszystkie są takie same. Barcelona chce go wykorzystać do oczyszczenia swojego wizerunku, tak samo jak PSG chce go wykorzystać do udowodnienia swojej wyższości, Al Hilal chce go wykorzystać do poprawienia reputacji kraju, a Inter Miami chce go wykorzystać do rozwoju ligi. W sercu żadnego z nich nie ma romansu, ani trochę. To jest biznes, tylko biznes, i nic więcej.
Komentarze (12)