Postać Pedriego jest dla Barcelony nie brakującym puzzlem w układance, a tym, od którego zaczyna się budować cały obraz gry zespołu. Kanaryjczyk po raz kolejny pokazał, że jest jednym z najlepszych (o ile nie najlepszym) pomocników na świecie. W meczu z Levante wziął się również za strzelanie goli.
Lamine Yamal zdążył już przyzwyczaić kibiców Barcelony do tego, że jeśli zespołowi nie idzie, to potrafi wziąć grę ofensywną na siebie i stworzyć coś z niczego. Czy to będzie gol, czy to asysta, czy kluczowe zachowanie pod bramką rywala - jego repertuar jest nieskończony. Wczorajszy triumf Barçy z Levante nie byłby jednak realny, gdyby nie inny zawodnik. Choć również jest magikiem, to jego repertuar sztuczek jest całkowicie inny od prezentowanego przez Lamine Yamala. Pedri, bo o nim mowa, to człowiek orkiestra, który wczoraj wziął fortepian na plecy, dając Barcelonie sygnał do ataku swoim golem.
Jeśli jeszcze nie rzucaliście okiem na to, kto został MVP spotkania z Levante, to podpowiemy, że chodzi o bohatera tego artykułu. W oczy rzuca się jedna statystyka, a konkretnie liczba podań, jaką wykonał. 126, z czego 118 było celnych, co daje 94% dokładności. Co więcej, wychodzi nam z tego statystyka 1,4 podania na minutę. Wnioski są proste i niezmienne od dłuższego czasu - akcje Barcelony muszą przechodzić przez Pedriego. Bez jego pieczątki w postaci podania, w drużynie Hansiego Flicka nie dzieje się prawie nic.
Warto również pamiętać o tym, jak ciężko Kanaryjczyk pracuje w defensywie, co znalazło swoje odbicie w statystyce odbiorów. W zeszłym sezonie Pedri był najlepszy w LaLidze (254) ze sporą przewagą nad drugim Cristhianem Mosquerą (190). Kiedy pomyślimy, że potrafi dołożyć do tego zarówno dyrygowanie grą zespołu, a także, jak wczoraj, piękną bramkę z dystansu, pojawia się przed nami profil pomocnika kompletnego. Najprawdopodobniej każdy trener na świecie chciałby mieć w zespole kogoś takiego, jak Pedri.
Komentarze (11)