W czwartek na St. James’ Park Robert Lewandowski po raz 134. w karierze usłyszy hymn Ligi Mistrzów. To dla niego początek prawdopodobnie ostatniej europejskiej kampanii, w której wciąż może odegrać kluczową rolę. Każdy mecz to jedna z ostatnich okazji, by jeszcze bardziej wyśrubować dorobek, który już dziś stawia go wśród największych strzelców w historii rozgrywek.
Robert Lewandowski zaczyna właśnie prawdopodobnie swój ostatni sezon w Lidze Mistrzów. Ma 37 lat, kontrakt z Barceloną wygasa po tym roku i wszystko wskazuje na to, że dla polskiego napastnika to finałowy rozdział w najważniejszych klubowych rozgrywkach Europy. A gdy spojrzy się na jego dorobek, nie sposób nie pomyśleć, że zwieńczenie tej kariery kolejnym wielkim tytułem byłoby zakończeniem jak z bajki.
Mówimy o zawodniku, który odcisnął w Champions League ślad nie do zatarcia: 133 mecze, 105 goli i 26 asyst, trzecie miejsce w historii za Ronaldo i Messim. Zaczynał w Borussii Dortmund, gdzie zdobył 17 bramek i przeszedł do historii czterema golami strzelonymi Realowi Madryt. W Bayernie Monachium rozkwitł na dobre – 69 goli i wreszcie triumf w sezonie 2019/20, gdy zdominował całą Europę. A w Barcelonie? 19 trafień i początkowe rozczarowania, ale też sezon 2024/25, który udowodnił, że w koszulce Blaugrany potrafi jeszcze zabłysnąć.
W poprzednim sezonie Ligi Mistrzów strzelił 11 goli w 13 meczach i dotarł z Barceloną do półfinału. To był najlepszy sezon drużyny od lat i najlepszy jego indywidualny występ w Europie od odejścia z Monachium. Pod względem strzeleckim był to trzeci najlepszy sezon Lewandowskiego w Lidze Mistrzów – po 13 bramkach w 2021/22 i rekordowych 15 w mistrzowskiej kampanii 2019/20. Brakło tylko finału, ale w wieku 36 lat pokazał, że wciąż może dźwigać na barkach wielki klub.
Teraz jednak rola się zmienia. Hansi Flick świadomie zarządza jego minutami – w lidze od pierwszej minuty gra Ferran, a Lewandowski jest oszczędzany. Ale niewykluczone, że w Europie, gdy przychodzi mecz naprawdę ważny, to on ma być wciąż tym pierwszym wyborem. To nie przypadek, że trener szykuje Polaka przede wszystkim na wieczory Ligi Mistrzów – bo właśnie tam doświadczenie, instynkt i zimna krew liczą się najbardziej.
I tu dochodzimy do sedna. To być może ostatnia okazja, by zobaczyć Lewandowskiego w Lidze Mistrzów w roli napastnika decydującego o wyniku. Ostatnia szansa, by jego bramki przechyliły losy półfinału czy finału. Ostatnia możliwość, by postawić kropkę nad "i" w karierze, która i tak już jest legendarna. Kiedyś Lewandowski rywalizował o gole z Messim i Ronaldo. Dziś obaj są już poza Europą, a on został ostatnim przedstawicielem tej wielkiej trójki. Ten sezon to nie tylko jego osobiste pożegnanie z Ligą Mistrzów, ale też symboliczny finał całej epoki napastników, którzy bili rekordy nie do pobicia i na lata zdefiniowali te rozgrywki.
Za nimi w kolejce ustawiają się już nowi kandydaci na legendy – Kylian Mbappé i Erling Haaland. Francuz ma już 55 bramek w 87 meczach, Norweg 49 w zaledwie 48 występach. Obaj są młodzi, głodni i wciąż mają przed sobą całą dekadę, by dołączyć do elity, którą przez lata tworzyli Ronaldo, Messi i Lewandowski.
Z polskiej perspektywy sprawa jest jeszcze prostsza: dla kibiców każdy jego występ w Lidze Mistrzów to coś więcej niż zwykły mecz. To przypomnienie, że przez ponad dekadę mieliśmy swojego człowieka w gronie absolutnych gigantów. A jeśli to rzeczywiście ostatni sezon, to warto się nim po prostu nacieszyć.
A co dalej? Nie można wykluczyć, że Barcelona spróbuje zatrzymać go na korzystnych warunkach – już nie jako etatowego snajpera, ale jako doświadczonego jokera. Zawodnika, który nie musi grać co trzy dni, za to w decydujących chwilach wciąż znajdzie się tam, gdzie padają gole. Motorykę można stracić, instynktu strzeleckiego i zimnej krwi – nigdy.
Komentarze (48)