"Sh*t november" nadszedł już w październiku

Dariusz Maruszczak

8 października 2025, 06:30

36 komentarzy

Fot. Getty Images

Dopiero zaczął się październik, a już można odnieść wrażenie, że Barcelona wpadła w pierwszy poważny kryzys w tym sezonie. W ostatnich starciach z PSG i Sevillą drużyna wyglądała bardzo źle w zasadzie na każdej płaszczyźnie. Najbardziej niepokojący w tym wszystkim nie jest jednak sam obraz czy efekt tych spotkań, tylko to, że mamy do czynienia z powtarzającymi się problemami, które w żaden sposób nie zostały rozwiązane. Bo wbrew pozorom w wielu przypadkach nie są to rzeczy nowe, a ich symptomy mogliśmy dostrzec już w poprzednim sezonie.

To właśnie wtedy, po listopadowym kryzysie zespołu, który Flick ocenił z humorem jako „sh*t november”, można było zacząć zwracać uwagę na pewne problemy zespołu. Na przykład brak budowania szerszego zaplecza, co przyczyniło się do nadmiernej eksploatacji kluczowych graczy i w jeszcze większym stopniu uzależniało zespół od ich formy. Te obciążenia doprowadzały z kolei do urazów i wypadnięcia z gry np. w półfinałowych starciach z Interem takich piłkarzy jak Robert Lewandowski czy Jules Koundé. Do tego dochodziło podejmowanie nadmiernego ryzyka i jednowymiarowy styl bronienia, czego efektem siedem goli strzelonych przez Nerazzurrich. Wątpliwości niekiedy budziły też zmiany przeprowadzane w trakcie gry, reakcja na boiskowe wydarzenia.

Oczywiście te zagadnienia nie mogły też zamazać generalnie świetnej postawy zespołu, znakomitej pracy Flicka i zdominowania rywalizacji w Hiszpanii, żeby była jasność. Ale jednak stanowiły jakąś blokadę w kontekście sukcesu w Lidze Mistrzów. Czasem utrudniały przekuwanie przewagi boiskowej na ostateczny wynik. Mam pewne obawy, że mogą być szklanym sufitem dla ekipy Flicka, który uniemożliwi triumfowanie na miarę wrażeń artystycznych, bo przecież w skali CAŁEGO poprzedniego sezonu Barça była obok Liverpoolu najlepszym zespołem w Europie, a jednak przegrała z nominalnie słabszym Interem. Uważam, że powody tego stanu rzeczy były też w dużej mierze systemowe.

Hansi Flick po meczu z Sevillą mówił o nauce płynącej z tego spotkania i o wyciągnięciu wniosków. Rzecz w tym, że wciąż mówimy o tych samych problemach, gdy drużynie nie idzie, a rozwiązania nie widać. Nawarstwiające się trudności mogą zresztą sprawić, że wyjście z dołka wcale nie będzie takie łatwe. A nawet jeśli uda się to zrobić, w co wierzę, to jednak te wszystkie konteksty, jeśli zostaną zamiecione pod dywan, będą prędzej czy poźniej wychodzić – w półfinale Ligi Mistrzów, jak poprzednio, w Klasykach na krajowym podwórku czy podczas okazjonalnych dołków. Bo system Flicka niesie za sobą dużo polotu i siły ofensywnej, ale też konkretne zagrożenia, na wykorzystanie których rywale są coraz lepiej przygotowani.

Zdrowiu trzeba pomóc

Barcelona cały czas ma problemy z kontuzjami. Kiedyś problem zrzucano na nieudolny sztab Xaviego. Teraz pracują inni fachowcy, a jednak drużyna nadal nie może grać w pełnym zestawieniu i co chwilę ktoś wypada z gry. Być może do jakiegoś stopnia jest to po prostu „ryzyko zawodowe”, które widzimy też w innych klubach, w Barçy mocniej odczuwane przez wąską kadrę. Uważam jednak, że można chociaż próbować ograniczyć te negatywne zjawiska.

Przede wszystkim Flick powinien właśnie zbudować szersze zaplecze. Kontuzje Raphinhi i Lamine’a stanowią ostatni sygnał, że nie można przeforsować liderów zespołu, bo może to wiązać się ze zgubnymi skutkami. Na poziomie jakościowym są oni nie do zastąpienia przez nikogo. Dlatego trzeba rozsądniej gospodarować ich siłami, okazjonalnie dawać odpocząć jednemu czy drugiemu, gdy tylko nadarza się okazja. Tymczasem Lamine świeżo po powrocie po kontuzji rozegrał pełne 90 minut wymagającego pojedynku z PSG, gdy w drugiej połowie było widać, że nie jest sobą. Narzekamy na selekcjonera reprezentacji Hiszpanii (słusznie), to wyciągnijmy też wnioski na swoim podwórku.

W poprzednim sezonie Lamine, gdy tylko Flick mógł go wystawić, grał w podstawowym składzie w 28 meczach z rzędu od listopada do kwietnia. Przy takim natłoku spotkań. Był najczęściej grającym nastolatkiem na świecie (licząc klub i reprezentację), mając 17 lat, z ogromną przewagą w liczbie minut nad starszymi od niego zawodnikami (5311). Co ciekawe, wziął udział w mniejszej liczbie meczów (65) niż inny wielki talent, dwa lata starszy od niego Desire Doue (68), ale Luis Enrique dawkował minuty (3518) swojemu młodemu podopiecznemu. I to nie zawsze wprowadzając za niego duże nazwisko, ale np. 17-letniego Ibrahima Mbaye, który swoją drogą pewnie dzięki temu był przygotowany na tak prestiżowe starcie jak rywalizacja z Barceloną.

Graf. Transfermarkt

Z kolei Raphinha w poprzedniej kampanii był w światowej czołówce piłkarzy, którzy spędzili na murawie najwięcej czasu. Był w tym gronie jedynym skrzydłowym obok znajdującego się niżej niego Mohameda Salaha, a przecież Brazylijczyk to nie tylko gracz ofensywny, ale też wybitnie harujący na boisku zawodnik. Z kolei Jules Koundé był w tej klasyfikacji na drugiej pozycji. Nawet 36-letniego wówczas Lewandowskiego wystawiano do gry od pierwszej minuty bezustannie przez niemal cztery miesiące zmagań. Na poniższej grafice widzimy, jak duża była różnica między najczęściej grającymi piłkarzami Barcelony i innych półfinalistów Ligi Mistrzów (zestawienie na kwiecień 2024), a więcej statystyk tego typu można zobaczyć w tym artykule.

Teraz szalona eksploatacja dotyczy kolejnego piłkarza Barcelony Pedriego. Kanaryjczyk wystąpił we wszystkich 10 meczach Barçy od pierwszej minuty. Flick tłumaczy, że dla Pedriego lepiej jest grać w wyjściowym składzie i dopiero potem ewentualnie schodzić. Nie jestem jednak przekonany co do tego wyjaśnienia. Gdy obecny sezon nabrał tempa po wrześniowej przerwie reprezentacyjnej, Pedri ewidentnie nie wytrzymał fizycznie, co było widać od drugiej połowy starcia z PSG. Jego obecność w kolejnej konfrontacji z Sevillą niewiele dała. Nawet będący w świetnej formie Kanaryjczyk może nie uratować zespołu, gdy brakuje mu paliwa. A przecież on ma już historię poważnych problemów zdrowotnych na skutek długotrwałego obciążenia…

Tylko w tym sezonie Pedri jest 10. piłkarzem z pola, licząc czas spędzony na boisku w klubie (bez KMŚ) i reprezentacji, z TOP5 lig europejskich. Jeśli wyjmiemy obrońców i Kyliana Mbappe, który nie musi pracować w obronie, przed nim jest jeszcze tylko Dominik Szoboszlai. W swojej kategorii wiekowej do lat 23 Pedri zajmuje pierwszą lokatę bez podziału na pozycje

Graf. Transfermarkt

Flick ma duże wymagania wobec swoich piłkarzy na poziomie fizycznym. I dobrze! Nie wiem jednak, czy on do końca zdaje sobie sprawę z tego, że oni mogą pewnych rzeczy po prostu nie przeskoczyć. Że, nawet przy najlepszych chęciach i przygotowaniu, każdy organizm ma swoje granice. Że trudno wymagać ogromnej intensywności, zwłaszcza przy tym stylu gry zespołu i wysokim pressingu, jeśli gra się trzy mecze w tygodniu po 90 minut. Pedri, Koundé, Lewandowski, Raphinha, Cubarsí, Lamine - ponad połowa składu Barcelony jest wyjątkowo eksploatowana w skali europejskiej, co udowadniają liczby z tego tekstu i podlinkowanego wcześniej artykułu. Od kwietnia kontuzje zebrały swoje żniwo u czterech graczy Blaugrany wymienionych na grafice z czasem gry półfinalistów LM (nawrót urazu Lamine'a został wliczony jako drugi uraz). Ostał się tylko Pedri...

Tymczasem ostatni cykl trzech spotkań w ciągu tygodnia rozegrało od pierwszej minuty aż sześciu zawodników. W dodatku zmieniani byli głównie stoperzy. Po słabym, wymęczającym fizycznie i psychicznie pojedynku z PSG Flick zmienił na spotkanie z Sevillą tylko dwóch graczy - jednego z konieczności po kontuzji Lamine Yamala. Jak drużyna mogła być więc dobrze przygotowana do konfrontacji na Pizjuán? 

Dla porównania – zwycięski Luis Enrique wymienił aż sześciu piłkarzy w swoim meczu ligowym, dając grać młodym zawodnikom ze szkółki. Finalnie stracił punkty po golu w końcówce (1:1), ale się z tym pogodził, bo przynajmniej oszczędził kluczowych graczy. Flick ich nie oszczędził, a punktów stracił jeszcze więcej.

Odważne budowanie zaplecza i korzystanie z La Masii

W związku z tym trzeba szukać rozwiązań. Alternatywą jest jedynie dalsze obciążanie gwiazd i naiwne liczenie, że tym razem nie będzie kontuzji. W takim klubie jak Barça nie można bać się rozsądnych objętościowo rotacji w perspektywie rywalizacji z Realem Oviedo. A jeśli w takim spotkaniu są kłopoty nawet w mocnym zestawieniu, to trzeba w piewszej kolejności rozwiązać problemy systemowe. Nie mówiąc o tym, że zmęczony piłkarz, nawet lepszy i bardziej doświadczony, nie w każdych okolicznościach musi być wydajniejszy w konkretnym meczu od młodego, świeżego i utalentowanego gracza, którego największą wadą jest brak nazwiska.

Przykład ostatnich lat powinien pokazać, jaką drogę obrać. W obliczu problemów finansowych i zdrowotnych Barcelona znów hojnie czerpała z La Masii, rezerw lub pozyskanych młodszych graczy bez wielkiego nazwiska, dzięki czemu rozwinęły się kariery Pedriego, Ronalda Araujo (nawet jeśli ta zdaje się w ostatnich sezonach zwijać…), Erica Garcíi, Pau Cubarsíego, Alejandro Balde, Gerarda Martína (mimo wszystko), Marca Casadó, Gaviego, Fermína Lópeza i Lamine Yamala. Czyli połowy członków obecnej rotacji pierwszego zespołu. Mało dowodów?

Dziwi mnie w tej sytuacji strach przed sięganiem po kolejnych młodych zawodników. Zazwyczaj przynosiło to pozytywne efekty, niwelowało luki w kadrze, budowało kariery, zwiększało wartość zawodników. Owszem, nie każdy musi stać się kimś wielkim, ale nie widzę powodu, dla którego tych najbardziej utalentowanych nie można by chociaż sprawdzić, zwłaszcza że pod względem kadrowym jest ku temu miejsce. Jaka jest inna alternatywa budowy zaplecza między okienkami transferowymi? Przecież do dyspozycji są tylko młodzi. Mamy załamać ręce i dalej eksploatować do granic możliwości gwiazdy lub stawiać na zawodników niedających odpowiedniej jakości?

Tymczasem Hansi Flick od roku nie wprowadził na stałe do gry żadnego wychowanka. Mając najlepszą szkółkę na świecie i najlepszą młodą drużynę na świecie (triumfatorzy młodzieżowej Ligi Mistrzów). Trochę zaczynam się obawiać o odpływ talentu z klubu i brak wykorzystania młodych do uzupełniania składu. Tylko w jednym spotkaniu tego sezonu z Realem Sociedad zagrał Dro Fernández, co po niemal dwóch miesiącach kampanii raczej nie wskazuje, że Flick będzie odważniej stawiał na nowy narybek z La Masii.

Zresztą lepszym wyborem byłby Toni Fernández, grający w seniorskiej piłce już od roku. 17-latek wydaje się bardziej gotowy i utalentowany również od Roony’ego Bardghjiego. Z niejasnych dla mnie przyczyn Flick wybiera jednak dwóch zawodników, którzy są albo nieograni, albo nieprzygotowani. A przecież Toni może wejść na wszystkie trzy pozycje w przednich formacjach, co idealnie spełnia potrzeby zespołu i zapewniałoby mu rytm gry w różnych rolach. To jednak materiał na inną opowieść.

Do czego nawołuję? Żeby być mądrym przed szkodą. Żeby drużyna miała przygotowane alternatywy na wypadek problemów. W zespole Flicka często ich zwyczajnie nie ma, a potem jest zdziwienie, kogo wpuścić z ławki, gdy piłkarz x jest kontuzjowany, a y musi zejść z boiska. Barça została wyciągnięta z kryzysu nie tylko z powodu przyjścia niemieckiego szkoleniowca, ale również dlatego, że w odpowiednim czasie ogrywała młodych zawodników poszerzających jej możliwości kadrowe. Wyobraźmy sobie teraz, że klub jednak nie daje im szans w pojedynkach z weteranami, a Barça musi dokupić w najbliższym okienku lewego obrońcę, stopera, z trzech pomocników i jakoś załatwić sobie za grosze najlepszego piłkarza świata.

Wątpliwe zmiany

Nie sposób czasem też rozumieć zmian przeprowadzanych przez Hansiego Flicka. W spotkaniu z PSG nie wprowadził na murawę żadnego piłkarza mogącego dać jakieś ożywienie w ataku, aby odciążyć defensywę i ogólnie ociężały zespół, któremu brakowało jakości z przodu w konfrontacji z wybieganymi zawodnikami Luisa Enrique. Jeszcze gorzej było w pojedynku z Sevillą. Niemiec, mając do odrobienia gola, wprowadził za Frenkiego de Jonga… Andreasa Christensena. Chwilę potem Barça straciła gola, a los jakby skazał trenera za asekuranctwo i skostniałą hierarchię drużyny, w której dodatkowo niezależnie od fatalnego występu Lewandowski i Olmo pozostają na murawie, a młodzi siedzą na ławce. Takich sytuacji, gdy Flick trzyma się tych samych zmian bez względu na okoliczności, było całe mnóstwo również w poprzednim sezonie.

Chaos w defensywie

Podstawowy temat do rozwiązania. Odejście Iñigo Martíneza to jest oczywiście osłabienie zespołu, ale osobiście uważam, że nie wyczerpuje tematu problemów w obronie. Dlaczego? Bo w poprzednim sezonie defensywa nie była żadnem monolitem. Na tym samym etapie kampanii 2024/25 Barça miała straconych 11 goli, a teraz – 12. W całej edycji Ligi Mistrzów traciła niemal dwie bramki na mecz (dokładnie 1,7 - nikt z takim wynikiem nigdy nie awansował do finału). Ciekawa jest statystyka oczekiwanych traconych goli w LaLidze z fbref.com, w przeliczeniu na 90 minut. Obecnie wynosi 1,14, a w całym poprzednim sezonie – 1,1.

We wszystkich rozgrywkach 2024/25 Barça aż dziewięć razy dawała sobie strzelić trzy bramki w jednym spotkaniu. Drużyna Flicka straciła w poprzednim sezonie więcej goli niż zespół Xaviego kiedykolwiek. Na czym więc polega różnica? Na ataku, który wszystko naprawiał. Z kontuzjowanymi kluczowymi postaciami może jednak tego nie zrobić. Owszem, wolimy styl Flicka od stylu Xaviego, a ten pierwszy wiąże się z większym ryzykiem, ale też nie mówmy, że Barça miała w poprzednim sezonie dobrą defensywę.

Temat problemów w defensywie wracał co jakiś czas w minionej kampanii, choć teraz z rozrzewnieniem wspomina się tamte momenty, bo atak wygrywał trofea. Co prawda Barcelona wyróżniła się częstym zakładaniem pułapek ofsajdowych, ale ich statystyka, związana z absolutną dominację w Europie, była nieco złudna – nie pokazywała bowiem, ile Barça straciła goli przez źle założoną pułapkę i zbyt wysoko ustawioną obronę. Żeby ten wynik był miarodajny, trzeba by było jakoś wycenić korzyści z zagrożeniami, a nie przedstawiać tylko jedną stronę medalu.

Ponadto z biegiem czasu to rozwiązanie było coraz lepiej czytane przez rywali. A skoro był to jedyny sposób bronienia, robił się problem. Gdy pułapka ofsajdowa nie wypalała, do obrony wkradał się chaos. Potencjał ofensywny zespołu maskował jednak te problemy i ostatecznie doprowadził do zdominowania rywalizacji w Hiszpanii. Oczywiście w minionej kampanii ta linia była w lepszym stanie, ale do doskonałości było jej daleko i często zwyczajnie przeciekała, o czym teraz trochę się zapomina.

Na obecnym etapie wygląda to tak, że rywale uczą się Barcelony i dysponują już szerokim materiałem poglądowym przy przygotowaniach. Pozostawianie „fejkowego” atakującego na spalonym, aby skupić na nim uwagę obrońców, przy jednoczesnym wbiegnięciu gracza z głębi pola to dość prosty manewr regularnie stosowany przez kolejne ekipy. Podobnie jak pozostawanie za linią środkowego napastnika, który potem tylko czeka, aż zrówna się z nim skrzydłowy z piłką. Przy tak wysoko ustawionej linii obronnej nawet dobre, skoordynowane poruszanie się defensorów w celu pozostawienia gracza na nieprawidłowej pozycji może nie uchronić zespołu od groźnej akcji, gdy rywal stosuje takie manewry. A przecież Barça czasem ustawia się wręcz na linii środkowej, co już jest całkowitym absurdem, skoro przy starcie z własnej połowy nie może być ofsajdu.

Obrońcy Barçy łapią rywala na spalonego, a zawodnik w kółku z tego korzysta

Katalończycy swoim bezalternatywnym sposobem bronienia wręcz ułatwiają rywalom atakowanie. Zdaję sobie sprawę, że taki sposób gry, z wysokim pressingiem, wymaga ustawienia obrony wyżej. Ale czy naprawdę linia musi stawać kilkadziesiąt metrów od swojej bramki, gdy tego wysokiego nacisku już nie ma? Gdy mamy już kompletnie inną fazę akcji? Czy w tym wysokim ustawieniu zawsze trzeba na siłę robić tych parę kroków do przodu, próbując łapać na spalonego, które uniemożliwiają późniejsze dogonienie rywala? Barça w ten sposób całkowicie się odkrywa, dzięki czemu nawet niespecjalnie uzdolnieni zawodnicy i nieszczególnie wytrawne drużyny potrafią bez większego trudu rozmontować jej defensywę.

Nie mam problemu z wysoką obroną, ale KAŻDORAZOWE, siermiężne łapanie na ofsajd nie jest rozsądne. Nie można w ten sposób odkrywać się przez cały mecz. Możesz złapać rywala na spalonym 20 razy i pięknie to widnieje w statystykach, ale raptem dwa razy się pomylisz (i tak wyjdzie wysoka skuteczność...) i możesz przez to przegrać mecz. Przy niepewnej dyspozycji indywidualnej stoperów stosowanie tej skomplikowanej zagrywki przy większości ataków rywala nie powinno mieć racji bytu. Korzystajmy z tego wariantu, ale rozsądniej. Wychodźmy wysoko, ale z umiarem, na miarę okoliczności boiskowych. Nawet jeśli coś jest dobre/konieczne, to wcale nie oznacza, że będzie jeszcze lepsze, jeśli się to doprowadzi do skrajności. Można przesadzić i tak jest moim zdaniem w tym przypadku.

Miękki schemat taktyczny zespołu

Hansi Flick upiera się, że system nie stanowi problemu. Mam jednak co do tego spore wątpliwości na różnych poziomach. Po pierwsze - on wcale nie pomaga tej kruchej defensywie, a przecież powinien chociaż próbować to robić przy jej takim stanie. Do wątków poruszanych powyżej należy dodać to, w jakim schemacie i w jakim personelu gra Barca. Katalończycy najczęściej nie mają na boisku żadnego typowego defensywnego pomocnika. Frenkie de Jong nim nie był, nie jest i nie będzie, on potrzebuje obok lubującego się w pojedynkach gracza od czarnej roboty. Pedri, mimo pewnych walorów w obronie związanych z czytaniem gry i nieustępliwością, nie może być obarczany tyloma zadaniami jednocześnie, często się wykluczającymi. Cieszymy się duetem De Jong - Pedri w rozegraniu, ale w fazie obronnej to nigdy nie będzie optymalne długoterminowe rozwiązanie. Poniżej pewne zachowania Holendra pokazujące, że ustawianie go w roli ostatniej instancji przed defensywą jest co najmniej ryzykowne.

A przecież środkowych pomocników jest tylko dwóch. Kiedyś Barcelona, korzystając z ustawienia 4-3-3, miała w tym sektorze trójkę zawodników. To zapewniało obecność kolejnego piłkarza mogącego nadejść z asekuracją, wrócić pod własne pole karne, aby chociaż próbować przeszkadzać rywalowi na swojej połowie. Teraz takiego kogoś nie ma. Jest za to Dani Olmo, któremu gra w głębokiej defensywie pasuje jak świni siodło. Nie odmawiam mu pewnej aktywności w pressingu, ale, gdy rywale go mijają, Barcelonie zostaje w drugiej linii tylko De Jong i Pedri - Holender z oczywistymi ograniczeniami, a drugi bezrefleksyjnie eksploatowany.

A to nie wszystko. Skrzydłowi też nie pomagają bocznym obrońcom. Lamine Yamal, początkowo bardzo dobrze pracujący w obronie, coraz mocniej dryfuje w stronę piłkarza zwolnionego z obowiązków w defensywie. Być może nie oznaczałoby to jeszcze jakiegoś dramatu, ale pod nieobecność Raphinhi robi się problem. Marcus Rashford nie potrafi jeszcze skoordynować się z kolegami w pressingu, a Lewandowski nie będzie naciskał intensywnie w tym wieku w skali 90 minut rywalizacji.

Zresztą Raphinha w końcówce poprzedniego sezonu też pracował już jakby mniej. Trudno nie wrócić tu do tematu eksploatacji. Brazylijczyk jest unikatowym zawodnikiem na świecie pod względem aktywności w ataku z piłką i bez niej, pełnionych zadań w drugiej linii i pracy w defensywie. Jeśli znów ma równoważyć drużynę w roli dodatkowego pracusia w środku pola, Flick nie może go zajechać.

Brakuje mi też trochę płynności w przejściu z jednego schematu do drugiego. W ekipie Ficka, mimo pewnej ruchliwości i wymienności pozycji niektórych graczy, cały czas obowiązuje sztywne 4-2-3-1, często niezależnie od zmieniającej się sytuacji na boisku i wymogów stawianych przez rywala. Ta jednostronność ustawienia niemieckiego szkoleniowca miała wiele swoich zalet, ale biorąc ją bezalternatywnie, będzie też oznaczać określone zagrożenia. Barça jest odsłonięta, ale wcale nie tylko personalnie – również pod względem systemowym i filozofii gry.

Czy świat się zawali, jeśli w przyszłości druga linia Barçy w jakiejś fazie meczu będzie miała taki kształt?

Styl gry - wszystko albo nic

Można odnieść wrażenie, że wszystko działa (a przynajmniej ofensywa może ograniczyć te problemy wrażliwej defensywy), gdy jest ta mordercza dla rywali dynamika i pressing. Problem w tym, że nie da się grać co trzy dni na takiej intensywności przez 90 minut. Uważam, że właśnie stąd wynika konieczność odrabiania strat, widoczna na każdym etapie pracy Flicka, stąd okazjonalne kryzysy i momenty „odcięcia prądu”. To właśnie dlatego tak ważne jest moim zdaniem używanie szerokiej kadry, odciążanie zawodników. Taki styl gry wręcz tego wymaga. Dlatego dziwi mnie, że Flick tak rzadko z tego korzysta.

A skoro trener tego nie robi, to powinien mieć chociaż przygotowane inne warianty na poziomie stylu gry. Tymczasem Barcelona nadal wygląda jak kurczak bez głowy, gdy musi cofnąć się w defensywie. Niezależnie od składu personalnego. Gdy pressing z jakiegoś powodu przestaje działać, przestaje działać cokolwiek. Bywają też nieskoordynowane wyjścia wyżej, co powoduje rozerwanie spójności w ustawieniu zespołu. Cała struktura się rozsypuje. System Flicka to trochę „wszystko albo nic”. A jeżeli masz tylko plan A, to nie możesz się dziwić, że rywale wiedzą co zaoferujesz i potrafią coraz lepiej się na to przygotować. W tym temacie trochę też zaczynam odnosić wrażenie, że Flick skupia się głównie na wdrożeniu w spotkanie swoich założeń, a mniejszą uwagę poświęca neutralizacji przeciwnika. Nie ma też planu B.

O nadmiernym ryzyku, przede wszystkim związanym z ustawieniem w defensywie, pisałem w lutym po meczu z Atlético. Wtedy też była mowa o wyciąganiu wniosków. A jednak w starciu z Interem Barça zaprzepaściła szanse na finał Ligi Mistrzów, w dużej mierze na skutek podobnego bezsensownego odsłonięcia się w samej końcówce rywalizacji. Nie chodzi tu o rezygnację z filozofii zespołu – chodzi o umiejętne zachowanie w konkretnej, pojedynczej sytuacji, sprawne reagowanie na to, co się dzieje, a nie brnięcie w zaparte wbrew wszystkim okolicznościom.

Użyteczność Daniego Olmo

Można poruszać różne kwestie indywidualne. Generalnie wolałem poprzez ten tekst zająć się sprawami kolektywnymi, ale jednego zawodnika chciałbym opisać osobno, bo moim zdaniem notuje największy zjazd w zespole, choć przecież tym razem wyjątkowo nie doznał żadnej kontuzji. Mój problem dotyczy Daniego Olmo. Ostatnie trzy mecze tego zawodnika były naprawdę bardzo słabe. Hiszpan bardzo często bywa bezbarwny i nie daje tej jakości, jaką powinna wnosić pozycyjna "10" Barçy. Zwłaszcza pod nieobecność Lamine Yamala i Raphinhi nie staje na wysokości zadania. A przecież jest graczem na już, kupionym za wielkie pieniądze w trakcie kryzysu finansowego, właśnie w tym celu.

Nie rozumiem też, dlaczego mimo tak słabej postawy i podatności na kontuzje Olmo tylko w jednym z tych trzech spotkań rozgrywanych w ciągu 11 dni był zmieniany. Prawdopodobieństwo, że nagle w 70 minucie zacznie grać lepiej niż przez poprzednią godzinę było niewielkie, i już dwa razy doświadczenie pokazało, że rzeczywiście nic się nie zmieniło. Olmo występował we wszystkich 10 meczach tego sezonu, ale tylko w dwóch strzelił gola lub asystował.

Tymczasem w La Masii roi się od utalentowanych ofensywnych pomocników czy wszechstronnych skrzydłowych, którzy mogli chociaż wejść z ławki za Olmo. A jednak bezbarwny Hiszpan prezentujący się zdecydowanie poniżej możliwości, niezapewniający odpowiedniej intensywności, cały czas przebywał na boisku. Czy za nazwisko? Wracamy do tematu reakcji na boiskowe wydarzenia.

Fermín López w końcu wróci, i choć też ma swoje ograniczenia, to jednak akurat pracowitości nie można mu odmówić. Szkoda tylko, że trochę nie wykorzystano czasu jego absencji na wprowadzenie kogoś nowego. Przy podatności Olmo na urazy i poważnej kontuzji Gaviego problem może wrócić w przyszłości. A potem pozostaje rozpaczanie, że nie ma alternatywy, co wielokrotnie miewało miejsce za kadencji Flicka. I wtedy albo nie wpuszczamy nikogo świeżego, albo liczymy, że piłkarz, który przez dwa miesiące spędza na boisku kwadrans, będzie w stanie odmienić losy rywalizacji, wchodząc na pięć minut.

Co mówią nam remontady?

Wielokrotnie zachwycaliśmy się remontadami Barcelony w tym i w poprzednim sezonie. Rzeczywiście, pokazywały one pozytywne cechy zespołu Flicka – że nigdy się nie poddaje i potrafi powalczyć o wygraną w niesprzyjających okolicznościach, zdusić rywala swoją siłą ofensywną. Jest z tym jednak pewien problem.

Dlaczego Barça w ogóle musi uciekać się do remontad, żeby wygrywać mecze? Klasowy zespół powinien raczej zwyciężać z większym spokojem, mając często przewagę jakościową nad przeciwnikami. Żebyśmy mieli jasność. Wygrywanie po remontadach nie jest złe. Natomiast jakaś negatywna przyczyna, że trzeba było się uciekać do odrabiania strat, musiała nastąpić, prawda? Złe wejście w mecz, brak koncentracji, zbyt łatwe pozwalanie rywalom na harcowanie w jej strefie obronnej to tylko niektóre z powodów.

Nie inaczej jest w obecnej kampanii. Barcelona musiała odrabiać straty w pojedynkach z Levante, Realem Oviedo i Realem Sociedad. A przecież pierwsze dwa zespoły parę miesięcy temu grały w Segunda División. Z kolei Baskowie są obecnie w strefie spadkowej. Barça musiała więc dokonać remontady w starciach z bardzo nisko notowanymi przeciwnikami. To też dość niebezpieczny sygnał. W tym sezonie Barcelona miała raptem dwa spokojne mecze - z Valencią i Getafe. Z Mallorcą też wygrała 3:0, ale miała spore problemy, w dodatku grając z przewagą dwóch zawodników.

Jak gramy w klasowymi rywalami?

W nawiązaniu do poprzednio wymienionych kwestii. Mam pewne obawy, czy klasowe, dobrze zorganizowane drużyny, mające świetnie czytających rywali trenerów oraz dysponujące środkami jakościowymi, czasem nie będą w stanie skutecznie wykorzystywać tych wszystkich problemów ekipy Flicka i zabezpieczyć się przed jej walorami. Spotkanie z PSG pozostawiło w tym zakresie wiele niepokojących konkluzji. Ekipa Luisa Enrique grała dużo rozważniej, wypunktowując w drugiej połowie Blaugranę jak klasowy bokser. I to bez wyprowadzania swoich najmocniejszych ciosów (Dembélé, Kwaracchelia, Doue). Barça nie wzięła przykładu z pewnych pozytywnych cech triumfatora Ligi Mistrzów, których jej brakuje. A przecież dużo słabsza personalnie Sevilla też potrafiła skrzywdzić Barcelonę.

W Lidze Mistrzów, mimo dojścia do półfinału, tych testów z gigantami nie było specjalnie dużo. Perłą w koronie niewątpliwie było pokonanie Bayernu, ale trudno uznać Atalantę, Benficę czy Borussię za zespoły ze ścisłego europejskiego topu, bo do takich równać musi Barca. Zresztą wszystkie trzy ekipy potrafiły napsuć krwi ekipie Flicka. Katalończycy przegrali za to z bardziej pragmatycznym Interem, choć ekipa Simone Inzaghiego była słabsza pod względem samej gry i potencjalnie nie miała takich możliwości jak Blaugrana. Zwyciężył, tak, przy dużej dozie szczęścia, ale jednak plan i wyrachowanie. Tak zazwyczaj bywa w futbolu.

W Hiszpanii klasowych zespołów oczywiście nie ma wiele. Można do tego grona zaliczyć Real, ewentualnie Atlético. A przecież Los Blancos znajdowali się w schyłkowym okresie projektu Carlo Ancelottiego. Nie chodzi o to, żeby deprecjonować świetne Klasyki i pokonanie Realu na każdym polu, za to należą się brawa. Czy jednak skostniała ekipa wzywanego przez cały rok do dymisji Ancelottiego można uznać za mocniejszą niż wzmocniona za setki milionów drużyna Xabiego Alonso? A przecież Puchar Króla 2025 został rozstrzygnięty dopiero w dogrywce, a i w starciu ligowym na Montjuïc wynik, mimo niewątpliwej przewagi, mógł być różny – ostatecznie skończyło się na 4:3, ale kruchość obrony i brak wyrachowania też mogły zniweczyć wysiłki – tak jak to było na San Siro.

Barça nie miała też łatwo w bojach z Atlético. W LaLidze pierwsze starcie przegrała (1:2), a w drugim musiała gonić wynik (z 0:2 jeszcze w 72. minucie na 4:2). W Pucharze Króla sama dała się dogonić (4:4), a awans ostatecznie wywalczyła jednym z golem (1:0). W niemal wszystkich starciach z ekipami z Madrytu Barça miała dużą przewagę w polu, ale ostatecznie tylko dwa spotkania wygrała względnie spokojnie – Superpuchar Hiszpanii i pierwszy mecz ligowy z Realem. W mojej ocenie – właśnie przez wymienione w tym artykule czynniki, które przydałoby się usprawnić, żeby Barcelona dominowała w Europie, a jej przewaga odzwierciedlała się w pełni na tablicy wyników. Warto w tym kontekście zastanowić się nad tym, o czym ostatnio mówił m.in. Toni Kroos.

W wybranych poniżej meczach półfinałowych i dwóch starciach ligowych Barcelona miała łączny bilans bramkowy +1. Zdecydowanie poniżej tego, co widzieliśmy na murawie. Barça oddała dwa razy więcej strzałów (136) niż jej rywale (65). Jej współczynnik xG wynosił 18,05, a przeciwników – 9,62. Oczywiście można wśród powodów wymieniać gorszą skuteczność, ale nie można nie spojrzeć w drugie pole karne - rywale ze stosunkowo niewielu szans potrafili zdobywać bramki. Nie musieli wcale wiele robić, aby przekuwać okazje w gole, bo Barca, odkrywając się zgodnie z powyższymi mechanizmami, tworzyła im na to miejsce.

Flick out?

Jednocześnie, mimo tych wszystkich zarzutów, myślę, że na tym etapie nie ma jeszcze co katastrofizować. Nie mówiąc o koncepcji zwalniania trenera w trakcie sezonu, którą już gdzieniegdzie można zobaczyć, będąc do tego totalnie nieprzygotowanym. Nawet jeśli nie podchodzę zbyt optymistycznie do autorefleksji Flicka i jego możliwości manewru, to jednak rozwalanie drużyny po dwóch porażkach byłoby co najmniej nierozsądne.

Szkoleniowiec swoją świetną robotą w poprzednim sezonie i tchnieniem ożywczego wiatru w stęchłym katalońskim powietrzu po poprzednim projekcie zasłużył na dalszą spokojną pracę, bez względu na to, co nam się obecnie nie podoba. Uważam, że czas rozliczeń może nadejść najwcześniej podczas kluczowego etapu sezonu, gdy będą rozstrzygać się trofea, czyli już w 2026 roku, a nawet ewentualne wpadki wcale nie muszą przekreślać Flicka. Wszystko zależy od poziomu gry i wyciągniętych wniosków.

Flick musi bowiem iść z duchem czasu i przygotowywać się na to, że rywale będą mieli coraz lepszą koncepcję na to, jak radzić sobie z jego drużyną, z tym bezalternatywnym planem A. Możliwe, że obecnie po prostu przeżywamy gorszy okres (kontuzje, zmęczenie), który hiperbolizuje wymienione problemy, ale niemiecki szkoleniowiec nie powinien zamiatać ich pod dywan. One prędzej czy później będą na jakimś etapie wracać. Nawet jeśli zespół odzyska świeżość, co przełoży się na poprawę dynamiki i usprawnienie całej maszynerii.

Jestem przekonany, że, o ile Barcelona nie posypie się w zakresie kontuzji, będzie lepiej. Natomiast po ponad roku pracy Flicka jestem sceptyczny co do możliwości nie tyle zmiany paradygmatu, tylko jego uwszechstronnienia, bo właśnie tego drużyna potrzebuje, aby zrobić kolejny krok lub chociaż twardo i pewnie stanąć na dotychczasowej pozycji. Obecny kurs chwieje bowiem całą misternie skonstruowaną maszyną. Oby udało się naprostować sytuację, żeby nie było tak jak rok temu, gdy po "sh*t november" nastał "sh*t december". Okazja do odbudowy jest idealna, bo jeszcze w tym miesiącu Klasyk, a w nich Flick notował do tej pory same zwycięstwa.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (36)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze