Joan Laporta: Być może będziemy musieli wrócić do opcji Montjuïc [cz. 1/2]

Mateusz Doniec

2 kwietnia 2026, 09:00

MónEsport

7 komentarzy

Fot. Getty Images

Joan Laporta udzielił obszernego wywiadu dla katalońskiego portalu MónEsport. Prezydent-elekt mówił w nim m.in. o kampanii wyborczej, przebudowie Camp Nou czy planów kadrowych.

MonEsport: Kiedy mówi pan, że kampania była wyjątkowo intensywna, ma pan na myśli wyjątkowo intensywna czy wyjątkowo brutalna?

Joan Laporta: Była bardzo brutalna już na samym początku. Bo złożyli skargę pełną fałszywych informacji do Sądu Krajowego, a takie rzeczy wymagają szacunku. Bo to jest Sąd Krajowy i wiesz, jak może zareagować. To wydało mi się nie na miejscu i już wtedy to powiedziałem. Do tego pełne fałszów i kłamstw. Na szczęście Sąd Krajowy się wyłączył, ale to było tak, jakby oddać Barcelonę w jego ręce. Uważałem to za bardzo niesmaczne i za brudną zagrywkę. Potem wydarzył się cały szereg rzeczy, które się na siebie nałożyły i które, moim zdaniem, pomogły nam osiągnąć tak miażdżący wynik. Myślę, że wyjaśnienie tego, co zrobiliśmy, ratując Barçę, odbudowując ekonomię klubu, tworząc konkurencyjny zespół, popychając do przodu Spotify Camp Nou, samo w sobie było wystarczająco mocne, żeby wygrać, ale działania kontrkandydata przybrały kierunek prowadzący do podziału barcelonismo, podczas gdy my szukaliśmy jedności. Ostatecznie barcelonismo zagłosowało za jednością, zagłosował za ciągłością wykonanej pracy, która cieszy culés.

Rozmawia pan z drugim kandydatem, z Víctorem Fontem? Komentował pan to z nim?

Nie. Nie mam z nim relacji osobistej. Mam z nim relację opartą wyłącznie na szacunku.

Te działania prawne przeciwko Barcelonie ciągle wracają. Zawsze pojawia się ktoś, kto ciągnie zarząd na ławę oskarżonych. Dlaczego? W innych klubach tak się nie dzieje...

Nie wiem, czy w innych klubach tak się nie dzieje...

Nie aż tak.

Może nie aż tak, ale tam też są takie wewnętrzne przepychanki. Barça to katalońska instytucja otwarta na świat i jest bardzo potężna. Ma bardzo ważną reprezentatywność kraju, dlatego jest czymś więcej niż klubem. I cóż, być może Barça jest narzędziem władzy w tej Katalonii, w której żyjemy. Zapewne jest wiele osób bardzo zainteresowanych podporządkowaniem sobie Barcelony. Czy to z odległości 600 kilometrów, czy stąd, z bliska. Dlatego w czasie procesu wyborczego jest tyle interesów, by próbować kierować klubem. Co się z tym wiąże? Każdy ma swój styl. Z mojej strony mógłbym wykorzystać pewne historie, które nam w swoim czasie przekazano, i tego nie zrobiłem, bo to nie jest mój styl, ale inni nie mają oporów, by grać brudno.

W każdym razie te wybory zostały przedstawione jako rodzaj plebiscytu, moglibyśmy tak powiedzieć, nad osobą prezydenta. Były to wybory, które miały ocenić rządy, a wynik okazał się bezdyskusyjny. Czego należy się spodziewać od teraz? Rządów takich jak w ostatnich pięciu latach czy jesteście teraz silniejsi, by podejmować jakieś bardziej zdecydowane działania?

Plebiscyt to było to, czego chciał kontrkandydat. To nie był plebiscyt, tylko ocena wykonanej pracy. Wykonana praca jest czymś obiektywnym. Mamy stadion, na który już wróciliśmy, mamy bardzo konkurencyjny zespół, a jeśli chodzi o ekonomię, musimy utrwalić odbudowę gospodarczą klubu. Co będzie widać od teraz? Ciągłość tego wszystkiego, wraz z działaniami i środkami, które podejmowaliśmy, żeby klub był coraz bardziej efektywny, żeby osiągnąć maksymalną efektywność operacyjną. Oczywiście musimy się poprawiać. We wszystkim można się poprawić. Zarówno w aspekcie organizacyjnym, jeśli chodzi o zarządzanie klubem, jak i w tym, co dotyczy utrwalenia odbudowy ekonomicznej. W tym będziemy się poprawiać, bo już to było widać. Poprawialiśmy się w miarę pokonywania przeszkód i udało nam się uratować klub.

Także na poziomie sportowym. Będziemy się poprawiać pod każdym względem, ale muszę powiedzieć, że po zbudowaniu tak konkurencyjnego zespołu trzeba go utrzymać i dalej konsolidować. To znaczy, nie ma potrzeby wychodzić na rynek tylko po to, żeby na niego wyjść, i musimy nadal patrzeć na to, co mamy u siebie, żeby, jeśli zajdzie potrzeba, poprawić kadrę. Jeśli chodzi o stadion, tam również będzie widać postęp. Wróciliśmy na niego, mamy już dwa pierścienie, z ponad 62 tysiącami miejsc. Rozplanowaliśmy to etapami, by dobrze śledzić rozwój prac. Najpierw będziemy musieli skończyć boczną część trzeciego pierścienia z miejscami VIP na drugim i trzecim poziomie. Potem przyjdzie kolej na trybunę z muzeum, a na końcu za bramki. Jeśli wszystko pójdzie dobrze i nie będzie żadnych nieprzewidzianych okoliczności, i nie pojawią się przeszkody, które zawsze się pojawiają, celem jest to, by na początku 2028 roku stadion był gotowy. Z wykonaną koroną, bo to będzie wymagało więcej czasu. Wtedy będziemy musieli się zatrzymać, bo w tym okresie nie będzie można tam grać. Spróbujemy zmieścić to latem 2027 roku i żeby LaLiga pozwoliła nam rozpocząć mecze domowe później.

A jeśli nie, alternatywą będzie krótkie przeniesienie się na Estadi Johan Cruyff?

Taki był nasz zamiar. Teraz jednak nie wiem, czy będzie to możliwe. To będzie zależało od czasu, jakiego będziemy potrzebować, bo jeśli mówimy o miesiącu, trzech lub czterech meczach, Johan Cruyff byłby idealny. Jeśli meczów będzie więcej, być może będziemy musieli wrócić do opcji Montjuïc.

Bardzo krytykowano was za wybór tureckiej firmy, która go buduje... Cokolwiek pan robi, zawsze budzi to ostrą krytykę, ale ta decyzja była jeszcze bardziej kontestowana.

To był publiczny przetarg i ta firma wyraźnie go wygrała, ponieważ metodologia budowy była odpowiednia, taka, którą uznaliśmy za najlepszą, by szybciej przejść przez ten proces. Podpisała też warunki, których inne firmy startujące w przetargu nie chciały podpisać w projekcie umowy wykonawczej. To prawda, że umowa zawierała szereg kar, które nie są standardem w hiszpańskim sektorze budowlanym, ale uważaliśmy, że tak właśnie powinno być.

Myślę, że to nie spodobało się grupie hiszpańskich firm budowlanych. To była turecka firma budowlana, która chciała zdobyć ważną budowę w Hiszpanii i to jej się udało. Dla nas był to dodatkowy atut i muszę powiedzieć, że jestem zadowolony z wyboru tej firmy. Bo proszę spojrzeć, odczuwałem pewien dyskomfort przed podpisaniem umowy z grupą hiszpańskich firm budowlanych, nie dlatego, że zapadły przeciwko nim wyroki sądowe za ustawianie przetargów, bo cóż... wszystko ewoluuje, to firmy o uznanej renomie i tak dalej. Chodziło też o aspekt polityczny. Mamy precedensy tego, co działo się tutaj w momentach niezbyt odległych i bardzo świeżych, i nie chciałem, by prace zostały zatrzymane, gdyby, na wszelki wypadek, wybuchł jakiś konflikt polityczny i roboty Barcelony stanęły. Rozumiałem, że z turecką firmą ryzyko było mniejsze i pod tym względem dawało mi to pewien spokój.

Co się stało z Turkami? Uważam, że wykonują dobrą pracę. Realizują budowę bardzo wysokiej jakości. Były nieprzewidziane okoliczności, które spowodowały opóźnienia, bo przy budowach tej skali zwykle pojawiają się opóźnienia.

Ale czy firma dotrzymuje terminów, do których się zobowiązała?

Trzeba pamiętać, że kontrakt budowlany jest powiązany z kontraktem finansowym. Musimy to cały czas dopasowywać. I za każdym razem, gdy pojawia się opóźnienie, bo pozwolenia nie dotarły na czas albo doszło do czegoś w konsekwencji wojny w Ukrainie czy czegokolwiek innego, okazuje się, że musimy to dopasować do umowy finansowania. Wtedy negocjuje się z Goldman Sachs i wszystko się dostosowuje. Na tę chwilę, przy takim kalendarzu, jak mamy, już wam mówiłem, że zasadniczo, jeśli nie będzie żadnych nieprzewidzianych okoliczności, na początku 2028 roku mielibyśmy stadion gotowy do inauguracji.

Oskarżają pana o to, że obciążył pan przyszłość Barcelony budową tego nowego stadionu.

Nieee. Mówi się wiele rzeczy, ale to nieprawda. Właśnie struktura finansowania tej inwestycji pozwala powiedzieć, że to, co się spłaca, oddawane jest z dodatkowych dochodów, jakie stadion wygeneruje po ukończeniu. A zatem nie obciążono żadnego aktywa klubu. W żaden sposób nie obciążyliśmy ani teraźniejszości, ani przyszłości Barcelony. Spłata odbywa się z dodatkowych przychodów. Z przychodów, które stadion wygeneruje ponad to, co mamy teraz. Teraz dochody ze stadionu wynoszą pewnie około 110 milionów euro. Bardzo ostrożne prognozy wskazują, że osiągniemy 300. Z tych 300, które będą jeszcze większe, bo jestem o tym przekonany, powstaną trzy części. Jedna dla klubu, druga na spłatę finansowania, a trzecia na ewentualne nieprzewidziane sytuacje.

W sprawie Spotify Camp Nou, w sprawie Negreiry czy w sprawie Olmo zawsze istniało domniemanie winy. Odwrotnie niż powinno być, bo jest pan prawnikiem i dobrze pan wie, że powinna obowiązywać zasada domniemania niewinności. Ten zarząd zawsze jest winny. Czy uważa pan, że myli się potrzebną kontrolę z przypisywaniem winy?

To prawda. To prawda, że w sprawie Negreiry zostaliśmy skazani, zanim nas osądzono, i we wszystkim, co robimy, zawsze szuka się kontrapunktu. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Jesteśmy Katalończykami i jesteśmy do tego przyzwyczajeni. I jesteśmy Barceloną, więc też jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Poza tym odnosimy sukcesy, a to sprawia, że człowiek przyzwyczaja się do takich reakcji. Ale przede wszystkim chodzi o tych, którzy chcą mieć Barcelonę zdominowaną, podporządkowaną.

Real Madryt...

Tak, zasadniczo o to chodzi. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Nawet w sprawie Negreiry chcą wymazać część najbardziej chwalebnej historii Barçy. To nie trzyma się kupy. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni. To, co robimy, to patrzymy naprzód, idziemy za naszymi celami i staramy się nie tracić zbyt dużo czasu na te wszystkie historie. To prawda, że nie można ich całkiem odłożyć na bok, bo ci, którzy chcą nam w ten sposób zaszkodzić, nigdy nie odpoczywają. Ale my po prostu idziemy dalej.

I to nie sprawia, że mogą powiedzieć: "No proszę, znowu ten typowy kataloński wiktymizm"?

Już wystarczająco udowodniłem, że nie jestem żadnym męczennikiem. Ani nie lubię praktykować wiktymizmu. Dlatego mówię ci, że nie lubię zbyt długo zajmować się tymi tematami, bo uważam, że musimy iść naprzód. Nigdy nie chcę patrzeć we wsteczne lusterko. Żadnego wiktymizmu. Po prostu oni mają barcelonitis, a my musimy iść dalej. Jeśli się da, to z dumą, z podniesioną głową. I tak, nie wykonujemy aktów wasalstwa. Staramy się ich nie wykonywać. Chociaż muszę ci powiedzieć, że w tych latach, przy takim stanie klubu, musiałem przejść przez chwile, przez które nie chciałbym przechodzić, ale zrobiłem to dla Barçy.

Mówi pan o Superlidze? Żałuje pan zbliżenia z Realem Madryt?

Zrobiłem to, co musiałem zrobić. A zatem nie żałuję, że w pewnym momencie uznałem, że muszę postąpić właśnie tak.

Czy temat Superligi jest już całkowicie zamknięty?

Tak, jest już całkowicie zamknięty.

Nie mówię tylko o Barcelonie...

Nie. Pozostałe kluby też całkowicie wyrzuciły to sobie z głowy. My wróciliśmy do UEFA, a oni zrobili to zaraz potem. Zarówno Real Madryt , jak i Juventus. Uznaliśmy, że to już odpowiedni moment, bo byliśmy w tym trzy lata i nie wdrożono niczego z tego, nad czym tam pracowaliśmy. Podsumowując tę historię, muszę powiedzieć, że nam to posłużyło do uruchomienia pewnych dźwigni. Fakt uczestnictwa w Superlidze pozwolił nam nawiązać kontakty z Sixth Street, które uczestniczyło w zakupie 25 procent telewizyjnych praw Barcelony z LaLigi. Dzięki temu uzyskaliśmy 688 milionów euro, które w kluczowym momencie pozwoliły nam zatrzymać cios katastrofy, sytuacji bankructwa, w jakiej się znajdowaliśmy. Posłużyły nam też do uporządkowania zadłużenia i do dokonania pewnych inwestycji oraz transferów, które sprawiły, że zespół stał się konkurencyjny. A więc tak, musieliśmy wejść na tę ścieżkę...

Od początku mówiłem, że jesteśmy tam przede wszystkim dlatego, że uważaliśmy, iż można wygenerować pieniądze dla Barcelony, a jeśli przy okazji poprawiłaby się europejska rywalizacja, Liga Mistrzów, to jeszcze lepiej. Myślę, że prezydent Aleksander Čeferin dobrze to zrozumiał. Zmienili format. W kwestii platformy Unify, która miała pokazywać futbol za darmo na całym świecie i z dowolnego miejsca, do której każdy mógłby się podłączyć, to UEFA zostawiła ją do analizy. Jeśli UEFA by się na to zdecydowała i wygenerowałoby to dużo pieniędzy, świetnie. A jeśli nie, to zajęlibyśmy się czymś innym. Jako Barça zawsze rozumieliśmy, że zarządzanie tymi rozgrywkami powinno należeć do UEFA, bo to oni wygrali wybory. Jesteśmy demokratami. Inni sądzili, że nie, że władza powinna należeć do nich. Ja uważałem to za praktycznie niemożliwe.

Jeśli zaś chodzi o sam format rozgrywek, to udało się osiągnąć taki, który daje teraz UEFA o 20 procent więcej pieniędzy, i to możemy sobie w pewnym stopniu przypisać jako zasługę. Ten format utrzymuje zainteresowanie do końca. Wcześniej, przy systemie grupowym, były jeden czy dwa mecze, które praktycznie traciły sens. Ostatnio pewien znajomy powiedział mi: "Słuchaj, oglądałem tę ligową fazę do ostatniej kolejki, bo naprawdę niewiele brakowało, żeby jedni się zakwalifikowali, a inni nie". To jest ciekawsze. I wszyscy możemy przypisać sobie tę zasługę.

Ale z UEFA nadal pozostaje problem z kalendarzem. Teraz na przykład Raphinha doznał kontuzji w bardzo kluczowym momencie sezonu. Wypadnie na pięć kolejek i to może obejmować półfinał Ligi Mistrzów. Czy ten kalendarz nadal jest dodatkowym utrapieniem?

To nie zależy od UEFA. To zależy od FIFA. W pewnym sensie powinniśmy domagać się od FIFA stworzenia międzynarodowego kalendarza, który uwzględniałby rozgrywki, jakie mają najważniejsze kluby. To prawda, że kiedy w meczu towarzyskim Francja - Brazylia w Stanach Zjednoczonych wypada ci przez kontuzję jeden z najlepszych zawodników kadry, to strasznie denerwuje. I oczywiście nie możesz przerzucać odpowiedzialności na zawodnika za to, że zagrał, bo to profesjonaliści, a do tego grają dla swojego kraju i dają z siebie wszystko. To normalne.

Problemem jest ten kalendarz, bardzo napięty i przypadający na moment rozgrywek, w którym walczymy o wszystko. To oburzające, ale zarazem bardzo trudno to rozwiązać. To jest dyskusja historyczna. Pamiętam, że już w mojej pierwszej kadencji stworzyliśmy G-14 i jednym z tematów był właśnie kalendarz rozgrywek. Kluby chciały mieć prawo uczestniczenia w ustalaniu międzynarodowego kalendarza reprezentacji. Nigdy nie da się znaleźć... to skomplikowane. Tym bardziej kiedy pojawiają się głosy domagające się jeszcze większej liczby rozgrywek... Teraz to hiszpańska federacja musi rozmawiać z FIFA... Kluby mają tu naprawdę niewielką siłę.

Skoro już mówimy o Superlidze, jak obecnie wygląda pana relacja z prezydentem Realu Madryt, Florentino Pérezem?

Moja relacja z prezydentem Madrytu opiera się na wzajemnym szacunku.

Był okres, w którym mieliście znacznie większą zażyłość.

Wcześniej uczestniczyliśmy w Superlidze, gdzie zbiegały się nasze interesy. Wtedy kontakt był większy. Ale ten kontakt zaczął zanikać od momentu, gdy pojawili się w sprawie Negreiry. Dają mi różne wyjaśnienia, których nie rozumiem, ale uznałem, że moim obowiązkiem jest wytrwać w temacie Superligi, bo chciałem osiągnąć pewne rzeczy dla Barcelony. Ale widzę, że to wszystko się nawarstwia i że za każdym razem, gdy sędzia próbuje sprawę umorzyć, oni przedstawiają jakiś rzekomo rozstrzygający dowód, którym jest wypowiedź w radiu albo w mediach, dowody, które potem zawsze okazują się nic niewarte. Jest w tym bardzo mroczny interes. Chcą przeciągać to postępowanie, by uzasadniać to, co mówi ich telewizja, według której [uśmiecha się] sędziowie sprzyjają Barcelonie. To pogarszało relację instytucjonalną. Osobista pozostaje oparta na wzajemnym szacunku, ale między klubami relacje bardzo się pogorszyły.

W sprawie Superligi to Barça wyznaczyła Realowi Madryt kierunek. W chwili, gdy Barça ogłosiła odejście, Madryt ogłosił rozwiązanie projektu.

Trzeba zaznaczyć, że działaliśmy w tym z pełną lojalnością. Ponad osiem miesięcy temu podczas spotkania Superligi uprzedziłem, że odchodzimy, że siedzimy w tym ponad trzy lata, a nic nie zostało wdrożone. W tamtym momencie poproszono mnie, byśmy podjęli ostatnią próbę, i uzgodniliśmy, że wszyscy razem pójdziemy do UEFA przedstawić propozycję. W ostatniej chwili powiedziano mi, żebym poszedł sam, bo oni nie mieli najlepszych relacji z UEFA, a ja z Čeferinem zawsze utrzymywałem bardzo serdeczne i bardzo uczciwe stosunki. Čeferin jest Słoweńcem i ma, powiedzmy, brata, który sympatyzuje z Barceloną. Aleksander Čeferin to bardzo poważna osoba. Jest cenionym adwokatem. Zawsze dobrze się z nim dogadywałem i znałem go jeszcze zanim został prezydentem UEFA. Były różnice w kwestii Superligi, owszem. On prosił mnie, żebym się dobrze zastanowił, a ja tłumaczyłem mu powody, dla których tam byliśmy, ale zawsze utrzymywaliśmy kontakt. A więc byłem pomostem z UEFA.

Poszedłem więc z przekazem Superligi do UEFA, sądzę, że z Aleksandrem Čeferinem doszliśmy do konstruktywnego dialogu i mogło dojść do porozumienia co do celów, które sobie postawiliśmy, czyli oceny, czy platforma przynosi pieniądze i zmiany formatu rozgrywek. UEFA już powiedziała nam, że nie zaakceptuje zmiany układu sił w swoim zarządzie. Gdy wracam i wyjaśniam, jak to wygląda, spotyka mnie niespodzianka: oni już powiedzieli Čeferinowi, że nie akceptują tego, co uzgodniliśmy, bo sami też chcieli władzy. W tym momencie zerwaliśmy. Wtedy poinformowałem UEFA i EFC – European Football Clubs – że Barça wraca do rodziny futbolu i wiem, że po naszym ruchu pozostałe kluby również zaczęły wykonywać kroki, by tam wrócić.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (7)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze