José Mourinho udzielił wywiadu Vanity Fair, w którym był pytany o swoją przeszłość w Barcelonie. Nowy trener Realu Madryt przyznał, że nie żywi żadnych złych uczuć wobec Blaugrany, mimo całej historii napiętej rywalizacji z tym klubem.
Vanity Fair: Czasem edukacji był dla ciebie okres w Barcelonie, gdzie pracowałeś pod Bobbym Robsonem. Pep Guardiola był tam piłkarzem, a wy byliście przyjaciółmi. Był kapitanem i znakomitym piłkarzem, a ty zacząłeś pojawiać się jako trener. Czy patrzyliście na siebie i myśleliście – ten gość będzie topowym menedżerem?
José Mourinho: Słuchaj, jest takie zabawne zdjęcie z treningu. Wspominam je ze świetnymi uczuciami. Ja, Pep i Luis Enrique. Byłem młodym asystentem. Pep i Luis byli wtedy po prostu piłkarzami. Byłem wtedy daleko od miejsca, do którego dotarłem. Wierzę, że Pep i Luis myśleli tylko o swojej karierze piłkarskiej, a nie menedżerskiej. Teraz wszyscy jesteśmy zwycięzcami Ligi Mistrzów i osiągnęliśmy to, co osiągnęliśmy.
Ale wtedy, szczerze mówiąc, po prostu staraliśmy się jak najlepiej wykonywać swoją pracę. Oczywiście mogłem dostrzec, że Pep był bardzo inteligentnym piłkarzem, sposób, w jaki grał, jak czytał grę... Oczywiście byłem w stanie też zauważyć, że Luis był liderem, że był motywatorem. To również było odczuwalne. Ale w tamtym czasie nie myślisz o takich rzeczach, tylko o tym, by dawać z siebie wszystko.
Odszedłeś z Barcelony i wzrastałeś jako trener. Pokonałeś Barcelonę w słynnym półfinale Ligi Mistrzów z Interem Mediolan. Później po raz pierwszy trafiłeś do Realu Madryt. Z czasem zaczęto mówić, że stałeś się postacią antybarcelońską, mimo że wcześniej pracowałeś tam jako asystent – że szanujesz klub, ale rozkoszujesz się byciem jego przeciwnikiem i próbami pokonania go stylem różnym od jego firmowego sposobu gry. Czy tak to postrzegałeś?
W Barcelonie przeżyliśmy jako rodzina niesamowity okres. Moja córka trafiła do Barcelony, mając zaledwie miesiąc. Mój syn urodził się w Barcelonie. Ja, moja żona i dzieci spędziliśmy tam cztery wspaniałe lata. Nie mogę mieć żadnych złych uczuć z tym związanych.
Ale piłka nożna to piłka nożna. Grałem przeciwko Barcelonie wiele razy, jeszcze zaczynając w Chelsea przed przejściem do Interu. Wielkie mecze Ligi Mistrzów z Chelsea, potem wielkie mecze Ligi Mistrzów z Interem, a następnie trafiłem do Realu Madryt. Myślę, że to przeznaczenie ciągle stawiało nas naprzeciw siebie.
Ostatecznie nie zaprzeczam, że kocham Real Madryt i dlatego tam wracam. Ale nie mam żadnych złych uczuć wobec Barcelony. Po prostu lubię grać przeciwko niej, ponieważ w futbolu lubisz rywalizować z najlepszymi. Najlepsi zmuszają cię do tego, byś sam stawał się lepszy.
Ludzie uważali cię za antybarcelońskiego po części także ze względu na styl gry twoich drużyn. W tym sezonie Arsenal Mikela Artety był krytykowany za zbyt defensywny futbol albo „antyfutbol” w najbardziej skrajnych przypadkach. Kiedy obserwowałeś takie komentarze, przypominało ci się to, co mówiono o twoich drużynach zdobywających tytuły, gdy Arsenal ostatecznie wygrał ligę?
Nie, w ogóle. Teraz, ale także wcześniej, istniała taka głupia teoria, że „można być wielkim, nie wygrywając”. Dla mnie to totalna bzdura. To stoi w sprzeczności z naturą sportu, bo w sporcie celem jest zwycięstwo.
Nie lubię tego [krytyki stylu gry]. Nie zgadzam się z tym. Uważam, że ludzie pracują i próbują wygrywać, wykorzystując najlepsze cechy, jakie może mieć ich drużyna. Jeśli chodzi o Arsenal, wierzę, że gdyby próbował być drugą wersją Manchesteru City, prawdopodobnie nie zdobyłby mistrzostwa. A zdobył. Trzeba szanować zwycięzców.
Tak właśnie patrzę na Arsenal, ale nie, nie oglądam się wstecz i nie porównuję nas do nich. Bo ostatecznie tamten zespół Interu, który wygrał Ligę Mistrzów – jeszcze przed tym ikonicznym meczem defensywnym, kiedy graliśmy w dziesiątkę przez ponad godzinę – tydzień wcześniej pokonał Barcelonę 3:1.
A ludzie nie mówią o strzeleniu trzech goli i zwycięstwie 3:1 z Barceloną. Wolą mówić o tym, co ja uważam za jeden z najlepszych występów defensywnych w historii w wykonaniu drużyny, która grając w dziesiątkę przez ponad godzinę, wytrzymała napór najlepszego zespołu świata tamtych czasów.
Często mówisz, że w futbolu chodzi o wygrywanie. Czy o coś jeszcze, czy tylko o to?
Chodzi też o to, by grać niesamowicie i strzelać mnóstwo goli. To niewiarygodne, bo Barcelona jest postrzegana jako drużyna grająca świetny futbol, zdobywająca mnóstwo bramek. Ale tkwi w tym wielka sprzeczność. Zespół, który zdobył najwięcej goli w historii hiszpańskiej piłki, to mój Real Madryt z sezonu 2011/12 – 121 bramek i 100 punktów w jednym sezonie. Jak bardzo defensywna była ta drużyna?
Kiedy po raz pierwszy trafiłeś do Realu Madryt, wszedłeś w prawdopodobnie najpopularniejszą współczesną rywalizację. Lionel Messi był u szczytu formy w Barcelonie, Cristiano Ronaldo przeżywał to samo w Realu, a wokół nich było jeszcze wielu dobrych piłkarzy. Jak wyglądało przeżywanie tamtych Klasyków z perspektywy trenera?
Ja uwielbiam grać w takich meczach. Nie oglądałem ich, ja w nich grałem. I po prostu to kochałem. Ale nawet po tylu latach, ile razy spotykałem ludzi na ulicy, mówili mi – przepraszam za to określenie – „Świat się zatrzymywał. Świat zatrzymywał się dla tych meczów”.
I dziś już tak nie jest. Ludzie nie patrzą na Klasyki tak, jak patrzyli wtedy. Świat naprawdę się zatrzymywał. To nie dotyczyło tylko Madrytu i Barcelony ani tylko Hiszpanii. To był cały świat. Ludzie czekali na te spotkania. Oczywiście Cristiano i Messi byli ikonami. Byli dwoma najlepszymi piłkarzami świata. Real Madryt jest najlepszym klubem na świecie. Barcelona jest jednym z najlepszych klubów świata po Realu Madryt.
Szczerze mówiąc, to było szaleństwo. Myślę, że może to było trochę jak rywalizacja Nadala z Federerem albo Nadala z Djokoviciem. Nawet jeśli dziś tenis ma wielu znakomitych młodych zawodników, ludzie kochający ten sport wciąż wspominają tamte lata jako coś wyjątkowego. Tamte Klasyki również były czymś wyjątkowym.
Komentarze (11)