Barça za burtą Ligi Mistrzów

Looky

6 marca 2007, 21:35

Brak komentarzy
Nigdy w historii Ligi Mistrzów nie zdarzyło się, by triumfator obronił tytuł w kolejnym roku. Historia lubi się powtarzać i powtórzyła się kolejny raz. Mimo zwycięstwa 1:0, Barça odpadła już w 1/8 finału Ligi Mistrzów i trzeba przyznać, że odpadła zasłużenie, bo w dwumeczu z Liverpoolem była zespołem gorszym. Konsekwencja taktyczna Beniteza i fakt, że w pierwszej połowie dzisiejszego spotkania "The Reds" powinni zdobyć przynajmniej dwie bramki, przemawia zdecydowanie na korzyść Anglików. Ci, którzy po grudniowym losowaniu odtechnęli z ulgą, dziś musieli przełknąć gorzką pigułkę. Smutek na twarzach Katalończyków obecnych na Anfield mówił właściwie wszystko.

Rijkaard od pierwszych minut zdecydował się zagrać w ataku trio Ronaldinho, Eto'o, Messi, tyle tylko że to defensywa złożona z Oleguera, Puyola, Thurama i Márqueza miała najwięcej pracy. Już początek meczu pokazał, że to niestety nie Barcelona będzie dyktować warunki gry na Anfield. Aktywni Kuyt, Bellamy i Riise niepokoili Valdésa, a goście nie potrafili nawet utrzymać piłki w środku pola. W 12. minucie właśnie Riise, przy biernej postawie Thurama, strzelił zza pola karnego i piłka zatrzymała się na poprzeczce bramki Barçy. Wcześniej Norweg próbował dwukrotnie zaskoczyć Valdésa, za każdym razem brakowało mu jednak szczęścia. Zespół Rijkaarda groźny, choć i tak nie zawsze, był jedynie przy stałych fragmentach gry, jak choćby w 21. minucie kiedy po rzucie wolnym piłki głową nie sięgnął Maqruez. W tej sytuacji arbiter odgwizdał jeszcze pozycję spaloną. Chwilę później błysnął Valdés, który instynktownie odbił najpierw strzał Bellamy'ego, a później Kuyta. Do odbitej futbolówki dopadł Risse i przyjezdnych przed stratą gola uratował Puyol.

W 32. minucie "The Reds" mieli kolejną wymarzoną sytuację. Naciskany bramkarz Barçy źle wybił piłkę i ta trafiła do Sissoko, który huknął z ponad 30 metrów i... trafił w poprzeczkę. Kibice gości przecierali oczy ze zdumienia, bowiem to gospodarze szturmowali połowę gości, a nie odwrotnie. Co z tego, że w posiadaniu piłki znów mieliśmy przewagę, skoro zupełnie nie przekładało się to na sytuacje pod bramką Reiny. Nawet jeśli statystyka strzałów, którą pokazywał realizator transmisji tv, wynosząca w pewnym momencie 10-1 na korzyść L'poolu, była przesadzona, to mówiła w zasadzie wszystko o beznadziejnej grze Barcelony w tej połowie. Gdyby nie gwizdek kończący pierwsze 45 minut, Katalończycy schodziliby na przerwę przegrywając. Dziwne, bo to nam zależało na zdobyciu dwóch goli na Anfield.

W przerwie Rijkaard nie dokonał żadnych zmian, choć na pierwszy rzut oka widać było, że skrzydła w zespole gości nie istnieją. Paradoksalnie Barça zaczęła grać lepiej, choć nie na tyle, by zdominować Liverpool. Drużyna Beniteza schowana za podwójną gardą czekała na kontry, ale to w 53. minucie mogło się zemścić. Wreszcie dobra akcja przyjezdnych umożliwiła wyjście na dobrą pozycję Ronaldinho, ten jednak trafił w słupek. W Katalonii tylko jęk zawodu, tym bardziej, że podobnych sytuacji Barcelona później już nie miała. W 60. minucie bezbarwnego dziś Eto'o zmienił Giuly, a za nękanie Valdésa wziął się tym razem Gerrard, który najpierw w 58. a później w 73. minucie starał się wyprowadzić Liverpool na prowadzenie. Ale to Barça zdobyła gola. Xavi świetnie zagrał do wprowadzonego chwilę wcześniej Gudjohnsena, ten "położył" na ziemi Reinę i strzelił do pustej bramki.

Barcelona poszła za ciosem i już w 76. minucie Ronaldinho groźnie strzelał, ale bramkarz "The Reds" był na posterunku. Później jednak groźnie kontrowali gospodarze. W 83. minucie z rzutu wolnego, na szczęście w mur, uderzał Fabio Aurelio, a w doliczonym czasie gry Crouch zmarnował doskonałą sytuację pudłując z pięciu metrów. Po doliczonych trzech minutach zwycięstwo, lecz tylko na otarcie łez, stało się faktem. Katalończycy schodzili z boiska ze spuszczonymi głowami, a kibice Barçy zgromadzeni na Anfield na pewno nie zapamiętają tego spektaklu jako udanego meczu swoich ulubieńców.

Czy można było dzisiaj wygrać 2:0? Patrząc realnie przez pryzmat tego co Barça pokazała w przekroju całego meczu - nie. Pierwsza słaba połowa, w której i tak mieliśmy dużo szczęścia, postawiła zespół w bardzo trudnej sytuacji. Warto w tym miejscu zauważyć, że Barcelona nie miała dziś skrzydeł, czyli tego co w nowoczesnym futbolu jest wręcz konieczne. Oleguer i Thuram w ataku nie istnieli. Niewiele pokazał Eto'o, nieco więcej Ronaldinho i Messi - to wszystko jednak bez wyrazu i absolutnie bez magii, która widocznie była na Anfield potrzebna, by awansować. Benitez niczym nie zaskoczył, a i tak triumfuje. Na wszelkie oceny przyjdzie czas po zakończeniu sezonu, w tej chwili pamiętajmy, że Barça wciąż walczy o mistrzostwo kraju i Copa del Rey. Pamiętajmy, że trzy lata temu mogliśmy tylko marzyć, by grając w Lidze Mistrzów bronić tytułu zdobytego rok wcześniej. To dla tych, którzy najchętniej pozbyliby się połowy obecnego składu i sprowadzili ponadprzeciętnych napastników rodem z najlepszych opowieści o Florentino Perezie.

Barça - mes que un club. Dziękujemy za udział w Champions League.

FC Liverpool - FC Barcelona 0:1 (0:0)
0-1, min.74: Gudjohnsen

Liverpool: Reina; Finnan, Carragher, Agger, Arbeloa; Riise, Sissoko, Xabi Alonso, Gerrard; Bellamy (Pennant, min.66), Kuyt (Crouch, min. 89).

FC Barcelona: Valdés; Oleguer, Thuram (Gudjohnsen, min.70), Puyol; Márquez, Iniesta, Xavi, Deco; Ronaldinho, Messi, Eto'o (Giuly, min.60).

Arbiter: Herbert Fandel

Żółte kartki: Arbeloa, Sissoko, Pennant, Reina (Liverpool) - Thuram (Barcelona)
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze