Święta będą białe: Barça - Real 0:1
Nadmuchany do granic możliwości bordowo- granatowy balon pękł dziś z wielkim hukiem. Nie dlatego, że Barça przegrała, lecz dlatego, że uczyniła to w Gran Derbi i to na Camp Nou, gdzie blisko 100 tysięcy katalońskich fanów oczekiwało jednego, a otrzymało coś zupełnie innego. Coś czego tak naprawdę się nie spodziewaliśmy, nawet bez Messiego w składzie.
Frank Rijkaard zanotował dzisiaj drugą porażkę za swojej kadencji w Gran Derby rozgrywanych na Camp Nou. Zespół Barcelony nie potrafił pokonać dobrze dysponowanej dziś drużyny Bernda Schustera i uległ przed własną publicznością 0:1. Przegrał, choć wygrać powinien, ale nie ze względu na grę, bo ta najwyższych lotów nie była. Powinien wygrać, bo takie mecze na Camp Nou wygrywać należy. Problem w tym, że nie zawsze można.
Początek spotkania nie zapowiadał tak fatalnego wyniku dla zespołu "Dumy Katalonii". Pierwsze minuty to twarda, zdecydowana walka w środku pola. Obydwa zespoły badały swoje możliwości. Pomimo kilku składanych akcji z udziałem m.in. Ronaldinho, to goście pierwsi oddali strzał na bramkę. w 12 minucie po dośrodkowaniu Sneijdera, do piłki doszedł Pepe, jednak jego strzał głową w środek bramki pewnie zatrzymał Valdés. Następny kwadrans nie obfitował niestety w sytuacje podbramkowe; owszem gol padł, jednak sędzia słusznie uznał, że Robinho był na spalonym. Twarda gra przyniosła jedynie efekt w postaci żółtej kartki dla Puyola. Po 25 minucie ataki FC Barcelony przybrały na sile, strzały Xaviego i Ronaldinho napędziły sporo strachu obronie "Królewskich". Był to, jak się później okazało, najlepszy okres gry Barcelony w całym spotkaniu.
Kluczowy moment dla spotkania nadszedł niespodziewanie w 36 minucie meczu. Po kilku groźnych sytuacjach w obrębie pola karnego Casillasa, nastąpiła przerwa w grze. W szyki obronne Barçy wkradło się rozprężenie, co bezlitośnie wykorzystali napastnicy Realu Madryt. Po pięknej akcji van Nisterlooya z Julio Baptistą, ten drugi nie dał żadnych szans Victorowi Valdésowi, precyzyjnie umieszczając piłkę w okienku strzeżonej przez niego bramki.
Później mecz nieco się uspokoił, ataki Barçy przestały nękać pole karne Realu Madryt. Swoich sił w ofensywie próbował Ronaldinho, jednak jego akcje ograniczały się do ustawicznego padania w okolicach "16" Ikera Casillasa. Sędzia Mejuto Gonzalez, rozgrywający dziś średnie zawody nie dawał nabierać się na triki Brazylijczyka. W rezultacie pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:0 dla "Los Merengues".
Po przerwie gra drużyny Franka Rijkaarda nie porywała. Sam trener, widząc sytuację na boisku polecił rozgrzewać się Bojanowi i Dos Santosowi. W ofensywie Barcelony działo się niewiele, poza kolejnymi próbami wymuszenia stałych fragmentów gry przez Ronaldinho. Około 60 minuty zaczęła zarysowywać się wyraźna przewaga gości z Madrytu. Pomimo wejścia na plac gry Bojana i Dos Santosa, FC Barcelona nie mogła sforsować obrony Realu Madryt. Gra Blaugrany stwarzała wrażenie, że zespół myśli tylko o uniknięciu kompromitującej porażki. W końcówce mecz się ożywił, z obydwu stron posypały się liczne ataki. Piękną sytuację strzelecką zmarnował Krkic, a chwilę później Yaya Toure nie trafił w bramkę Casillasa. Wymiana ciosów nie przyniosła rezultatu w postaci gola i wynik już do końca pozostał taki sam.
Na uwagę zasługują dwie rzeczy; pierwszą z nich jest postawa naszego "Cracka nr.1" w najważniejszym meczu sezonu. Nieliczne udane akcje w wykonaniu Ronaldinho potwierdzały tylko prawdę starego przysłowia, że "dla chcącego nic trudnego". Jednak dzisiaj tych chęci w wykonaniu Gaúcho zabrakło; być może wszystkie siły witalne zabrały mu "wyczerpujące" treningi w jego wykonaniu, kiedy zajmował się wszystkim oprócz ciężkiej pracy wraz z resztą zespołu. Niezależnie od przyczyn postawy w dzisiejszym spotkaniu, w najbliższej przyszłości należy spodziewać się rozstrzygnięć w kwestii dalszej przyszłości Brazylijczyka. Grę Gaúcho najlepiej skwitowali kibice siedzący na Camp Nou, kiedy w 81 minucie spotkania, po kolejnej żałosnej stracie piłki, na jego osobę posypały się gwizdy z trybun.
Drugą rzeczą wartą skomentowania jest postawa samego Rijkaarda wobec Ronaldinho. "Mister" sprawiał wrażenie jak gdyby cały mecz miał na celu sprawdzenie formy Gaúcho. Holender najpierw wpuścił na boisko Dos Santosa za Deco i przesunął tym samym Ronaldinho na środek ataku. W późniejszej fazie spotkania doszedł najwyraźniej do wniosku (słusznego zresztą), że Brazylijczyk zupełnie nie radzi sobie na tej pozycji i przesunął go na środek pomocy za Iniestę. Ze skutkiem podobnym jak poprzednio. Rijkaard przegrał pojedynek z Berndem Schusterem, i to przegrał wyraźnie. Nie potrafił doprowadzić drużyny do zwycięstwa po dobrym meczu z Valencią. Buńczuczne, przedmeczowe wypowiedzi płynące z Kastylii okazały się prawdą; Real Madryt nie tyle po znakomitej, lecz skutecznej i konsekwentnej grze pokonał szamotającą się i najwyraźniej targaną wewnętrznymi problemami Barcelonę.
Dzisiejszy wieczór wszyscy Cules zapamiętają jako dzień porażki. FC Barcelona miała okresy dobrej gry, ale nie potrafiła udokumentować tego golami. Za kilka dni już nikt nie będzie wspominał, że to my pierwsi byliśmy bliscy zdobycia bramki. Nie będzie się chwalić świetnego występu naszych młodzików. A już najmniej będzie mówić się o postawie arbitra w tym meczu, którego sędziowanie można podsumować przymiotnikiem "dziwne". W statystykach zostanie jedynie wzmianka, że oto 204 oficjalne Gran Derby zakończyło się zwycięstwem Realu Madryt.
I oto jest smutna prawda na dziś. Nie prezentujący wielkiego futbolu Real, pokonuje prezentującą nieskuteczną i pozostawiającą wiele do życzenia grę Barcelonę. Miał być piękny wieczór i radość w barcelońskiej fontannie Canaletes, tymczasem jest smutek i żal, a w Madrycie łzy szczęścia.
FC Barcelona - Real Madryt 0:1
Baptista 36'
Składy:
FC Barcelona: Valdés; Puyol (Zambrotta 76'), Márquez, Milito, Abidal; Touré, Xavi(Bojan 81'), Deco (Dos Santos 57'); Iniesta, Ronaldinho y Eto'o.
Real Madryt: Casillas; S. Ramos (Torres 87'), Cannavaro, Pepe, Heinze; Diarra, Sneijder (Gago 78'), Baptista, Raúl; Robinho (Robben 84') y Van Nistelrooy.
Żółte kartki:
Puyol (27')
Ramos (45')
Milito (67')
Frank Rijkaard zanotował dzisiaj drugą porażkę za swojej kadencji w Gran Derby rozgrywanych na Camp Nou. Zespół Barcelony nie potrafił pokonać dobrze dysponowanej dziś drużyny Bernda Schustera i uległ przed własną publicznością 0:1. Przegrał, choć wygrać powinien, ale nie ze względu na grę, bo ta najwyższych lotów nie była. Powinien wygrać, bo takie mecze na Camp Nou wygrywać należy. Problem w tym, że nie zawsze można.
Początek spotkania nie zapowiadał tak fatalnego wyniku dla zespołu "Dumy Katalonii". Pierwsze minuty to twarda, zdecydowana walka w środku pola. Obydwa zespoły badały swoje możliwości. Pomimo kilku składanych akcji z udziałem m.in. Ronaldinho, to goście pierwsi oddali strzał na bramkę. w 12 minucie po dośrodkowaniu Sneijdera, do piłki doszedł Pepe, jednak jego strzał głową w środek bramki pewnie zatrzymał Valdés. Następny kwadrans nie obfitował niestety w sytuacje podbramkowe; owszem gol padł, jednak sędzia słusznie uznał, że Robinho był na spalonym. Twarda gra przyniosła jedynie efekt w postaci żółtej kartki dla Puyola. Po 25 minucie ataki FC Barcelony przybrały na sile, strzały Xaviego i Ronaldinho napędziły sporo strachu obronie "Królewskich". Był to, jak się później okazało, najlepszy okres gry Barcelony w całym spotkaniu.
Kluczowy moment dla spotkania nadszedł niespodziewanie w 36 minucie meczu. Po kilku groźnych sytuacjach w obrębie pola karnego Casillasa, nastąpiła przerwa w grze. W szyki obronne Barçy wkradło się rozprężenie, co bezlitośnie wykorzystali napastnicy Realu Madryt. Po pięknej akcji van Nisterlooya z Julio Baptistą, ten drugi nie dał żadnych szans Victorowi Valdésowi, precyzyjnie umieszczając piłkę w okienku strzeżonej przez niego bramki.
Później mecz nieco się uspokoił, ataki Barçy przestały nękać pole karne Realu Madryt. Swoich sił w ofensywie próbował Ronaldinho, jednak jego akcje ograniczały się do ustawicznego padania w okolicach "16" Ikera Casillasa. Sędzia Mejuto Gonzalez, rozgrywający dziś średnie zawody nie dawał nabierać się na triki Brazylijczyka. W rezultacie pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:0 dla "Los Merengues".
Po przerwie gra drużyny Franka Rijkaarda nie porywała. Sam trener, widząc sytuację na boisku polecił rozgrzewać się Bojanowi i Dos Santosowi. W ofensywie Barcelony działo się niewiele, poza kolejnymi próbami wymuszenia stałych fragmentów gry przez Ronaldinho. Około 60 minuty zaczęła zarysowywać się wyraźna przewaga gości z Madrytu. Pomimo wejścia na plac gry Bojana i Dos Santosa, FC Barcelona nie mogła sforsować obrony Realu Madryt. Gra Blaugrany stwarzała wrażenie, że zespół myśli tylko o uniknięciu kompromitującej porażki. W końcówce mecz się ożywił, z obydwu stron posypały się liczne ataki. Piękną sytuację strzelecką zmarnował Krkic, a chwilę później Yaya Toure nie trafił w bramkę Casillasa. Wymiana ciosów nie przyniosła rezultatu w postaci gola i wynik już do końca pozostał taki sam.
Na uwagę zasługują dwie rzeczy; pierwszą z nich jest postawa naszego "Cracka nr.1" w najważniejszym meczu sezonu. Nieliczne udane akcje w wykonaniu Ronaldinho potwierdzały tylko prawdę starego przysłowia, że "dla chcącego nic trudnego". Jednak dzisiaj tych chęci w wykonaniu Gaúcho zabrakło; być może wszystkie siły witalne zabrały mu "wyczerpujące" treningi w jego wykonaniu, kiedy zajmował się wszystkim oprócz ciężkiej pracy wraz z resztą zespołu. Niezależnie od przyczyn postawy w dzisiejszym spotkaniu, w najbliższej przyszłości należy spodziewać się rozstrzygnięć w kwestii dalszej przyszłości Brazylijczyka. Grę Gaúcho najlepiej skwitowali kibice siedzący na Camp Nou, kiedy w 81 minucie spotkania, po kolejnej żałosnej stracie piłki, na jego osobę posypały się gwizdy z trybun.
Drugą rzeczą wartą skomentowania jest postawa samego Rijkaarda wobec Ronaldinho. "Mister" sprawiał wrażenie jak gdyby cały mecz miał na celu sprawdzenie formy Gaúcho. Holender najpierw wpuścił na boisko Dos Santosa za Deco i przesunął tym samym Ronaldinho na środek ataku. W późniejszej fazie spotkania doszedł najwyraźniej do wniosku (słusznego zresztą), że Brazylijczyk zupełnie nie radzi sobie na tej pozycji i przesunął go na środek pomocy za Iniestę. Ze skutkiem podobnym jak poprzednio. Rijkaard przegrał pojedynek z Berndem Schusterem, i to przegrał wyraźnie. Nie potrafił doprowadzić drużyny do zwycięstwa po dobrym meczu z Valencią. Buńczuczne, przedmeczowe wypowiedzi płynące z Kastylii okazały się prawdą; Real Madryt nie tyle po znakomitej, lecz skutecznej i konsekwentnej grze pokonał szamotającą się i najwyraźniej targaną wewnętrznymi problemami Barcelonę.
Dzisiejszy wieczór wszyscy Cules zapamiętają jako dzień porażki. FC Barcelona miała okresy dobrej gry, ale nie potrafiła udokumentować tego golami. Za kilka dni już nikt nie będzie wspominał, że to my pierwsi byliśmy bliscy zdobycia bramki. Nie będzie się chwalić świetnego występu naszych młodzików. A już najmniej będzie mówić się o postawie arbitra w tym meczu, którego sędziowanie można podsumować przymiotnikiem "dziwne". W statystykach zostanie jedynie wzmianka, że oto 204 oficjalne Gran Derby zakończyło się zwycięstwem Realu Madryt.
I oto jest smutna prawda na dziś. Nie prezentujący wielkiego futbolu Real, pokonuje prezentującą nieskuteczną i pozostawiającą wiele do życzenia grę Barcelonę. Miał być piękny wieczór i radość w barcelońskiej fontannie Canaletes, tymczasem jest smutek i żal, a w Madrycie łzy szczęścia.
FC Barcelona - Real Madryt 0:1
Baptista 36'
Składy:
FC Barcelona: Valdés; Puyol (Zambrotta 76'), Márquez, Milito, Abidal; Touré, Xavi(Bojan 81'), Deco (Dos Santos 57'); Iniesta, Ronaldinho y Eto'o.
Real Madryt: Casillas; S. Ramos (Torres 87'), Cannavaro, Pepe, Heinze; Diarra, Sneijder (Gago 78'), Baptista, Raúl; Robinho (Robben 84') y Van Nistelrooy.
Żółte kartki:
Puyol (27')
Ramos (45')
Milito (67')
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)