A jeśli jego brakuje bardziej niż Ronaldinho?

robertinho

25 grudnia 2007, 10:43

Brak komentarzy
Obaj mają surinamskie korzenie, dorastali razem - w Amsterdamie. Z trenerem Frankiem Rijkaardem rozumieli się w Barcelonie doskonale. I doskonale się uzupełniali.

To on bywał złym gliną. To często właśnie on podnosił głos w szatni. To jego posyłano, by poinformował piłkarza, że nie dostanie podwyżki, że czeka go dłuższy przysiad na ławce rezerwowych, że na dobrą sprawę powinien rozejrzeć się za innym klubem. Ani się nie bał podejmować niepopularnych decyzji, ani się nie bał udawać, że je podejmuje.

Potrafił też, jeśli była potrzeba, z zawodnikiem się zaprzyjaźnić - jak z Samuelem Eto'o, który z kolei nigdy nie kochał się z Rijkaardem. W ogóle, mimo niewdzięcznej niekiedy roli, był lubiany.

To on prowadził wiele treningów; dbał, by gracze słuchali na boisku swego ofensywnego instynktu. Ba, niektórzy nazywali go wręcz taktycznym mózgiem Rijkaarda.

Pracę w Katalonii rozpoczął w 2003 roku, a skończył w 2006. Przez cały ten okres drużyna stale rosła, aż wygrała na raz i Ligę Mistrzów, i ligę hiszpańską. Po taki dublet w minionych sześciu sezonach zdołało sięgnąć jeszcze tylko Porto, rywalizujące jednak w znacznie mniej konkurencyjnych rozgrywkach.

Kiedy odszedł do Ajaksu Amsterdam, w Barcelonie robiło się już tylko gorzej. Piłkarze grali coraz mniej efektownie i efektywnie, choć klub prowadził wzorcową politykę transferową i do dziś uzbierał kolekcję gwiazd, jakiej nie miał od ery cruyffowskiego Dream Teamu.

Teraz, po epizodzie w Ajaksie Amsterdam, Henk Ten Cate pracuje w Chelsea. Nazywany najwybitniejszym wśród "drugich" trenerów zarabia 1,8 mln funtów rocznie.

Opłaca się. Odkąd jest w klubie, londyńczycy - choć przeżyli wstrząs po rozstaniu z Jose Mourinho, a ostatnio drużynę dziesiątkują kontuzje - przegrali zaledwie jeden z 15 meczów (wyjazdowy z Arsenalem). I tylko dwaj przeciwnicy zdołali im strzelić gola - Everton oraz właśnie Arsenal.

Czy Ten Cate zdążył w tak krótkim czasie radykalnie wpłynąć na drużynę? Czy wpłynął na nią pierwszy trener - sprawiający wrażenie pozbawionego charyzmy Avram Grant? Czy wpływać nie musiał żaden z nich, bo Chelsea ma fantastycznych piłkarzy?

Nie wiem. Pamiętam za to opowieść piłkarza Barcelony, który po triumfie w Lidze Mistrzów rozdzielał zasługi tak: 50 proc. - zawodnicy, 25 proc. - Frank Rijkaard, 25 proc. - Henk Ten Cate.

Pamiętam też, że właściciel Chelsea Roman Abramowicz chorował (choruje?) na Ronaldinho i oferował za niego kosmiczne pieniądze.

I zastanawiam się, czy dziś, kiedy sfrustrowanego Brazylijczyka wszyscy obwiniają za porażkę z Realem Madryt, Barcelona nie ubiłaby świetnego interesu, oddając go nawet za darmo.

Oczywiście pod jednym warunkiem - że ponownie przechwyciłaby trenerskiego asystenta z Holandii. A niechby zarabiał nawet tyle, co Ronaldinho.

Rafał Stec
[źródło: Gazeta]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze