Wszystkie drogi, jak wiadomo od ponad dwóch milleniów - nawet jeśli dziś większość osób wie o tym od Asteriksa lub Maximusa, gladiatora - prowadzą do Rzymu. Od 27 maja drogami tymi kilkanaście razy dziennie w tę i z powrotem podróżują wspomnienia piłkarskich fanów z całego świata. Wyruszmy znów w tę podróż.
Wielka szkoda, że polska telewizja nigdy nie pokazuje ceremonii wniesienia Pucharu Mistrzów na boisko. A w tym roku była ona absolutnie olśniewająca! Szczególnie zamykający część artystyczną występ Andrei Bocellego. Przechodzą mnie ciary za każdym razem, gdy słyszę śpiew włoskiego tenora. Jest w tym głosie coś niesamowicie poruszającego, porywającego i magicznego. A może nie chodzi tylko o głos. lecz również o jego skoncentrowany tylko na dźwięku i melodyce wyraz twarzy oraz ujmujący swą subtelnością uśmiech. To szczególne skupienie tworzy niepowtarzalny klimat jego koncertów, na których rzadko przemawia do widzów. Podobnie niepowtarzalne emocje towarzyszą mi, ilekroć puszczam sobie na youtube powtórkę tej wyjątkowej ceremonii otwarcia. Pierwsze frazy Bocellego, który zaśpiewał skróconą na tę chwilę wersję "Honour Him", fragmentu "Now We Are Free" - motywu przewodniego "Gladiatora" - tworzą absolutne poczucie uczestniczenia w największym piłkarskim święcie i ciarki z góry na dół! Wielu znamienitych krytyków, szczególnie amerykańskich, wypomina Włochowi braki warsztatowe (jest samoukiem, skończył studia w zakresie prawa). Co z tego; muzyka to emocje, a nie opinie krytyków! "There is something rather gladiatorial about this moment", jak powiedział jeden z brytyjskich komentatorów i trudno o trafniejszą esencję tej chwili. Uwertury do rzymskiego finału dopełniła autorska wersja hymnu Ligi Mistrzów, również z udziałem Bocellego i jego monumentalnym "Campioni, Campioni, Campioni!". Niesamowite uczucie. Niesamowity wstęp do niesamowitego meczu.
Od Manchesteru United spodziewałem się zupełnie innej strategii na podbicie Rzymu. Ale to było przede wszystkim totalnie odmienne taktycznie spotkanie od tego, czego spodziewałem się w wykonaniu Barçy. Mecz bez typowej w tym sezonie dla drużyny Guardioli ofensywnej dominacji (w całym meczu Barça miała "tylko" 51% posiadania piłki), bez prób zmiecenia przeciwnika z boiska. Zobaczyłem zaś wyrachowanie. Dojrzałość i taktyczną dyscyplinę. Determinację i wolę walki każdego zawodnika barcelońskiej jedenastki. Mecz dla niektórych z nich będący aktem heroizmu i oddania dla Klubu (ryzykujący pogłębieniem kontuzji Iniesta). Wyśnionym pożegnaniem i wisienką na torcie całej kariery (35-letni Sylvinho). Batalią o udowodnienie bezpośredniemu konkurentowi, że jego status najlepszego piłkarza globu jest już przeszłością (Messi). Cezurą wejścia w piłkarską dorosłość, swoistym pasowaniem na Rycerza Blaugrany (Sergi Busquets). Szansą na triumf wyczekiwany przez całą karierę (Henry). Niepowtarzalną okazją do pokazania byłemu trenerowi, iż popełnił błąd (Piqué). A dla Samu - udowodnieniem wszystkim Eto'o-doubters, że podsumowania formy napastnika nigdy, ale to nigdy nie wolno dokonywać przed ostatnim meczem sezonu.
I zaczęli. Anglicy zdominowali pierwszy fragment meczu. Widać nerwowość w poczynaniach Barçy, trzecia minuta jakimś cudem nie przynosi bramki - ani Cristiano, ani Parkowi. Wyglądało zresztą na to, że C-Ron za chwilę ostro rozszaleje się na boisku. Przed upływem 10. minuty, już trzy razy strzelał na bramkę Valdésa, siał sporo zamieszania w szykach obronnych Blaugrany - nie zawsze grając czysto, bo w pewnej chwili fryzurą nażelowaną na sztywny połysk mało nie wybił górnych jedynek któremuś z obrońców Barçy! Lecz wciąż było 0:0.
Czy kiedykolwiek widzieliście Messiego polującego na przechwyty na trzydziestym metrze? Zobaczyliście go w Rzymie. Czy nie było czasem wrażenia, że Eto'o jest piątym obrońcą? Tak, to wrażenie również potwierdziło swą obecność tego wieczoru na boisku. Gra całej drużyny stanowiła afirmację faktu, że Pep perfekcyjnie odrobił pracę domową. I nadeszła dziesiąta minuta... By zdobyć bramkę na 1:0 Kameruńczykowi wystarczyło tylko podanie pod nogę w okolicę bramki. Resztę zrobił sam, zadając kłam wielu teoriom, wygłaszanym ostatnio wszędzie gdzie się tylko dało przez zaskakująco liczne watahy ignorantów, że potrafi tylko dostawiać nogę.
Samu sytuację z 10. minuty wykreował sobie sam jak palec, majestatycznie ośmieszył serbskiego obrońcę bez niczyjej pomocy, strzelił fałszem nie do obrony również dzięki przenikliwości własnej. Prawda, warto dodać: nie do obrony akurat dla van der Sara. Bo Eto'o, podobnie jak mój siedmioletni sąsiad, wie, że holenderski golkiper jest stary. A dla bramkarza w wieku Holendra pułap, na którym uderzył napastnik Barçy jest najgorszym możliwym. Okienko wybroni zasięgiem ramion (on, tzn. zasięg, się nie starzeje), większość górnych piłek wyłapie ustawieniem, pozostałe wzrostem, a wychodzącego na 1 na 1 napastnika zatrzyma doświadczeniem. Ale takiego strzału jak uderzenie Eto'o nie ma szans obronić, gdyż jak najbardziej starzeją się... mięśnie okolic kręgosłupa odpowiedzialne za zakres umiejętności schylania się.
38-letni bramkarz nie miał szans wyjąć takiej piłki - Eto'o o tym wiedział i dlatego uderzył, wydawałoby się, zbyt pochopnie i licząc na fart, a w istocie: z pełnym wyrachowaniem. Ktoś powie: jak on tego nie wyjął, wystarczyło się schylić! Otóż, wszystko jest względne. 10 lat temu Holender wyjąłby tę piłkę po ciemku i z zawiązanymi oczami. W jego obecnym wieku to już nie jest takie hop-siup... Dlatego tej bramki nie można nazwać inaczej jak majstersztykiem. Po prostu nie każdy majstersztyk jest tak wrzeszcząco-sugestywny, jak Rivaldo z Valencią AD 2001 czy Ronaldinho z Villarrealem pięć lat później.
Mimo strzelonej bramki, przez praktycznie całą pierwszą połowę Barcelona nie grała inaczej jak z kontry, w okresie pomiędzy 20 a 30 min. otrzymując tylko od przeciwnika trochę więcej przestrzeni na grę piłką - ale czy Barça zdominowała do 45 minuty Manchester? Absolutnie nie, niezmiennie grała cały czas swoje: dokładnie to, co najwyraźniej nakazał Mister: stawiając na spokój, harmonię gry i niedopuszczenie do straty bramki... Gwizdek do szatni. Wciąż 1:0. Po przerwie na boisku zameldował się Carlos Tevez, ale tajemnicą Fergusona jest powód, dla którego najważniejszy mecz sezonu miałby mu uratować właśnie Argentyńczyk - niechciany w United z powodu ceny i niezadowolony z pozycji w drużynie i liczby występów; ergo: będący jedną nogą poza klubem. Motywację by zostawić na boisku duszę, miał raczej słabą...
Potem zdarzył się słupek Xaviego, a kilka minut wyraźniejszej dominacji United uleciało wszystkim z pamięci natychmiast, gdy nadeszła 70. minuta meczu. Wrzutka-marzenie, krycie Messiego gdzieś w malinach, van der Sar w zaufaniu do obrońców ("chłopaki, Messi jest TUUUTAAAJ!") nie wyszedł z bramki, perfekcyjne uderzenie głową ("Rio, nie widziałeś gdzieś tu mojego buta?") i Katalonia w ekstazie. Kroniki mówią, że niewiele wydarzyło się później. Cristiano Ronaldo postanowił pokazać światu, jak definiuje ideę fair play, szacunek dla przeciwników i umiejętność godnego pogodzenia się z wynikiem, więc w końcowym okresie gry kilkakrotnie nieprzepisowo zaatakował Puyola. Dostał tylko jedną żółtą kartkę, co jest kolejnym dowodem na to, że FIFA wreszcie się czegoś nauczyła. Pojęcia "star treatment" od Davida Sterna. Z kolei skandalicznym należy nazwać zachowanie w tym samym duchu Paula Scholesa, którego faul chwilę później na Busquetsie mógł zakończyć się bardzo poważną kontuzją. Na szczęście, kości Sergio wytrzymały; szkoda, że jego nerwy też - bo swoimi gestami, że przecież nie było faulu, zasłużył pomocnik MU absolutnie na to, by ktoś nakopał mu czym prędzej w rzyć.
Skoro piłkarze nie mogą (śledząc miniony sezon doszedłem do wniosku i jestem go pewien, że polityka zarządu klubu w kwestii angażowania się i inicjowania boiskowych konfliktów musi zahaczać o kontrakty piłkarzy, bo taki spolegliwy na boisku nie jest nawet Sebastian Mila), to chociaż któryś z kibiców. Bo od złamania Sergio nie uratowało nic innego jak łut szczęścia... Za chwilę końcowy gwizdek i smutek jednych, radość drugich, a klasa Pepa Guardioli, który ze swojej strony dedykował tę wygraną Paolo Maldiniemu. Piękny akcent również na sam koniec, mimo ognia emocji.
Tym wynikiem FC Barcelona napisała historię, a przecież miało być inaczej! To Barça miała się wyszaleć, a United czekać, czekać i użądlić. No proszę, a wyszło na odwrót... Co ciekawe, z prawdziwych przyczyn porażki swojej drużyny chyba nie zdają sobie tak naprawdę sprawy nawet fani United, pisząc na całym świecie o "pechu bramki na 0:1", "zmęczeniu sezonem", "niedyspozycji" Vidicia, który dał się wkręcić w ziemię (bo faktycznie, z wynikiem 0:1 przez cały mecz nie można nic już zrobić), "wieku Giggsa", "nienadawaniu się Andersona", "niewykorzystanych sytuacjach Ronaldo" i wszystkich innych niefortunnych zbiegach okoliczności. Zamiast spojrzeć w oczy prawdzie. I zobaczyć w tych oczach faktyczne taktyczne błędy Fergussona. Dlatego nie słucham komentarzy stetryczałych i niekompetentnych do wykonywanego zawodu komentatorów i rysowników w studiu, piszących w największych gazetach codziennych artykuły o "nudnym meczu", pseudodziennikarzy o zerowej zdolności analitycznej (od których na piłce lepiej zna się nie tylko mój młodszy Brat), krótkowzrocznych domorosłych teoretyków na internetowych forach ani sfrustrowanego post factum samego Fergusona, wielce zdziwionego, że ktoś śmiał mu zabrać sprzed nosa klocki Lego. Warto posłuchać Rooney'a wyrażającego zachwyt na temat talentu Iniesty, warto oddać hołd wyrachowaniu Samuela Eto'o, warto docenić kunszt Guardioli.
Toteż niech nikt nie zapamięta tego meczu jako spotkania, które Manchester zagrał słabo. Bo to Barça zagrała po mistrzowsku. Przede wszystkim taktycznie, ale równie fenomenalnie piłkarsko. Bo czy finału Ligi Mistrzów nie jest godna bramka Samuela Eto'o, asysta Xaviego, kreatywność Iniesty, waleczność Busquetsa, pewność interwencji Piqué, poświęcenie Puyola harującego za trzech... Można było przegrywać po 10 minutach, ale Barça przetrwała tę nawałnicę Manchesteru. I na klincz odpowiedziała nokautem. Piękno tego spotkania nie leżało w ośmiu bramkach, rabonach ani asystach piętą. Piękno tego spotkania było piłkarskim delikatesem, ukrytym (niby schowane wobec wierzchu zwykłej bitej śmietany najlepsze mrożone latte z domieszką waniliowych lodów od Häagen-Dazs) pod domniemaną wizualną nieatrakcyjnością. A ta okazała się być jedynie ciszą przed burzą, wyczekiwaniem, aż tylko ManU zniży gardę. Nie trzeba było czekać długo... Ta burza z pokładu zmiotła i Ronaldo, i Giggsa, i Ferdinanda, i Rooney'a. I Sir Alexa Fergusona. Nawet jego słynna guma była żuta od niechcenia, zresztą czy ktokolwiek pamięta tak przygnębiony i przegrany wyraz twarzy tego trenera na tak długo (już w okolicach kwadransa) przed końcowym gwizdkiem?
Kilka ogłoszeń na koniec. Barça ma piłkarzy magicznych. I mądrego trenera. Młodość Giggsa się skończyła. Scholesa też. Vidić nie jest jednym z najlepszych środkowych obrońców świata. Anderson chyba się nie sprawdza. Ponad 32 miliony funtów (30,75 mln. + roczne wypożyczenie Fraizera Campbella do Spurs jako część transakcji) za Berbatowa to z perspektywy tego, co pokazał Bułgar w Rzymie, jakiś kiepski żart - tylko Malcolmowi Glazerowi nie było do śmiechu, gdy patrzył jak te biegające miliony się (nie)spłacają. Ten mecz dobitnie pokazał, że do wielkości daleko jest Cristiano Ronaldo - zarówno pod względem piłkarskim (jego gra niestety nie przyniosła ManU wymiernych korzyści), jak i czysto ludzkim (wspomniane już faule na Puyolu oraz ciągłe negocjacje z Massimo Busaccą).
Po bramce Messiego jak najbardziej pasująca do sytuacji wydawała się tu (wszak wciąż pozostawało 20 minut regulaminowego czasu gry) kwestia Rudy'ego Tomjanovicha "Don't ever underestimate the heart of a champion!" ("Nigdy nie bagatelizuj serca mistrza!"), ale wtedy byłem już wyjątkowo spokojny. Podopieczni Fergusona serce mistrza już zgubili. W 70. minucie rzymskiego finału w oczach piłkarzy Czerwonych Diabłów nie było nawet cienia tego diabelskiego żaru, którym świeciły się w 1999 roku na Camp Nou przed rzutem rożnym, gdy zbliżała się 91. minuta... Odebrała im je genialna taktyka Guardioli. I jeszcze lepsza gra całej Barçy.
Komentarze (52)