W ciszy stadionu. Mistrzowie Katalonii. Barça a niepodległość

Karol Chowański 'Challenger'

30 października 2009, 18:56

58 komentarzy

Polskie media stoczyły się. Wniosek ten (dla wielu może zbyt odważny, ale w mojej opinii absolutnie nie odbiera mu to trafności) opieram na świadomej ich obserwacji od jakiejś dekady. Nie tak dawno z osobami pokroju Władysława Bartoszewskiego czy śp. prof. Geremka publicyści telewizyjni rozmawiali z szacunkiem, gazety codzienne zajmowały się analityczną obserwacją spraw ważkich społecznie, opiniotwórcze tygodniki nie były własnościowo powiązane z partiami politycznymi, a rozgłośnie radiowe z innymi wąskimi grupami społecznymi. "To se ne vrati". Z tym większą radością przyjmuję, że materiał wartościowy znaleźć da się nadal. Dowodem niedawny wywiad z prezydentem Wrocławia.
(Aliści nie samym sportem żyje człowiek, dziś będzie też trochę o polityce.)

Gdy od dogonienia ważniejsza jest sama pogoń

Wspomniany Rafał Dutkiewicz to człowiek o szerokich horyzontach (cecha rzadka pośród rodzimych osób publicznych) i inteligentny (rzadkość jeszcze większa). Formułowane w tekście tezy są rozsądnie, mądrze i jasno argumentowane. Jedna z ciekawszych przypomina, że nie zawsze rzecz polega na tym, by złapać króliczka. Czasem chodzi tylko o to, by go gonić...

W przypadku Wrocławia "króliczka" nie udało się złapać podczas zabiegów o światową wystawę Expo (dwukrotna porażka) i siedzibę Europejskiego Instytutu Technologicznego (został nią Budapeszt). Jednakże szum medialny i błyskotliwy PR robiony wokół tych wydarzeń przyczyniły się, pośród paru innych pomyślnych czynników, do budowy sukcesu Wrocławia jako lokalizacji przyjaznej inwestorom zagranicznym, atrakcyjnej destynacji turystycznej i prężnie rozwijającego się ośrodka nauki i kultury. Zdobyte podczas porywania się z motyką na Expo doświadczenie wrocławskich urzędników zaprocentowało przy staraniach o unijne fundusze, zagraniczne inwestycje i EURO 2012.

Postępowanie Joana Laporty w kwestii wspierania i redefiniowania dążeń niepodległościowych Katalonii również przypomina mi pogoń, w której nie trzeba dogonić. Wystarczy samo gonienie.

Niepodległa Katalonia - koncepcja politycznie nierealna

Katalończycy to odrębny naród, mający odmienne tradycje, język i tożsamość od mieszkańców reszty kraju. Ale nie wystarcza to dziś do realizacji marzenia o własnej państwowości. Era wojen i powstań narodowowyzwoleńczych się skończyła; przynajmniej w tej części świata. Jeśli odstawimy na bok huczne przemówienia i uliczne manifestacje (czyli środki gwarantujące zero sukcesu we współczesnej polityce międzynarodowej) i weźmiemy pod uwagę współczesną konfigurację geopolityczną - to Katalonia nie ma praktycznie żadnych szans na realizację swych dążeń niepodległościowych.

Należy również pamiętać, że problem Katalonii i jej niepodległościowych aspiracji nie jest wyłącznie problemem rządu hiszpańskiego. Utrzymanie spójności terytorialnej jednego z największych krajów członkowskich absolutnie leży w interesie Brukseli. Niepokoje społeczne wywołane katalońskim precedensem i potencjalnym efektem domina (Flamandowie w Belgii, Irlandia Północna, Kreta) to naprawdę ostatnia rzecz, której do szczęścia potrzebuje dziś Unia.

Pomiędzy marzeniami a rzeczywistością

Areną stosunków międzynarodowych już dawno nie rządzi miecz i ułańska fantazja. To polityka, gospodarka, dyplomacja i szeroko rozumiana spójność interesów. W każdej z tych sfer idea katalońskiej niepodległości jest równie mało realna.

Madrycki rząd centralny nie może pozwolić sobie na utratę katalońskiego terytorium. To bardzo silnie rozwinięty gospodarczo region o nowoczesnej strukturze ze znaczną przewagą usług. Istny motor napędowy hiszpańskiej turystyki generujący znaczące przychody dla budżetu państwa. Skala konsekwencji gospodarczych i społecznych byłaby trudna do przewidzenia. Jedno tylko jest pewne - byłyby to konsekwencje negatywne. Biorąc pod uwagę czynniki ekonomiczne i społeczne, Hiszpanii nie stać na niepodległą Katalonię.

Nie stać też Europy. Bo kolejny byłby Kraj Basków. A marzeniem wszystkich baskijskich separatystów i części zwykłych obywateli jest jedno państwo - składające się z hiszpańskiego Euskal Herria (hiszp. País Vasco) i francuskiego Pays basque français (część leżącego na południu departamentu Pyrénées-Atlantiques). Nicolas Sarkozy miałby problem. Problem miałaby cała Unia.

Dlatego koncept niepodległej Katalonii nie jest na rękę nikomu. Ani w Hiszpanii, ani w Europie. I czy to byłoby na rękę samym Katalończykom? Śmiem postawić tezę, że też nie. Albowiem: Co po uzyskaniu niepodległości? Gdzie dyskusja na ten temat? I odpowiedzi na pytanie czy Republika Katalonii zostałaby w UE, a może wybrała niezależność i niepewny los podatkowego raju w podobnie do pobliskiej Andory? I wreszcie: Czy Barcelonie nie pozostałaby walka "aż" o mistrzostwo Katalonii.

Rozwój Katalonii a integralność z Hiszpanią

Katalonia nie protestowała, gdy wraz z resztą Hiszpanii wchodziła do Wspólnot Europejskich. Zresztą, hiszpańskiej akcesji nie uzasadniała alarmująca sytuacja ekonomiczna i gospodarcza kraju. Przyznanie członkostwa Hiszpanii (tak, jak wcześniej Grecji) było decyzją z gruntu polityczną (bardzo silnie inspirowaną przez USA), a spełnienie większości warunków akcesji odroczono Hiszpanom na przyszłość. Wyciągniecie z kryzysu post-frankistowskiej Hiszpanii (będącej w trakcie trudnego procesu demokratyzacji i reform autorstwa Jana Karola I) uznawano za jeden z kluczowych warunków wprowadzania powojennego ładu gospodarczego i ustabilizowania pokoju na Starym Kontynencie.

Zastrzyku finansowego szczególnie potrzebowała szykanowana i niedoinwestowana za czasów Franco Katalonia. Region ten okazał się być jednym z największych beneficjentów akcesji w całym kraju. Przestarzały model gospodarki opartej na rolnictwie w ciągu 20 lat zmienił się nie do poznania. Dziś to jest jeden z najbogatszych regionów kraju, co widać nie tylko po nowoczesnej infrastrukturze, ale przede wszystkim w rankingach zamożności obywateli poszczególnych części Hiszpanii.

Dlatego Katalonii wygodnie jest deklarować aspiracje niepodległościowe właśnie dzisiaj. Oczywiście, narodowe tradycje kultywowano nawet w okresie największego terroru administracji Franco, ale hasła o niepodległości Katalonii jeszcze 20 lat temu nie brzmiały tak głośno jak dziś. Cyniczny socjolog powiedziałby, że gdy tylko Katalończycy przestali być głodni, to zajęli się polityką... Nie jest to jednak stwierdzenie dalekie od prawdy. Gdyby w drugiej połowie XX wieku Katalonia odłączyła się od Hiszpanii, na pewno nie byłaby tak rozwiniętym i majętnym regionem, jakim jest dzisiaj. Ten dynamiczny rozwój zawdzięcza w ogromnym stopniu stałej integralności z Hiszpanią.

Katalończycy a niepodległość

W rozmowach z samymi Katalończykami da się słyszeć dystans do zapędów lokalnych polityków coraz śmielej deklarujących potrzebę niepodległości regionu. Wystarcza im stopień autonomiczności, który już mają. Po rozmowach z moimi katalońskimi przyjaciółmi z ESN, u których mieszkałem podczas kwietniowego pobytu w Barcelonie, wysnułem wręcz wniosek, że polityczni liderzy potrzebują tej "niepodległości" bardziej niż zwykli obywatele - dla autokreacji, własnej kariery politycznej. Pochodną tego faktu może być to, iż z perspektywy chodnika, katalońska potrzeba terytorialnej odrębności nie jest zbytnio widoczna. (OK, Katalonia oddycha inaczej niż Madryt czy południe kraju, ale Kraków też różni się od Gdańska).

W przestrzeni publicznej, zarówno w Barcelonie, jak i w nadmorskich kurortach, kwestia niepodległości stoi gdzieś w cieniu palmy, na uboczu. Absolutnie nie ma porównania z Krajem Basków, gdzie jeszcze do niedawna kipiało od separatyzmu. Mało tego - gdy jako nastolatek spędzałem z Rodzicami swoje pierwsze wakacje na Costa Brava, nawet nie zdawałem sobie sprawy, że w Katalonii mówi się innym językiem, a jedyną dostrzegalną (i to nawet bardzo) dla mnie, wówczas gołowąsa, różnicą pomiędzy wybrzeżem katalońskim a Costa del Azahar (okolice Walencji, czyli "już" Hiszpania) było więcej niewiast opalających się topless na bardziej południowym z wybrzeży. Swoją drogą, do dziś jest to dla mnie zagadką.

FC Barcelona - ambasador Katalonii

Barca, szczególnie w okresie tak historycznych dla Klubu sukcesów, jest dla Katalonii medialną tubą na cały świat. Klub to znana na całym świecie marka, "Mes que un Club" i drużyna odnosząca obecnie największe sukcesy w światowej piłce klubowej. Jest absolutnie zrozumiałe, że w swojej polityce public relations administracja, piłkarze i władze Klubu, na czele z Prezydentem, na każdym kroku poskreślają swoją katalońską tożsamość i wynikającą z tego dumę. Tą samą dumą płoną Katalończycy (nie tylko kibice piłkarscy!) na ulicy, gdy zobaczą obcokrajowca w szaliku Barçy poszukującego drogi na Camp Nou...

Katalońskość Barçy jest zjawiskiem magicznym, pięknym, godnym wielkiego szacunku - bo historia regionu i samego Klubu uświadamia, jak ciężko Katalończykom było swą narodowość utrzymać. Nadaje też tożsamość Klubowi - i romantyzm, tak deficytowy w zupełnie nieromantycznych dziś dla światowego sportu czasach, zdominowanych przez pieniądz i dążenie do sukcesów za wszelką cenę.

Jednak w pewnej chwili Laporta przesadził, przekraczając granicę pomiędzy informowaniem a politykowaniem. Jako oddany culé czuję wręcz, jakby ktoś używał Klubu do doraźnych celów natury politycznej. Szczególnie w Hiszpanii budzi to duże kontrowersje. Przekonania polityczne Prezesa to jego osobista sprawa. Tym samym jest dyskusyjne moralnie, czy musi do prób ich realizacji używać władzy i medialnej atencji, jaką posiada z racji sprawowanej funkcji. Ciśnie się tu słowo "nadużycie".

Pozostaje pytanie "dlaczego?" skoro z wymienionych powyżej powodów realizacja haseł niepodległościowych głoszonych tak otwarcie przez Laportę jest co najmniej wątpliwa? Stąd zaanonsowana na samym początku teoria o gonieniu królika - jednak pytanie "dlaczego" nie traci przez to na aktualności... Po pierwsze mamy chęć zabezpieczenia swojego kandydata w przyszłorocznych wyborach. Po drugie - ambicje kontynuowania przez Laportę kariery w polityce. Trudno stwierdzić, czy chodzi o powód nr 1 czy może 2. Zatem, może chodzić o oba.

Nie chodzi mi tu o krytykę. Generalnie, Laporta jest dobrym Prezydentem; kiedyś ktoś bardziej medialny ode mnie pewnie napisze nawet, że jednym z najlepszych w historii. Nachodzi mnie jednak wątpliwość, czy daje to Prezesowi prawo do wypowiadania się w imieniu rzesz culés (z racji sprawowanej funkcji, jego słowa raczej nie brzmią jak opinia anonimowego Katalończyka), jaką pozycję zajmuje barcelonismo w kwestii tak społecznie istotnej i jednocześnie kontrowersyjnej, jak niepodległość Katalonii.

Moim zdaniem: Nie.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (58)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze