W ciszy stadionu. A w Hanowerze kwiaty i łzy

Karol Chowański 'Challenger'

4 grudnia 2009, 16:34

19 komentarzy

Gran Derbi i towarzysząca im otoczka rządzą się swoimi prawami. Tekst ten nie ukazał się zatem pod koniec zeszłego tygodnia. Jednak świat futbolu jeszcze niedawno przeżywał zgoła odmienne emocje i nie należy o tym zapominać. Wróćmy zatem na chwilę myślami do 15.11. (przyp. ch).

Sportowcem się jest. Zostaje się nim raz i do końca. Przygnębiające, gdy ten "koniec" nadchodzi wcześniej, niż wszyscy się spodziewają. Podobnie jak cały świat futbolu, środowisko fanów FC Barcelony powinno zachować dla Roberta Enke szacunek i pamięć. Nie dlatego, że niemiecki bramkarz spędził na Camp Nou epizod swojej kariery. Podobne wydarzenia nie mają przynależności klubowej, moment zadumy winien poświęcić im każdy piłkarski kibic. W chwilach takich, jak ta, tracą znaczenie wyniki, wyścigi po tytuły i pretensje o ostatni przegrany mecz. W takich chwilach liczy się solidarność i wyrozumiałość - wszak presja fanów i mediów potrafi bywać w dzisiejszym sporcie (szczególnie w futbolu) niewyobrażalna. Z umiejętnością okiełznania tego stresu nie rodzi się żaden człowiek. Sportowcy też nie. Muszą nauczyć się z tym radzić. Nie wszystkim się udaje.

Depresja - cichy zabójca

Choć przez wielu traktowana bezrefleksyjnie, śmierć niemieckiego bramkarza to kwestia delikatna i złożona. Brutalnie przypomina, iż zawodnicy to ludzie jak wszyscy inni, którzy też przeżywają problemy. I oni mogą zachorować na duszy. Warto spróbować zrozumieć, dlaczego losy byłego piłkarza Barcelony Roberta Enke potoczyły się w ten sposób. Bez zrozumienia nie można zapamiętać.
Powszechne jest w społeczeństwie ignorowanie istoty problemu i tego, do czego nieleczona depresja może doprowadzić każdego człowieka. Stwierdzenie, że samobójstwo po długiej chorobie to bezwzględnie tchórzostwo, jest ogromnym uproszczeniem. Jest niesprawiedliwością. Jest tym, co przychodzi najłatwiej. Częstotliwość takich głosów nie dziwi; może jedynie martwić.

Depresja to choroba. Jednak w tym przypadku słowo "choroba" rzadko pada samotnie. Częściej używa się określenia "choroba psychiczna". To takie zaklęcie, które sprawia, że każdemu przeciętnemu człowiekowi przychodzą na myśl powierzchowne skojarzenia i różne epitety, z których "czubek" to jedno z subtelniejszych. Ktoś może przypomni sobie garnitur bohaterów "Lotu nad kukułczym gniazdem", ktoś inny garść stereotypów. Ale sedno problemu jest najczęściej wygodnie pomijane i frazeologizm "choroba psychiczna" wyłącza zazwyczaj w ludziach wrażliwość i wyrozumiałość. Zastępuje ją znieczulica. A ta zazwyczaj włącza się na to, czego nie rozumiemy - ot, ludzka cecha... Tymczasem depresja to choroba śmiertelna. Jako taka powinna być traktowana przez całe społeczeństwa. Na końcu depresji czeka śmierć. I jest to taka sama śmierć, jak w wyniku raka, sepsy, AIDS i każdego innego śmiertelnego schorzenia. Nie jest ani trochę mniej szlachetna tylko dlatego, że wrogiem organizmu nie okazuje się zewnętrzna infekcja, lecz własny mózg.

Złamanie stereotypu

W latach 90. Amerykanom na problem depresji oczy otworzył m.in. Tony Soprano, padrino na antydepresantach. W Europie nadal niewyobrażalnym paradoksem jest, jak depresja może dotknąć znanego piłkarza?! Wydaje się, że reprezentant kraju, który zaraz ma jechać na mundial (o czym publicznie wspomina trener kadry) nie może być nieszczęśliwy. W życiu pewne nie jest jednak nic, za to względne jest wszystko. Dla jednego człowieka zawodowy sukces, rodzina, duży dom, brak trosk materialnych to czynniki wystarczające do bycia szczęśliwym, by "sobie radzić". Komuś innemu te same czynniki nie dadzą jednak żadnej radości ni emocjonalnej stabilizacji. Depresja, jak każda choroba letalna, nie wybiera. Dotyka wszystkie grupy społeczne - polityków, biznesmenów, muzyków, sportowców; biednych, bogatych, młodych i starych. Nierzadko prowadzi do uzależnień. Z jej mniej lub bardziej ukrytej formy wynika praktycznie każdy przypadek alkoholika czy narkomana. Destrukcyjne zachowania biorą się z destrukcyjnego samopoczucia. To bywa najczęściej skutkiem destrukcyjnej choroby. Zupełnie inną kwestią są przyczyny pojawienia się stanu depresyjnego, ale tych bywa tak wiele, że odsyłam po tę wiedzę do innych źródeł. Tu starczy mi miejsca jedynie dla Roberta Enke.

Samotna tragedia

Bez zrozumienia depresji nie można zrozumieć czynu kapitana Hannoveru. Przecież ktoś, kto nigdy w życiu nie czuł się tak nieszczęśliwy, by wejść na najbliższym skrzyżowaniu pod najbliższy samochód z trudem wyobrazi sobie, jak można się w takiej sytuacji znaleźć. Dla osób cierpiących na depresję, samobójstwo to nie ucieczka, to rozwiązanie. Tym "lepsze", im bardziej zaawansowane jest stadium choroby. Wraz z jej postępem nadzieja na wyzdrowienie stopniowo zanika. Chory pogrąża się w beznadziei, bo depresja zapędza w ślepą uliczkę niczym policyjny pościg. Walka z samym sobą, własną psychiką, lękami to najtrudniejsza walka, jaką stoczyć może człowiek. W dodatku najczęściej jest to walka samotna, bo z biegiem czasu chory odrzuca wszelkie wsparcie, rośnie w nim poczucie alienacji i braku zrozumienia. Taka samotna walka męczy. Dochodzą do tego ogromne wymagania wobec samego siebie, często przy nasilającym się poczuciu porażki. Człowiek na skraju wyczerpania psychicznego i fizycznego w chęci popełnienia samobójstwa widzi sens, bo zdaje sobie sprawę, jakim obciążeniem jest dla siebie i swoich najbliższych. I nie może tego znieść. W ostatecznym stadium depresji, chory wierzy, że tylko w jeden sposób może pomóc swojemu otoczeniu, rodzinie. Zniknąć.

Niełatwa kariera Roberta Enke

Jako bramkarski talent, Enke nasłuchał się w młodości wielu komplementów. Debiut w II Bundeslidze zaliczył wkrótce po 18. urodzinach. Podstawowym zawodnikiem pierwszoligowej Borussi Mönchengladbach został w wieku lat 21. Na koniec tamtego sezonu drużyna spadła z ligi, a Enke wybrał ofertę Benfiki Lizbona prowadzonej przez swego rodaka, Juppa Heynckesa. Grał tam bardzo dobrze, młodo został kapitanem drużyny. Przykuł uwagę kilku czołowych europejskich klubów i latem 2002 roku podpisał 3-letni kontrakt z Barceloną. Rozegrał w jej barwach 4 mecze (1 w lidze, 1 w CdR, 2 w LM). Zapamiętano jeden. W Pucharze Króla Barça przegrała 2:3 z klubem Novelda CF z Segunda B. Enke wypadł słabo, a kapitan Frank de Boer publicznie obwinił go o utratę dwóch bramek. Na niemieckiego bramkarza spadła krytyka w skali, której nie doświadczył nigdy wcześniej. To wtedy zdiagnozowano u niego pierwsze objawy depresji. Enke zaczął uczęszczać do psychiatry. Codziennie.

Latem 2003 roku Frank Rijkaard wypożyczył Roberta do Fenerbahçe, trenowanego wówczas przez innego Niemca, Christopha Dauma. Niemiecki bramkarz debiutował z Istanbulsporem, ale Fenerbahçe przegrało w katastrofalnym stylu 0-3. Jeszcze przed końcem meczu Enke został uznany ojcem porażki i obrzucony butelkami tudzież zapalniczkami przez fanów swojego klubu. Było jasne, że w Stambule już nie zagra. Powrót do Barcelony był gorzki, Robertowi nie było dane dołączyć do pierwszej drużyny. W styczniu z ofertą wypożyczenia do końca sezonu zgłosiła się Teneryfa i Enke poczuł się tam lepiej. Dobrymi występami zaskarbił sobie fanów i odbudował formę.

Barça odpuściła mu ostatni rok kontraktu i w lipcu 2004 roku Enke dołączył za darmo do Hannoveru 96. Zanotował znakomity sezon i został wybrany najlepszym bramkarzem Bundesligi. Jednak w 2006 roku życie piłkarza znów się załamało - na wrodzoną wadę serca umarła jego dwuletnia córka. Stan psychiczny pogorszył mu się ponownie. Jego żona wspomniała, że odrzucał wówczas wszelką pomoc a uszczęśliwić mógł go tylko futbol. Podjął ponownie leczenie, ale większe oparcie znalazł w swojej formie. Za postawę w lidze zbierał bardzo dobre recenzje. Został gwiazdą ligi i pół roku po śmierci małej Lary, zadebiutował w reprezentacji. Jednak depresja to bumerang. Ciągle powracała.

Na Euro 2008 Enke nie zagrał ani jednego meczu. Miał jednak nadzieję zostać numerem 1 w bramce kadry po rezygnacji Lehmanna. W tej roli widziały go media, a w kwalifikacjach do MŚ 2010 imponował formą. Wydawało się, że może być tylko lepiej... do chwili złamania kości dłoni w październiku 2008. Dla Roberta oznaczało to ponowny strach. Marzenie o wyjeździe na mundial momentalnie uciekło, tym bardziej, że Enke obawiał się konkurencji młodego Rene Adlera. W styczniu 2009 Enke błyskawicznie wrócił jednak do formy i znów został niekwestionowanym numerem 1 dla reprezentacji. Ponownie zamknął sezon w glorii najlepszego bramkarza ligi. Wcześniej, w lutym adoptował wraz z żoną kilkumiesięczną dziewczynkę. Wszystko wydawało się być w porządku.

W październiku tego roku Enke zachorował na infekcję bakteriami Campylobacter, która nie pozwoliła mu uczestniczyć w zgrupowaniu reprezentacji przed meczami z Chile i Wybrzeżem Kości Słoniowej. Wrócił do bramki Hannoveru, ale z powodu niedawnej infekcji nie otrzymał następnego powołania. Musiał znów wrócić strach, że straci swoje miejsce w kadrze. Znów był sam na sam ze swoimi problemami. Obciążenie psychiczne było tym razem zbyt silne, by sprostał tej presji jeszcze jeden raz.

"Kiedy otrzymujesz taką informację, wszystko inne przestaje mieć znaczenie",

rzekł Franz Beckenbauer dodając, że jest "nieskończenie przygnębiony". Wraz z nim całe piłkarskie Niemcy... Piłka nożna to emocje. Ale nigdy nie dostarczyła mi tak gorzkich odczuć, jak 49-tysięczny stadion pełen kwiatów i łez w niedzielę 15 listopada. Na koniec uroczystości z głośników popłynęła nuta "You'll never walk alone". Grzmi zazwyczaj pięknie i metaforycznie. Tego dnia brzmiała tylko boleśnie i gorzko-dosłownie.

Pytanie na koniec chciałbym tylko zadać, odpowiedzi niech każdy poszuka sam w zaciszu własnych myśli. Czy i ewentualnie w jakim stopniu do śmierci Roberta Enke przyczyniła się piłka, tj. współczesny futbolowy przemysł, z całym towarzyszącym mu stresem i presją wyniku? Podobnie jak na wszystkich niemieckich stadionach 1. i 2. Bundesligi dwa tygodnie temu, przemyśleniom tym towarzyszyć może minuta ciszy. Taka prywatna chwila refleksji w czasach, w których rzadko bywa ku temu powód. I rzadko kiedy jest na to czas.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (19)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze