W dyskusjach o sukcesach, jakie od półtora roku obserwuje Camp Nou, przeważają głosy, że triumfy zrodziły się w chwili przyjścia Guardioli, że to trener z Santpedor jest ich głównym źródłem. Grono taktyków akcentuje spokój w szatni osiągnięty po pożegnaniu Laporty z Ronaldinho i Deco. Przewija się temat solidnej defensywy, rozwoju Valdésa i Puyola. Niekiedy pojawi się wtręt o ustabilizowaniu "ostatnio" sytuacji finansowej. Xavi, Iniesta i Messi dojrzeli do ról liderów, wieszczą inni. Zdarzą się czasem ciche wzmianki o roli Txikiego i transferów.
Podobnym tropem, co kibice, idą gazety i blogi. Nie poszukują genezy zbyt odlegle. Przewijają się podobne hasła: Laporta, Guardiola, wyjście z długów, Messi, marketing, Xavi, kompletny skład, "mes que un club", juniorzy. I wychodzi na to, że skutkiem tego, Barça na historyczne tytuły była wręcz skazana. Już je zdobyła, "to już historia". Trzeba było się prędko zająć czymś medialnym na świeżo: długi na Old Trafford, wesołe filozofie Wengera, gorączkowe zbrojenia Realu, piekiełko w PZPN-ie i bon moty José Mourinho.
Tymczasem geneza sekstetu jest bardziej skomplikowana. Źródeł triumfów Barçy należy szukać na przełomie wieków. Fascynująca historia budowania sukcesu niemalże od zera. Szkoda, że pomijana.
Mroczne czasy na Camp Nou
W maju 2000 roku ogłoszone zostają nowe wybory. 35. prezydent FC Barcelony, Josep Lluis Núñez, żegna się ze swym stanowiskiem. Piastował je 22 lata. Decyzję podejmuje w wyniku rosnącej presji środowisk socios (delikatnie mówiąc, rządził za długo), zmęczenia konfliktami w klubie (opozycja "L'Elefant Blau") i przykrej porażki z Realem w Lidze Mistrzów. Poza tym, czasy się zmieniły. Barça nie stanowi przykładu instytucji sportowej zarządzanej w sposób nowoczesny. Potrzebowano zmian. Po ogłoszeniu wyborów, rezygnację zapowiedział krytykowany trener Louis van Gaal.
Wybory wygrał Joan Gaspart, wiceprezydent klubu u Núñeza. Spodziewana w klubie rewolucja dokonała się jedynie w statucie: tuż po zajęciu stanowiska Gaspart pozmieniał zapisy dotyczące klubowych finansów. Stały się one najbardziej niejawne w historii Barçy, co utrudniało ocenę stanu klubu. Efekty tego entree (ponad 200 mln euro debetu) Laporta spłaca do dziś.
Wybór Gasparta miał się okazać klątwą Barçy pod każdym innym względem. "Człowiek starej ery" zawiódł oczekiwania socios dotyczące zmian w funkcjonowaniu klubu. Szybko doszło też do konfliktu Gasparta z Luisem Figo, kapitanem drużyny. Portugalczyk nie akceptował dyktatorskich zapędów nowego prezydenta. Umknął do Realu. Był to dopiero początek frustracji culés.
Kosztowne "wzmocnienia", bohater Antić i płonące trybuny
Barça przepłacała za kogo tylko się dało: Christanval, Rochemback, Alfonso, Gerard, Petit, Saviola i kontuzjogenny Overmars za 35 (!) mln funtów. Wybory trenerskie Gasparta to jeszcze większe pasmo pomyłek. Gdy nie sprawdził się Serra Ferrer, na trenera wybrano wiecznie zagubionego Carlesa Rexacha (chętnie zapisywałby Barçy 3 punkty po każdej kolejce tylko dlatego, że trenerem jest on, wielka piłkarska legenda). W takich warunkach dłużej nie chciał tu grać nawet Rivaldo. Odszedł też i Rexach, ale Blaugrana nadal przegrywała. Na boisku i na rynku transferowym. W charakterze "gwiazdy" zatrudniono największego egoistę współczesnego futbolu, Juana Romana Riquelme; miał go wspierać wypożyczony z Lazio rekonwalescent Gaizka Mendieta. Z pomocą Louisa van Gaala (bilans 6-5-8) i reszty drużyny udało im się w grudniu 2002 doprowadzić Barçę do 15. miejsca w lidze.
Tymczasowy menedżer Antonio de la Cruz przegrał kolejny mecz i nowy trener, Radomir Antić, obejmował Barçę, która w 20 meczach zgromadziła 23 punkty (6-5-9). Rado wypożyczył z Lazio J.P. Sorína, zaczął stawiać na Valdésa z Iniestą i dokonał cudu. Jego passa 9-6-3 wywindowała klub na szóste miejsce w lidze. W ćwierćfinale LM z Juve odpadł Antić pechowo. Nie szkodzi. Wyniki Serba przywróciły nadzieję całemu barcelonismo. Mimo walki o honor, a nie tytuły, runda wiosenna 2003 była czymś niesamowitym. Czułem, jak Barça odradza się z popiołów. Choć nie zdobył ani jednego trofeum, skromny Antić został absolutnym bohaterem pewnej generacji culés.
W tle passy Serba odchodzi z klubu Gaspart (02.2003), a na początku maja dymisję ogłasza też tymczasowy prezydent Enric Reyna. Prawdopodobnie zdążył się zapoznać z sytuacją finansową klubu... Czerwcowe wybory kończą się zwycięstwem Laporty. O tym za chwilę. Było coś jeszcze.
W swojej słynnej książce "Understanding Football Hooliganism" (AUP, 2006) Ramón Spaaij, doktor Uniwersytetu w Amsterdamie, szczegółowo opisuje historię i środowisko Boixos Nois. Za Núñeza i Gasparta ekstremistyczne skrzydło "sympatyków" Barçy cieszyło się pełną swobodą. Joan Gaspart uznał nawet, że członkowie BN zasługują na darmowy (!) wstęp na stadion. Tak, ci, którzy rekrutowali się z katalońskich ultranacjonalistów, neonazistów i bojowników Terra Lliure (kat. "Wolna ziemia", ~ "wolny kraj"; zbrojna lewacka organizacja terrorystyczna dążąca do zjednoczenia i niepodległości Països Catalans, tj. "Krajów katalońskich").
Wokół BN z biegiem lat narosło wiele mitów. Pamięć bywa ulotna, ludzka natura ma do siebie idealizowanie tego co było, a nie jest. Prawda jest taka, że Boixos Nois mieli na swoim koncie zabójstwa (nie tylko innych kiboli), swój sektor wypełniali nazistowską symboliką, prowadzili regularną i krwawą wojnę z "Brigadas Blanquiazules" (bojówka Espanyolu), a 20.12.1997 zaatakowali na przeciwległym sektorze Camp Nou członków innej frakcji, Sang Cule (dwóch w szpitalu, jeden ze złamaniem kości czaszki). Takie fakty nie wymagają komentarza.
Żmudny proces (od)budowy potęgi klubu
Posprzątanie "stajni Gasparta" nie było łatwe. Wiele transakcji finansowych z lat 2000-2003 okazało się być bardziej zagadkowymi niż watykańskie archiwa. Laporta zaczął rządy od opracowania długofalowego planu spłaty długów. Przyszedł też czas na zapowiadaną ofensywę transferową.
Jednak to nie transfery, a wyrzucenie Boixos Nois z Camp Nou w ramach programu "Zero tolerancji" uznawane jest przez historyków piłki nożnej, socjologów sportu i specjalistów od marketingu sportowego za najważniejszy moment tej prezydentury; umożliwiający reformy i rozwój klubu. Bez tego nie byłoby mowy o odbudowie wizerunku klubu, etosie "mes que un club", zjednoczeniu socios i zdobyciu możnych sponsorów. Wśród wieloletnich kibiców Barçy istnieje wręcz przekonanie, że "Zero tolerancji" wprowadzono w ostatniej chwili przed masowym odpływem socios. Warto też przypomnieć, że to z powodu niesławy Boixos Nois mediacje Laporty z UNICEF-em trwały aż 3 lata. Boixos nie raz grozili Laporcie śmiercią, a ich temat wraca dziś przy okazji wyborów. Zapowiadają w sieci triumfalny powrót na stadion (w domyśle: w przypadku wygranej Rosella).
Klimat do zwycięstw
Dzisiejsza postawa drużyny jest pochodną tego, że prezydentura Laporty przyniosła klubowi największą stabilizację w jego historii. Nie mówię tu jedynie o stabilizacji finansowej; dziś po prostu wszystko w klubie jest na swoim miejscu. Zaczynając od opanowania sytuacji na stadionie i nawiązania dyplomatycznych (by nie rzec: życzliwych) kontaktów z władzami Realu, poprzez zatrudnienie w klubowej administracji ludzi wszechstronnie wykształconych (i tak jak Laporta, z bogatymi doświadczeniami w biznesie), wzrost nakładów na szkolenie młodzieży oraz ofensywę marketingową klubu po wybór Rijkaarda i rewolucję transferową. Wszystko to nie stało się samo, wymagało stosownych decyzji, powzięcia ogromnej odpowiedzialności, niekiedy ryzyka.
Nie chcę tu Laporty wyświęcać. Powtarzany przez samych socios zarzut przesadnej aktywności politycznej, konflikt z Rosellem, wotum nieufności, rezygnacje w zarządzie (czerwiec 2005 i lipiec 2008), wpadka z członkostwem Echevarríi w Fundacji Francisco Franco, kilka zagadkowych ruchów transferowych Txikiego i wreszcie afera "szpiegowska" też wpisują się w tę prezydenturę... Znaj wszak proporcje, mocium panie. Ale tego, że Laporta wyprowadził klub z cuchnącego bagna na karty historii negować nie może nikt. I to jest najważniejsze.
Duma z zespołu, duma z klubu
Te kwestie wymagają przypomnienia, bo powszechnie przywoływane "źródła" dzisiejszych sukcesów Barçy obejmują jedynie wierzchołek góry lodowej. Udana passa na boisku i dwa trenerskie talenty (najpierw Rijkaard, dziś Guardiola) nie wyjaśniają triumfów, jakie stały się udziałem piłkarzy Azulgrany w ostatnim czasie. Zresztą, przy innym biegu wypadków, na Camp Nou nie byłoby ani tych piłkarzy, ani obecnego trenera.
Patrząc w skali makro, zdobywane trofea i sukces FC Barcelony jako instytucji są pochodną całego kiełkującego od 2003 roku procesu uzdrawiania klubu pod względem strukturalnym i organizacyjnym. Sukcesy w dzisiejszej piłce klubowej dają jedynie stabilizacja i długookresowy plan sportowo-biznesowy. Barça jest w trakcie realizowania jednego z najbardziej błyskotliwych i efektywnych projektów w historii klubowego sportu. Z funkcjonującym w ten sposób klubem, culés na całym świecie identyfikują się z rosnącą dumą. I wierzą w utrzymanie stabilnej sytuacji Barçy na lata. Oby najbliższe wybory nie zaprzepaściły tej szansy.
W ciszy stadionu. Sukces nie zrodził się wczoraj
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (21)