Cytując klasykę rodzimego agrokomentatorstwa, druga runda Ligi Mistrzów sezonu 2009/2010 "to już historia". Czas podsumować. Była walka, były niespodzianki, były goleady, była radość, były łzy, były kiksy, była (wreszcie!) czerwona kartka dla Didiera Drogby. Pięknie było. Pod każdym względem. Oczywiście, że teza jakże straceńczo postawiona w tytule, jest z mojej strony niesubtelnie prowokacyjną. Równie oczywiste jest to, że argumenty ku jej obaleniu można mnożyć. Ale argumentów przemawiających na jej korzyść, a jakże!, również nie brakuje. I o tym dzisiaj... (W dodatku na dwa głosy. Szersza i bardziej szczegółowa analiza ćwierćfinalistów z punktu widzenia Barçy w swego rodzaju epilogu.)
muLtum eMocji
"Champions League" to od blisko dwóch dekad creme de la creme europejskiej piłki. El Clásico nie zdarza się co tydzień, bitwa o Rzym takoż, chęci nie przejawiają nawet derby Zagłębia Ruhry. Jedynie "Stare Firmy" potykają się dosyć często, ale o tym wiedzą tylko najzagorzalsi kibice ligi szkockiej, których liczbę w całej Polsce szacuje się na dziewięciu.
Tylko na głównej arenie kontynentu najwięksi pojedynkują się re-gu-lar-nie. W tym kontekście to zaskakujące, że na pomysł "dawkowania" fazy pucharowej UEFA wpadła dopiero teraz! Najlepsze pomysły to te najprostsze - tak tylko mówię, jakby ktoś w XXI wieku miał jeszcze wątpliwości.
Wracając na boiska - trafiła nam się w tym roku Liga Mistrzów pasjonująca nieprzeciętnie! Już na etapie grupowym pożegnaliśmy Juventus (nie sprostał wymagającej grupie), Liverpool (solidnie zapracował na wyeliminowanie), Atlético (i tak prezentujące się na jesieni lepiej w Europie niż w lidze), mistrza Niemiec z Wolfsburga (zabrakło głównie doświadczenia, bo umiejętności były) i rodzynek z uważanej za szóstą ligę kontynentu, Eredivisie (chyba do dziś nie otrząśnięto się w Alkmaar po utracie van Gaala). Poza tym, strachu napędziła europejskim hegemonom drużyna z rumuńskiego miasteczka, które nie ma nawet 20.000 tysięcy osadników. (Swoją drogą, bardzo jestem ciekaw, jak te niespodziewane sukcesy Dana Petrescu i zgrai jego Gallów-absolutnych-Anonimów komentowano w biurach pewnego klubu z trochę większego Krakowa...)
A Barca? Barça zrobiła swoje. Z pierwszego miejsca przeszła do kolejnej fazy. Wszystko inne traci znaczenie w sezonie, w którym klub do rozegrania ma około 70 spotkań.
Fascynująca druga runda
W fazie grupowej Unirea udowodniła, że do LM jednak może dostać się każdy. Ba, nawet pozwalają mu wygrywać! Mieliśmy pełne prawo oczekiwać, że w fazie pucharowej będzie jeszcze ciekawiej.
To "ciekawiej" nie było wyłącznie zasługą piłkarzy, trenerów i sędziów. Kluczowa okazała się obsada poszczególnych par drugiej rundy! Hegemonów los skojarzył z innymi hegemonami, a w swym własnym gronie bawić się mieli kopciuszkowie. Tym ostatnim tradycyjnie stawały na drodze do ćwierćfinałów bezwzględne Milany, Barcelony i inne Manchestery. Nie tym razem! Drużyny o poziomie odchodzącym od "średniej pucharowej" zamiast gremialnie rzucić się faworytom w objęcia - elegancko powpadały na siebie wzajem: Olympiakos miał zagrać z Bordeaux, CSKA z Sewillą i nawet FC Porto trafiło "tylko" na Arsenal. Drabinka ułożyła się tym samym fascynująco: takie pary, jak Milan-MU, Inter-Chelsea, Fiorentina-Bayern czy Lyon-Real wzbudzały emocje kibiców na tygodnie przed pierwszym gwizdkiem... Poza szczęśliwym trafem Barçy, wszystkie inne pary zapowiadały się na niesamowicie wyrównane. Efekty mieliśmy zobaczyć na boiskach.
"Ulubieńcy" Barçy wyeliminowani
Drużyna celująca w trofea nie powinna bać się nikogo. Ale po wyłonieniu kompletu uczestników drugiej rundy można było spokojnie ocenić, z kim Blaugrana miałaBY mniejsze szanse awansu do półfinału. Z racji charakterystyki gry, porównania potencjału kadrowego na poszczególnych pozycjach, doświadczeń w latach minionych i czynników pozaboiskowych, rywali "podwyższonego ryzyka" można było od razu wskazać dwóch. Chelsea i Real.
Dwumecz z fizycznie grającymi londyńczykami mamy świeżo w pamięci. Nie miałbym z tym klubem żadnego problemu, gdyby swe atuty realizował na boisku chociaż na granicy przepisów. Ale nie kilka kilometrów poza nią! Od ery Mourinho piłkarze The Blues (Ballack, Drogba, A. Cole, Carvalho, Essien, Ferreira, Terry tracący ostatnio nerwy częściej niż zwykle, a nawet Lampard i od niedawna Ivanović) doszli do profesury w metodach, które niewiele mają wspólnego ani z piłką, ani nożną: chamstwo, łokcie, nadepnięcia, nieustanne ciąganie za koszulkę, nurkowanie (ktoś mówił coś kiedyś o jakiejś hańbie?), wywieranie presji na arbitrze. Futbol to nie gra dla panienek, ale przepisy są po to, by je respektować. Dlatego Chelsea czasów współczesnych to rywal arcytrudny. Szczególnie dla FC Barcelony, która aspiracji do krzewienia na boiskach stylu rodem z muay thai nie przejawia.
Z kolei Blancos znów zbagatelizowali potęgę Mocy, jaką kolegialnie wygenerować potrafią piłkarscy rzemieślnicy. Tradycji stało się zadość, piłkarze Realu znów przegrali 1/8 finału we własnych głowach. Ale znający mentalność "Królewskich" wiedzą, że na mecz z Barçą w fazie pucharowej LM wspięliby się na wyżyny swych umiejętności, precyzji i możliwości! Dlatego Real "pseudogalaktyczny²" mógłby być dla Barçy przeciwnikiem potencjalnie zabójczym. A z pewnością nieprzyjemnym, niewygodnym i zwyczajnie zbędnym... OK, mogło być spektakularnie, bo "szpaler" też boli mnie do dziś. Ale nie żałuję, że tym razem Azulgranę w dziele wyeliminowania Realu wyręczyli inni. Sama w sobie obrona tytułu (że tak powiem: "na kimkolwiek") przy Concha Espina 1 - to kusi za mocno by na tym etapie rozgrywek zatęsknić za silną i nieobliczalną drużyną gospodarzy tegorocznego finału.
Obie drużyny nie grają już dalej. Z resztą przeciwników Guardiola i jego podopieczni w mojej ocenie powinni sobie poradzić.
Zagrożenia: głównie MU i Inter
Zaprawdę znakomity zrobili Włosi interes na Sneijderze. Holender po madryckiej ślepej uliczce swojej kariery znalazł przystań na San Siro. Ogólnie jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co w Londynie pokazał cały team José Mourinho. Osiągnęli niesamowity sukces, pokonując fizyczną Chelsea jej własną bronią. Ale to nie stawia Interu automatycznie w pozycji faworyta względem Barçy (starcie możliwe już w półfinale). Mediolańczycy bardzo nie lubią drużyn operujących piłką szybciej od nich. A Barça udowodniła na przestrzeni ostatniego roku, że w tym elemencie jest bliska perfekcji.
Dlatego w kontekście końcowego triumfu większe zagrożenie upatruję w "starych znajomych" z Old Trafford. Anglicy wznosili Puchar Europy ledwie dwa finały temu i był to ich drugi triumf w erze Fergusona. Lekceważyć serc mistrzów nie należy nigdy. Tym bardziej, jeśli sam pokonałeś ich rok temu... Trener MU zapewne od 10 miesięcy duma, jak odgryźć się na tym gołowąsie Guardioli. Nawet jeśli Szkot rok temu nie znał każdego zagrania Barçy na pamięć, to do dziś na pewno te zaległości nadrobił. Eksplodowała forma Rooney'a, dobrze gra Park, udanie wprowadził się do klubu Valencia, coraz lepiej prezentuje się drużyna jako całość. Tylko, że Fergie'emu wraz z CR7 ubyło pół setki wariantów ofensywnych z zeszłego roku. Możliwości w ataku Barçy na pewno nie straciły na jakości (Pedro), a pod kątem starcia z Anglikami może nawet się powiększyły (atletyczny Ibrahimović jest wręcz stworzony do rywalizacji z takimi drużynami). I w tym upatruję przewagi Katalończyków.
Ogółu atutów Barçy wymieniać tu nie trzeba. Kto o nich zapomniał w trakcie lutowego letargu i liczył na awans przeciętniaków ze Stuttgartu - srodze się zawiódł. Wymaganie od piłkarzy formy magicznej stale przez 10 miesięcy jest jakimś kosmicznym nieporozumieniem i brakiem wyobraźni na temat funkcjonowania ludzkiego organizmu. Wyższy bieg włączyła Barça dopiero w drugiej połowie marca. Tak, jak rok temu. I choć porażka możliwa jest zawsze i z każdym, to skład tegorocznych ćwierćfinalistów skłania barcelonismo do umiarkowanego optymizmu. W starciu z Arsenalem Katalończycy są faworytem zdecydowanym (co rozstrzygam we wspomnianej drugiej części dzisiejszego tekstu). A myśli o finale? Na nie przyjdzie czas w maju. Dziś liczy się tylko kolejna runda. Przykład rywala zza miedzy pokazuje, że inna orientacja prowadzi tylko w jednym kierunku. Do klęski.
W ciszy stadionu. LM: Ostał się tylko jeden faworyt (1)
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (42)