Tezy zawarte w części głównej nie mogłyby aspirować do miana racjonalnych bez bliższej analizy tego, co wydarzyło się w 1/8 finału. Znajdziecie ją poniżej.
AC Milan-Manchester United (2-7)
Dwumecz zapowiadał się ciekawie, ale skończyło się na zapowiadaniu. Ojjj, dał się we znaki mediolańskim oldboy'om Wayne Rooney. Tak, jak trafiał głową Milanowi - nie pozwalają mu strzelać nawet ligowi średniacy! Z kolei Ronaldinho nawet w zaawansowanym stadium procesu odzyskiwania swego mojo nie dysponował w skali dwumeczu żadnymi poważniejszymi argumentami.
W takiej formie nie mógł Milan liczyć na coś więcej niż obyczajny wymiar kary. A Manchester? Żądza odwetu za Rzym i osobista ambicja sir Gumożuja sprawiają niestety, że to najgroźniejszy przeciwnik na drodze Barçy do obrony tytułu. Godny najwyższego szacunku Park (od zera do bohatera w czołowym klubie świata? tak, to możliwe), Valencia, Nani i Giggs (gdy jest zdrowy) decydują o sile "zjednoczonych" skrzydeł w pomocy. Ale już ofensywa środka pola (starzejący się Scholes, siermiężni w ataku Carrick z Fletcherem) i szczególnie obrona (brak alternatyw dla Evry i środkowych) mogą przyprawiać SAF'a o ból gumy do żucia. Tym bardziej, że Rooney jest tylko jeden, Berbatow jak gra - każdy widzi, a Owen wziął się i "skontuzjował"... W bezpośrednim starciu szanse mają obie drużyny, ale więcej jednak Barca. Jednak "spotkanie po roku" możliwe będzie dopiero w finale. A do tego czasu może się zdarzyć wszystko.
Olympique Lyon-Real Madryt (2-1)
Jak powiem, że się tego spodziewałem, to i tak nikt mi nie uwierzy. Muszę zatem pozostać przy tym, że z taką grą i nastawieniem mentalnym ("będzie 3-0") Real nie ma czego szukać w Lidze Mistrzów jeszcze przez wieeeeele lat. Nieważne, ile kosztował będzie kolejny letni zaciąg gwiazd. Cierpliwość i pokora wobec przeciwnika nadal mają na Bernabéu status "poszukiwanych".
Na Lyon wyszli sobie C-Ron z kolegami przeświadczeni o własnej wielkości. Demonstrowali co drugim zagraniem i miną pewność wyniku, jakby ponownie grali z Alcorcón. No to się zdziwili... A Olympique? Francuzi są kadrowo słabsi niż rok temu, gdy Barcelona urządziła sobie festiwal bramek. Pep z chłopakami nie mają się czego bać. Bordeaux powinno.
FC Porto-Arsenal FC (2-6)
Po wizycie w Londynie piłkarze Porto na wspomnienie o The Emirates Stadium budzić się będą z wrzaskiem i trwogą w oczach. W dwóch poprzednio rozegranych tu meczach stracili 6 bramek, nie strzelając żadnej. Passa się przedłużyła. Dążący do odrobienia strat z żenującej porażki na Dragão (w tym miejscu serdeczne facepalm'y dla Łukasza "posłusznie-podam-ci-piłkę-i-się-odwrócę" Fabiańskiego) "Kanonierzy" nawrzucali Portugalczykom do plecaka aż 5 bramek. Za ilustrację formy wycieczkowiczów z Porto niech wystarczy fakt, że pozwolili uciułać hat-trick Bendtnerowi (sic!), a pod nieobecność kontuzjowanego Fàbregasa dyrygował drużyną nominalny skrzypek, Samir Nasri.
Emilio wybrał. To z londyńczykami spotka się Barça w ćwierćfinale. Niezły wybór; co prawda kluby francuskie są po drugiej stronie drabinki, ale United i Bayern też. Szanse Arsenalu? Brak. Fàbregas, Sagna, Song, Nasri i ew. Walcott to dużo za mało. Poza tym, ta drużyna w starciach kluczowych boleśnie sabotowana jest przez własnych bramkarzy; na wyzwania tego etapu LM nawet Almunia nie rokuje najlepiej. Po drugiej stronie boiska Eduardo i Bendtner wciąż nie odzyskali pełni dyspozycji sprzed swych kontuzji. Nie oznacza to, że Arsenal nie jest w tym sezonie zdolny do rzeczy wielkich. Sam jestem wielkim fanem szans na tytuł mistrza Anglii. Ale w ćwierćfinale LM o awans będzie im bardzo ciężko. Moim subiektywnym zdaniem Barça na dziś jest drużyną zdecydowanie lepszą.
FC Bayern Monachium-ACF Fiorentina (4-4 [a])
Fiorentinie nie pomógł niedawny skandalik z udziałem Adriana Mutu. Mimo to Włosi nie byli zespołem gorszym od faworyzowanych Bawarczyków. Piłka bywa jednak niesprawiedliwa, czasem w starciu drużyn zbliżonych poziomem, losy rozdziela łut szczęścia. Dwumetrowy spalony z pierwszego meczu pewnie do dziś śni się fanom Violi, ale tego dwumeczu nie rozstrzygnęła jedna bramka; nikt nie bronił graczom z Florencji okazalej uporać się z rywalem w rewanżu. Pozostał żal i niesmak.
W starciu z Barceloną argumentów prędzej zabrakłoby Fiorentinie niż Niemcom. Ale to Bayern wciąż jest drużyną w budowie. Sprowadzając latem trenera i 11 piłkarzy za 74,5 mln euro, władze klubu dokonały rewolucji. To już nie jest ta sama drużyna, którą Barça rok temu wyeliminowała z hukiem, aczkolwiek śledząc jej ligowe losy w bieżącym sezonie, nie można powiedzieć, by należała do ścisłej europejskiej czołówki. Jeszcze nie. Choć w starciu z Manchesterem United może zaskoczyć, jeśli Anglicy będą zbyt pewni siebie. Co prawda w składzie Bawarczyków nie ma nikogo z finału 1999. Ale Franz Beckenbauer tam był. I pewnie będzie wiedział, jak dodatkowo zmotywować drużynę.
VfB Stuttgart-FC Barcelona (1-5)
Słabiutka postawa Dumy Katalonii w Stuttgarcie była pochodną ogólnej zniżki formy zespołu w tamtym okresie. Ale rewanż nie pozostawił złudzeń, kto z tej pary zasługuje na awans. Nie zdziwiłbym się, gdyby z luksusu wyjścia na drugą połowę w stolicy Katalonii Niemcy zwyczajnie zrezygnowali. Drużyna, z którą przegrali - bytuje w zupełnie innym matrixie.
Nie oglądałem meczu na żywo. Przebywałem sobie w tym czasie w przybytku kultury. Tak, to przejaw kibicowskiego zarozumialstwa i zuchwałości; przyznaję, że mało chwalebny. Jeszcze niedawno bym sobie tego nie wyobrażał. Ale powód jest prosty: awansu Barçy byłem zwyczajnie pewien; szczególnie po dodającym skrzydeł triumfie nad Valencią. I to jest miernik faktycznej potęgi dzisiejszej Barçy - daje ona kibicom pewność i wiarę. A skoro wiernemu Cule pozwala to na komfort podarowania sobie decydującego meczu sezonu "live", to mówi to troszeczkę o tym, co mogą czuć rywale wychodzący na starcie z piłkarzami Guardioli...
Olympiakos Pireus-FC Girondins de Bordeaux (1-3)
Dzięki tej parze swoje pięć minut mieli futbolowi romantycy, utożsamiający się z uciśnionymi wyłącznie z definicji. Kibice ci już dawno przed pierwszym meczem zakupili szaliki i trąbki w barwach obu drużyn. Wynik rywalizacji nie był tu istotny - liczy się idea. A gwarancję obecności Bordeaux lub Olympiakosu w ćwierćfinale złamać mógłby jedynie walkower. Dalej przeszli Francuzi i nie zapowiada się, by z przywileju walki o półfinał mieli rezygnować. Miły akcent tego awansu przypomina wszystkim atakującym europejski Olimp, że "yes, we can". Przy odrobinie wysiłku i szczęścia.
Sportowo Bordeaux to zagadka. W fazie grupowej (z Bayernem i Juve) nie ponieśli porażki i do zdobycia kompletu punktów zabrakło im bardzo niewiele (remis na Stadio delle Alpi). Jednak w dwumeczu z greckimi outsiderami Żyrondyści nie zachwycili. Francuski klub uznać należy zatem za trochę gorszą wersję Arsenalu - utalentowanych jednostek tu nie brakuje (Gourcuff, Chamakh, Gouffran, Ciani, Sertić), ale na to, by walczyć o końcowy triumf, raczej nie wystarczy. Jednak w starciu z Lyonem to FCGB uznałbym za faworyta.
CSKA Moskwa-Sevilla FC (3-2)
Rosjanie konsekwentnie realizowali plan zaistnienia w Europie. Triumfowali w Pucharze UEFA, do tegorocznej edycji LM weszli duetem, jesienią 4 punkty na Barcelonie ugrał Rubin, a CSKA weszło do 1/8 kosztem Beşiktaşu i VfL. Lont płonął od jakiegoś czasu i bomba wybuchła na Sánchez Pizjuán. To nie jest triumf przypadkowy: Akinfiejew (!), Dżagojew, Mark González (kojarzony z Liverpoolu i Betisu) czy bracia Bierezuccy to nazwiska w Europie znane. Ambitne CSKA obnażyło wszystkie słabości Sevilli. Co nie zmienia faktu, że na tej fazie przygoda Rosjan zapewne się skończy.
Inter Mediolan-Chelsea FC (3-1)
Obserwowaliśmy jeden z tych rzadkich momentów, gdy José Mourinho faktycznie wykazał się genialnym zmysłem taktycznym. Na Stamford Bridge wychował drużynę opierającą się na fizycznym zdominowaniu rywala, pressingu, błyskawicznym przejściu z obrony do ataku i walce wszystkimi dostępnymi środkami. Dlatego Mourinho w starciu ze swoimi byłymi podopiecznymi musiał zagrać tą samą kartą. Na zgraję dzikich wilków wypuścił sforę wygłodniałych psów.
Mou nawet nie musiał trudzić się zgrywaniem Wielkiego Motywatora. To, że Inter w europejskiej piłce zdolny jest tylko do samoośmieszania, od dawna wiedzą nawet przedszkolaki. Najlepszymi motywatorami byli więc dla siebie sami piłkarze.
Ale wyłączną zasługą Portugalczyka jest to, jak ustawił drużynę taktycznie. Wychodząc na Stamford Bridge z trójką (!) napastników wysłał jasny sygnał: Inter się nie podda, Inter przyjechał walczyć! Przekaz ten został wzmocniony obecnością od pierwszych minut obu mediolańskich pitbulli: Motty i Cambiasso. Przez pierwsze pół godziny faulowali jeden przez drugiego, nie zostawiając The Blues nawet chwili wytchnienia. Drogba miał w końcu dosyć i postanowił wylecieć z boiska. Nie pomijajmy roli Samuela, który przy rzutach rożnych Marudą i Drogbą miotał niczym Lennox Lewis Andrzejem Gołotą. Sneijder cały mecz szukał "tego jednego podania" aż w końcu je znalazł. Eto'o biegał za trzech, a jeden z jego przechwytów ok. 65 minuty skłonił mnie do poszukania szczęki na podłodze.
Mówiąc krótko: w Interze wszyscy zostawili na boisku życie. Choć długimi fragmentami nie schodzili z własnej połowy - o agresywnej obronie nie zapomnieli ani przez chwilę, dopięli swego i wygrali. Przez 90 minut nie bawili się w żadne półśrodki. Wyszli na boisko z chęcią wyszarpania tego zwycięstwa, wyciągnięcia go londyńczykom z gardeł, jak tylko będzie trzeba. Tak bezwzględnie i tak skutecznie grającej drużyny nie widzi sie codziennie. W starciu z Barceloną Inter na pewno byłby sporym zagrożeniem. Ale nie wolno zapominać, że przetrzebiona kontuzjami (nieobecni byli Essien, A. Cole, Deco skazujący Ancelottiego na beznadziejnego Ballacka i Čech osłabiający nie tyle samą bramkę, co cały defensywny monolit) Chelsea nie potrafiła wypracować sobie żadnej klarownej okazji do zdobycia bramki. Na własnym stadionie! Dlatego przewagi Barçy upatruję w kreatywności linii pomocy, wymienności pozycji między napastnikami i dynamice ogółu poczynań ofensywnych. Tego zabrakło Chelsea. I dlatego w tym starciu tytanów musiała polec.
Do finału bliżej o krok
Z najsilniejszych (w kolejności: Manchester, Inter, Bayern, Arsenal) rywali Azulgranie na drodze do półfinału stanęli ci ostatni. Jak już wspomniałem, drużyna Wengera to wybór nie najgorszy. Można zaryzykować stwierdzenie, że gra podobnym stylem, co Barca, tylko o klasę słabszymi piłkarzami. Chyba dobrze, że już teraz Duma Katalonii nie wpada na Inter czy Manchester United. Lecz jeśli nie dojdzie do niespodzianek, na dalszych etapach trzeba będzie pokonać obie te wielkie drużyny.
Niezależnie od wszystkiego, czeka culés walka pasjonująca. Bo Barça ma potencjał, by każdą z jej rund rozstrzygnąć na swoją korzyść.
W ciszy stadionu. LM: Ostał się tylko jeden faworyt (2)
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (110)