Stało się jasne, że tytuł mistrzowski w La Liga będzie w tym roku wewnętrzną rozgrywką pomiędzy dwoma klubami. Przewagi nad resztą ligi Real i Barcelona nie zbudowały wszak podczas ostatniej kolejki, toteż muszę się przyznać, że ze skomentowaniem tego zjawiska zwlekałem z premedytacją. Potrzebowałem wyników 2. rundy Ligi Mistrzów. Miałem już gotowy schemat argumentacji całego tekstu dowodzący, że La Liga trzyma się dzielnie, nie utraciła nic ze statusu potęgi w Europie, a tak dalekie wysforowanie się dwójki liderów w krainie corridy przed szereg, wynika bardziej z potencjału Barçy i Merengues niż ze słabości całej ligi.
Niestety, Sevilla odpadła (uwaga, kryć się: ironia!) "z jakimś klubem z Rosji" i cały mój misterny plan posypał się rychlej niż kariera Kornelii Marek. Ale już pal licho anemicznych Andaluzyjczyków. Nawet gdyby nie zawiedli milionów i podołali w meczu, którego byli żelaznym faworytem, to w ćwierćfinale i tak znalazłyby się TYLKO dwie hiszpańskie drużyny. Bo pokpili sprawę Blancos. Swoją drogą, śmieszna sprawa z tym Realem - jeden jedyny raz przydałaby się ich wygrana jako studium przypadku, a oni wbrew. Muszą swoje: bo 1/8 finału, LM, bo tradycja, buta piłkarzy, wstyd, klęska i napisy końcowe. Ehhh, szkoda gadać... I honoru Primera División w ćwierćfinałach LM, Barça znów broni unisono.
I co? I nic. Nie poradzę przecież. Kijem Ebro nie ruszę, historii przekłamywał nie będę. Trza się z realiami wziąć i pogodzić. Czas zatem na rozwinięcie arsenału zgoła odmiennych spostrzeżeń; równie wdzięcznego tematu z TAK błahych powodów przecież sobie nie podaruję!
Ligowy duopol
Nie tak dawno, przed 28. kolejką mieliśmy w Ligue 1 sytuację, gdy aż pięć klubów (Bordeaux, Montpellier, Auxerre, Lyon i Marsylia) stanęło przed szansą na objęcie pozycji lidera. Tylko, że nikt nie chciał jej wykorzystać! Wszystkie ww. drużyny zgodnie poremisowały. W czubie tabeli utrzymało się wtedy status quo, a do tego sytuację wykorzystało szóste uprzednio Lille, wyprzedzając OL i OM.
La Liga obserwuje podobny trend, tylko że w kwestii miejsca trzeciego. Aspirujące doń zespoły regularnie i naprzemiennie tracą punkty. Ze spokojną przewagą nad grupą pościgową najniższy stopień ligowego podium mogłyby dziś zajmować zarówno Mallorca (4.), jak i Sevilla (5.). Aktualnie (tymczasowo?) przebywająca w tym punkcie tabeli Valencia wyprzedza bezpośrednich rywali odpowiednio o 6 i 8 punktów. To NIE jest bezpieczny dystans, jeśli weźmiemy pod uwagę, z jaką zawziętością zespoły z miejsc 4-7 gubiły oczka na przestrzeni ostatnich kilkunastu dni! Otóż, w czterech ostatnich meczach Deportivo zdołało zdobyć ledwie 1 pkt. na 12, Sevilla uciułała 2, Mallorca "aż" 4 i tylko Valencia potrafiła wygrać dwukrotnie, acz pomiędzy klęskami na Camp Nou i La Romareda (w identycznym stosunku 3-0). Słabość rywali wykorzystał Athletic, który doczłapał na szóste miejsce kosztem Depor (mając dziś już 3 punkty przewagi).
Nie oglądając się na kłopoty rywali, dwie potęgi PD systematycznie kolekcjonują punkty, mając ich już 74. Zdaniem Pepa to "sakramencko mnóstwo" i trudno się tu nie zgodzić. Aż 21 pkt. przewagi nad ostatnim zespołem na podium to w nowożytnych dziejach ligi zjawisko bezprecedensowe. To już chyba nie jest przewaga. To przepaść. Co rodzi dylemat zasadniczy: czy przyczyną jest generalna słabość ligi czy winny jest niebotyczny poziom, jaki osiągnęły Barça i Los Merengues?
Geneza problemu
Klubowa piłka to dziś globalny biznes. Do sukcesu sportowego niezbędne są stabilne finanse, zmysł marketingowy i efektywny model zarządzania. Klub piłkarski stał się instytucją funkcjonującą nie tylko w przestrzeni sportowej, lecz rynkowej. W rzeczywistości tej szybko odnalazł się Real, wcześnie podłączając się do generującej zyski i prestiż walki o światowego kibica, trochę dłużej zajęło to Barcelonie, a pozostałe hiszpańskie kluby zaczęły nagle niknąć we wstecznym lusterku. Pojedyncze sukcesy sportowe Deportivo, Villarreal, Atlético czy Valencii (o Alavés nie wspominając) nie zostały umiejętnie przekute w potencjał organizacyjny, co uniemożliwiło stworzenie stabilnych fundamentów finansowych oraz odebrało szansę na kolejne, tym razem długookresowe, triumfy na boisku. I to jest faktyczny problem. Albo przeciwnicy Realu i Barçy się z nim uporają (adaptując do realiów dzisiejszej piłki), albo pozostanie im walka o zaszczytne trzecie miejsce. Sezon w sezon.
Dlatego do grupy 25 najbardziej wartościowych klubów piłkarskich świata nie potrafi się przebić żaden inny hiszpański team, mimo obecności tam takich "potęg" jak Schalke, Tottenham, HSV, Werder, OM czy Celtic i Rangers. Wartość dodana, jaką na Camp Nou i Bernabéu stworzono w ostatnich latach dzięki własnej kreatywności, urasta zatem do ważnego czynnika przewagi. Oba kluby w najlepsze korzystają z dobrodziejstw procesu globalizacji futbolu, maksymalizując źródła swoich dochodów. Inne hiszpańskie kluby tego nie robią. Kluczową rolę odgrywa tu umiejętny marketing. Tożsamość "więcej niż klubu", UNICEF na koszulkach i rola wychowanków w przypadku Barçy oraz trzykrotny triumf w LM na przełomie milleniów i mocarstwowa polityka transferowa Realu stały się motorami wizerunku, który przyciąga i kibiców, i sponsorów. Valencia, Sevilla czy Atlético też mają mnóstwo własnych atutów. Tylko nie potrafią ich "sprzedać".
Barça i Real silne, jak nigdy
Częściej niż Doda na łamach "Faktu", wije się temat ligowego duopolu w hiszpańskich mediach. Stosują one przy tym tendencję zerojedynkową, uznając za przyczynę albo wysforowanie się duetu barcelońsko-madryckiego, albo marazm ich rywali. Bardziej zasadna wydaje mi się konkluzja, że problem leży pośrodku; może nie idealnie, ale na pewno nie wyłącznie po jednej stronie.
Gdy wczesnym latem 1985 roku Terry Venables świętował z Barçą mistrzostwo Hiszpanii, nie mógł się spodziewać, że rozpoczyna ćwierćwiecze, które kluby z Madrytu i Barcelony zdominują w stopniu dotychczas niespotykanym. W ciągu 25 lat jedynie Atlético '96, Depor '00 i dwukrotnie Valencia ('02 oraz ‘04) potrafiły wydrzeć mistrzostwo dwójce ligowych hegemonów. Karty w La Liga Blaugrana (10) i Blancos (11) rozdają zatem od dawna, ale skala ich dominacji chyba nigdy nie była większa niż dziś.
Wynika to z przykrego dla konkurencji faktu, że Real i Barça od lat dominują nad ligą nie tylko piłkarsko, lecz właśnie organizacyjnie i finansowo. W tym miejscu wkroczyć powinny władze ligi. By dbać o jej wyrównany i atrakcyjny dla widzów poziom, RFEF dysponuje najskuteczniejszym orężem, jakie istnieje w dzisiejszym futbolu: pieniędzmi. Efektywny system podziału zysków ze sprzedaży praw telewizyjnych rozwiązałby większość dzisiejszych problemów La Liga. RFEF mogłaby literalnie zabierać bogatym i dawać biednym (jak robi to FA w Anglii). Niestety, archaiczne przepisy dają hiszpańskim klubom wolną rękę w zawieraniu umów telewizyjnych. Co to oznacza? Coroczny zysk Barçy i Realu w postaci ok. 120 mln euro (dla porównania: MU otrzymuje "tylko" 60 mln euro), dużo niższe stawki dla średniaków i marne centowe ochłapy dla "maluczkich". Potencjał marketingowy słabszych drużyn nie pozwala im negocjować godnych stawek za prawo do transmisji meczów, a brak tych kilku(-nastu) dodatkowych mln euro w budżetach nie pomaga tworzyć konkurencyjnych składów. Bogaci bogacą się jeszcze bardziej, a biedni biednieją. Na takim systemie cierpi cała PD.
System podziału zysków ze sprzedaży praw telewizyjnych w Hiszpanii jest tym samym najbardziej ułomnym i niesprawiedliwym ze wszystkich czołowych lig Europy. Kluby dostrzegają problem. "Jeśli zależy nam na konkurencyjnej lidze, powinniśmy opracować nowy system podziału zysków z transmisji." Słowa Ramona Rodrígueza, dyrektora sportowego Sevilli, padły kilka miesięcy temu, ale nigdy nie były aktualniejsze niż dziś. Do centralizacji praw i stawek przez RFEF na pewno nie dojdzie przed 2013 rokiem. Dopiero wtedy kończą się aktualne umowy zarówno Barçy, jak i Realu.
Reszta ligi słaba, jak nigdy
Tytuły Depor i Valencii, nie tak przecież odległe, nie były dziełem przypadku. La Liga dysponowała wówczas realnymi argumentami na nawiązanie walki i zagrożenie odwiecznym faworytom. Ten czas minął. Dziś właśnie Valencia zawodzi najbardziej, negatywnie zaskakuje silna ostatnio Sevilla. Wpadki, jakie trafiają im się w bieżącym sezonie, jeszcze niedawno byłyby nie do pomyślenia!
Ale kibice tych przynajmniej klubów nie musieli się martwić o ligowy byt. Fani szorujących w pierwszej fazie rozgrywek po samym dnie tabeli Atlético i Villarrealu - jak najbardziej. Dziś obie drużyny wstydliwą obecność w strefie spadkowej mają za sobą, bo wysforowały się aż na 8. i 10. miejsce. Niemniej, tempo, w jakim oba zespoły przebiły się w rejony "zagrożone" europejskimi pucharami, też dodaje wniosków nt. dzisiejszego poziomu La Liga.
Pozostaje rzut oka na dalszą część tabeli. Sporting i Almería marzą o Europie (9 pkt. straty). I wcale nie brzmi to jak science-fiction. Frywolna postawa drużyn pozostających za plecami Valencii może zdziałać cuda. Zostało dziewięć kolejek do końca, a La Liga udowodniła w tym sezonie, że to mnóstwo czasu na zmiany. W tym przypadku "Wszystko się może zdarzyć..." zaiste brzmi mniej tandetnie niż zwykle.
Zatem postęp Barçy i Realu to jedno (40%). Ale w tym samym czasie konkurencyjność innych klubów wyraźnie zagasła (60%). Daje to razem 100% ligowego kryzysu.
Może być tylko lepiej
Seryjnie zdobywane mistrzostwa i triumfy w Europie z lat 80. i 90. sprawiły, że gdy pod koniec XX wieku europejska piłka klubowa weszła w erę komercjalizacji i globalizacji - Real Madryt i FC Barcelona stały w pozycji silnie uprzywilejowanej względem ligowych konkurentów. Dysponujące już wtedy renomowanymi markami kluby stały się głównymi beneficjentami ekspansji klubowej piłki w świat. Ale przykład marketingowego sukcesu Charlotte Hornets (dziś w NO) - zespołu bez dobrych zawodników i szans na podbicie play-off, którego czapeczki w pewnym momencie nosiło pół świata, z Polską włącznie - pokazuje, że zyski generować można nawet bez żadnego potencjału sportowego! A Valencia, Villarreal, Atlético, Sevilla i Deportivo go mają.
Czas, by te i inne hiszpańskie kluby spróbowały wykorzystały swoje szanse. I poczęły tworzyć projekty sportowe, który pozwolą dłuższy czas walczyć o najwyższe cele. A nam, kibicom, oddadzą "starą" Primera División. Bardziej wyrównaną i bardziej pasjonującą.
W ciszy stadionu. Liga (hiszpańska) Realu i Barçy
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (20)