Guardiola to trenerski geniusz. Nie ma ku temu wątpliwości. Ale to wciąż geniusz młody. Oznacza to, że brak mu czasem tych kilku pierwiastków trenerskiego doświadczenia, które okazują się niezbędnymi i bezcennymi w boiskowych sytuacjach niespodziewanych. Taka zdarzyła się na San Siro i spotkała się z Guardioli bezczynnością. Na trzy bramki Interu menedżer Barçy zareagował jedną zmianą i po 62. minucie tylko przyglądał się, jak jego podopieczni biją głową w mur. Przyglądanie się to czynność zasadna na czubku Wieży Eiffla tudzież stateczku pod Wodospadem Niagara. Ale na trenerskiej ławce, w półfinale Ligi Mistrzów, nie ma dla niej miejsca.
Doświadczenie jako trenerska wartość cna i pożądana ma też brata-bliźniaka. Cwaniactwo. Ten wieczór udowodnił, że to taka cecha, która od stóp do głów wypełnia José Mourinho.
Bezradność Barcelony
W ciągu niespełna 2 lat zdarzały się Guardioli porażki, taktyczne pomyłki i wreszcie ewidentne wpadki czysto personalne. Ale to jego pierwszy prawdziwie przegrany mecz. Równie bezbronnej Barcelony Pepa jeszcze nie widzieliśmy. W pewnym momencie meczu piłkarze stracili zupełnie pojęcie "jak" oraz taktyczne możliwości, "by" odrobić dwubramkową przewagę Interu. Po trzeciej bramce mediolańczyków, podczas wypadów w przeciwległe pole karne Piqué i Abidala, z bezproduktywnym Alvesem, nieobecnym Keitą i odcinanymi od podań Xavim i Messim - na boisku obserwowaliśmy drużynę bezradną. Jej chaotyczne ataki przypominały swoją rozpaczliwością pisklaka, który za wszelką cenę próbuje wyskoczyć z gniazda. Z przetrąconym skrzydłem.
Ten wieczór przypomniał młodemu katalońskiemu trenerowi, że półfinał Ligi Mistrzów nie jest właściwym momentem na eksperymenty ani osobiste animozje. Pokazał też, że taki lis jak Mourinho wyjątkowo nie toleruje błędów, bo ledwie dostrzeże je u rywala - wykorzysta bez litości. Do bólu.
Właśnie z bólem, patrzyło się na tak dotkliwą i niewątpliwą porażkę klubu, któremu się kibicuje. Tym większym bólem, gdy dysponuje on realnymi atutami względem najbliższego rywala. Bólem szczególnym, gdy ogół wydarzeń pozwala na gorzki wniosek, że poległ głównie na własne życzenie.
Barça przegrywa z Eyjafjöll, sędzią i brudną grą...
Kpijcie w najlepsze szydercy bez honoru, ale ogarnia mnie frustracją fakt, że wzorem Cartmana z "SP" nie będę mógł wykrzyczeć "na-na-na-na-na!!!" fanom Interu po rewanżu na Camp Nou. Rewanżu poprzedzonego podróżą Mourinho i jego pupili przez blisko 1000-kilometrową połać Europy. Każdy, kto letnią porą pomykał automobilem do Hiszpanii lub wlókł się autobusem do Bułgarii, zna zmęczenie oczekujące u celu. Tylko, że szczęśliwca-turystę czeka później tydzień bądź dwa basenu, plażowania, odpoczynku, drinków z palemką i bawim-bawim w wersji hard. Piłkarzy Barcelony czekał za niecałe 30 godzin półfinał Ligi Mistrzów. Peszek. Ale to kolejne zjawisko na "p", które może robić wielką różnicę. Trzeba pędzić żywot na prawnie bronionych używkach, by negować fakt, że tego wieczora Inter wyszedł na San Siro z niebanalnym handicapem kondycyjnym. I było to widać. Nie przeceniajmy znaczenia tego faktu, ale wypada brać go w rachubę.
Prócz wulkanu zawiódł sędzia. Rzutu karnego po zahaczeniu Alvesa przez Sneijdera dyktować nie musiał, choć może (?) mógł. Za to braku gwizdka w sytuacji z 89. minuty wytłumaczyć nie mogę inaczej niż świadomym relatywizmem arbitra. Jeden z obrońców Interu postanawia w polu karnym wybić piłkę Piqué razem z barkiem. Sędzia stoi tuż obok. Co zasługuje na rzut karny, jeśli nie to?!
Moim skromnym zdaniem tego wieczora gwizdek gwizdał wybiórczo. Sędzia Benquerença w przekroju całego meczu przytłaczającą większość sytuacji spornych rozstrzygał na korzyść gospodarzy. Mniejsza o szczegóły i dziesiątki argumentów z podawaniem minut meczu i konkretnych sytuacji. Nie wzywam też na świadków Cruyffa czy Bońka, każdy ma google, a to bajeczne narzędzie prócz analiz meczu dostarczy nawet jego powtórkę. Wystarczy ją obejrzeć i cierpliwie sobie notować.
To, że Inter pokaże brudną grę, było jasne przed meczem. Pokonali tym Chelsea i tylko tak mogli zagrozić Barcelonie. A skoro ćwierćfinał zakończyli bez czerwonych kartek (co w przypadku Motty, Samuela i Lucio jawi się zagadką na miarę Bursztynowej Komnaty), to dokazywali sobie w najlepsze na Messim, Pedro, Xavim i reszcie... Ten wątek i tak zostanie mi uznany za lament 10-letniego sfrustrowanego culé i to pewnikiem sezonowca, więc ograniczę się do garści faktów. Gol Milito z tragicznie ewidentnego spalonego każe zapytać, czy sędzia zapomniał z domu soczewek. Wejścia Motty w Xaviego i Maicona w Abidala kończą się biernym przyzwoleniem, podobny atak Keity skutkuje sięgnięciem do kieszeni; w tempie, którego nie powstydziliby się Billy the Kid ani Clint Eastwood. A odgwizdanie ręki Pedro, gdy ten był ewidentnie faulowany, świadczy wyłącznie o mości arbitra dużym poczuciu humoru... Nie mogę go podzielać, bo kolekcja takich i podobnych decyzji półfinałowi Ligi Mistrzów nie przystoi. Trener Interu powinien obdarować rodaka w czerni co najmniej rogiem obfitości; a jeśli następnym razem najdzie Mou ochota na dowcipkowanie na temat p...ewnej zeszłorocznej hańby, to niech chociaż obejrzy do tego czasu mecz na Camp Nou.
...indolencją własną...
Oczywiście, że nieoptymalna kondycja fizyczna, nieprzychylna postawa sędziego i rażąca skłonność graczy Interu do ignorowania Platiniego z jego przereklamowanym fair play, pozostają sprawy jedynie tłem, a nie sednem. Piłkarze Barçy zrobili na boisku za mało, by ten mecz wygrać. Jej trener też.
Po rewanżu z Chelsea, pełen szacunku dla kunsztu, intuicji i taktyki trenera Interu powiedziałem sobie, że na watahę dzikich wilków, które sam wychował w Chelsea, wypuścił Portugalczyk sforę wygłodniałych mediolańskich psów. Wygrała drużyna bazująca na mocarnej sile i nieustannych faulach, z pitbullami w osobach Cambiasso i Motty oraz brytanem chroniącym dostępu do własnej bramki pod postacią Samuela. Na ich tle poczynania w destrukcji Busquetsa i Keity wypadły, jak jamnik Bolca-Milowicza po twórczym PR'ze swego pana. Trochę rozczarowująco.
Występ obu był w miarę pewną decyzją kadrową Guardioli, tymczasem sprawiali na San Siro wrażenie powołanych w ostatniej chwili juniorów. Którzy nie widzieli choćby skrótu dwumeczu Interu z Chelsea! Busi postanowił nie korzystać w ogóle ze swoich postawnych warunków fizycznych, Keita rywali się przestraszył i wszelkie resztki woli walki zostawił w domu. Zbytnia delikatność Katalończyka i Malijczyka przeciwko "Włochom" zadecydowała o tym, że środek pola Barcelony praktycznie w tym meczu nie istniał, zaś Xavi nie miał miejsca, by pograć. Wystarczająco swobody miał natomiast Sneijder, a piłka bez problemu docierała do mediolańskiego tria napastników.
Mało tego, ta swobodnie docierająca piłka siała w szeregach obronnych Barcelony istny popłoch. Swego dnia nie mieli Alves i Puyol, tylko trochę pozytywniej na ich tle wyglądała postawa Piqué. Co ważne, konsekwencją nieefektywnych poczynań defensywnych pomocników musiała być wysoka gra środkowych obrońców. Tak padła bramka Maicona, tak kartkę dostał Puyol. Gdzie wtedy byli Keita z Busquetsem?! Osobną historią jest to, co w obronie wyczyniał Maxwell. Jeżeli jedna drużyna "robi" 3 bramki tą samą stroną, to wszelkie pomeczowe recenzje i oceny gry danego obrońcy są elokwentnym acz z gruntu fałszywym ekwiwalentem steku przekleństw. Uczciwy piłkarz nawet się z nimi zgodzi.
Messi próbował, Xavi się starał, Pedro po bramce zniknął, Ibra zszedł z boiska nie pokazując praktycznie nic konstruktywnego. Takie mecze jak rewanż z Arsenalem nie zdarzają się nikomu co tydzień i z tym bez trudu można się pogodzić. Trudniej zaś zaakceptować sytuację, w której ofensywy drużyny zbytnio nie wspierają danego wieczora ani koledzy z defensywy, ani trener.
...swoim trenerem...
Żaden klub nie może wygrać z wymagającym rywalem, jeżeli jego trener wystawia nieoptymalny skład. Portugalski trener wyciągnął wiele wniosków z grupowych starć z Barceloną. Guardiola nie wyciągnął wniosków nawet po ostatnich meczach ligowych. Keita po powrocie z rehabilitacji rozegrał pół dobrego meczu, a jego przydatność na boisku w ostatnich meczach wołała o pomstę ku niebiosom. Tymczasem w składzie na Inter awizowany jest właśnie Malijczyk. Na TAKI Inter!
O pitbullach Mourinho, wypełniających strefę obronną Interu już wspomniałem. Starcie z Chelsea pokazało, że są one nie tylko skuteczne, ale brakiem jakiegokolwiek sukcesu na europejskiej arenie w ostatnich latach po prostu wygłodniałe; należało się spodziewać, że w półfinale nie odpuszczą tym bardziej. Dlatego członkiem jedenastki na półfinał MUSIAŁ być Touré, jedyny pomocnik Barçy dysponujący warunkami fizycznymi, by stawić Motcie i Cambiasso czoła. Wraz z Busquetsem byłby dla Interu względnie solidną przeszkodą. Choćby i bez formy. Nawet gdyby Touré na San Siro przypominał ruchliwością kolosa rodyjskiego (w co wątpię), wystarczyłoby by stanął takiemu Cambiasso na drodze, a ten ostatni poturlałby się pod własną bramkę. Co mógł w starciu z Interem zrobić Keita, którego Motta czy Samuel przy odrobinie szczęścia mogliby przeskoczyć? Keita, który jest od Iworyjczyka dwukrotnie węższy w barkach. Któremu ostatnie mecze mijały poza kadrem kamery... Dlatego pytam: co Keita robił w składzie na Inter??? A skoro już się pojawił, to czemu nie zszedł po pierwszym kwadransie?! Jeżeli ktoś ma odpowiedź inną niż "Touré" to uniżenie zachęcam te cztery osoby do opuszczenia sali, bo w tej dyskusji pragnie się zachować klimat powagi.
Inna sprawa to świeże upodobanie Guardioli do urozmaicania życia obrońcom. Eksperyment z Alvesem na Bernabéu był udany o tyle, że Brazylijczyk wymiernie pomagał Puyolowi neutralizować na prawej stronie CR9. Centrował wszak mało, a z przodu najczęściej tułał się po spalonym, ograniczając partnerów. Próbowanie w ofensywie Maxwella też trudno zaliczyć do udanych. I w kluczowym meczu sezonu, przegrywając 3-1 ściąga Pep napastnika (i słusznie, bo gra toczyła się za wolno), wprowadza Abidala, a podmęczonego godziną zasuwania w obronie Piqué przesuwa do ataku. Mister, [łaj]?! Piqué oczywiście udowodnił nam, że jest OBROŃCĄ, ale za jego starania i oddanie należny mu wielki szacunek. Guardiola postanowił skazać Messiego na dalszą walkę unisono z rosłymi Samuelem i Lucio, a inni napastnicy zostali na ławce. Było to decyzją sabotującą resztki szans na cokolwiek.
W innym meczu, innego dnia można by chociaż podać do Titiego. Zagrać mu "na aferę" lub po prostu zostawić piłkę. Zawsze pozostanie piłkarzem zdolnym jednym zagraniem zmienić losy meczu. Sprytem, zwodem, precyzją, świeżością lub błyskiem geniuszu. Ani wiek, ani forma nie zabierają tych cech piłkarzowi... Na ławce trudno je wykorzystać. Poza tym, gdyby Henry zagrał od początku, pewnie byłaby szansy na większą ruchliwość w ataku niż z wyjątkowo ślamazarnym Ibrą.
Funkcjonowanie barcelońskiego ataku przez ostatnie pół godziny mogłoby też usprawnić wejście Bojana. Barça potrzebowała dwóch-trzech szybkich podań, jednej akcji, a Bojan potrafi nadążać w tym za Messim. Nawet jeśli nie Ibrę, to mógł Bojan zmienić chociaż Pedro, od którego w drugiej połowie lepiej zagrałby nawet Tito Vilanova (a wszyscy wiemy, jakim był piłkarzem).
...i doskonale dysponowanymi tego dnia rywalami
Jest zupełnie inną kwestią, że Inter zagrał ze swojego punktu widzenia znakomity mecz. Perfekcyjnie wypunktował Barcelonę pokazując, że nawet przy posiadaniu piłki 29% (!) można odrzeć rywala ze złudzeń, nadziei i radości życia. W przeciwieństwie do Blaugrana, wszyscy Nerazzuri w każdym momencie tego starcia wiedzieli, co mają robić. Dostrzegam, ale średnio mnie to cieszy i raczej nie będę się tym specjalnie ekscytował.
Zostaje rewanż
Za trzy dni na Camp Nou decydować się będzie nie tylko awans do finału Ligi Mistrzów, ale i kondycja zespołu na ostatniej prostej rozgrywek ligowych. Rewanż jest do wygrania, ale pewne jest, że Barça nie odrobi strat z Mediolanu z tak grającymi Maxwellem, Ibrą i Keitą, spędzającym zacne 5 i nieefektywne 85 minut na boisku Rodríguezem, Touré na ławce i Piqué w ataku. Nie idź tą drogą, Josepie Guardiolo. Już nie. A gdy inne plany legną w gruzach, tam na końcu ławki zawsze siedzi pewien Francuz. Nie, nie zachwycał w tym sezonie. Ale gdy nie idzie już nic, próbować trzeba wszystkiego. Skoro bramkę na wagę Pucharu Europy zdobył nawet Teddy Sheringham...
W ciszy stadionu. Pierwszy przegrany mecz Guardioli
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (74)