Valdés: Cierpiałem będąc bramkarzem
"Informe Robinson" to comiesięczny magazyn na antenie Canal+. Prowadzi go były piłkarz Liverpoolu i reprezentacji Irlandii, Michael Robinson. Ostatni program poświęcony był bramkarzowi Barcelony - Víctorowi Valdésowi. Wespół z najważniejszymi osobami w jego karierze - bratem, ojcem i pierwszymi trenerami, opowiada on o swoim trudnym sportowym dzieciństwie, dylematach i charakterze.
Michael Robinson: Zwykle gdy sportowiec osiąga najwyższy poziom mówi coś w stylu 'osiągnąłem wszystko, o czym marzyłem jako dziecko'. To nie takie proste w przypadku Víctora Valdésa. Jest on obecnie jednym z najlepszych bramkarzy świata. Przez lata jednak wielokrotnie myślał o porzuceniu tej dyscypliny.
Víctor Valdés: W wieku od 8 do 18 lat, gra jako bramkarz co weekend była dla mnie, delikatnie mówiąc, wyjątkowym cierpieniem. Ciągłym cierpieniem z powodu robienia czegoś, czego nie lubiłem, mam tu na myśli grę na tej pozycji. Nie czułem tego. Dlaczego to robiłem pomimo tego, że tego nie lubiłem? Wszystko zaczęło się od starej piłki, którą znalazłem z moim bratem Ricardo. Ponieważ nie miał on nikogo, kto mógłby bronić jego strzały - robiłem to ja.
Ricardo Valdés (brat Víctora): Czasami trzymał kanapkę w jednej ręce, a drugą bronił - tak zaczynał. Stał na bramce, ponieważ potrzebowałem bramkarza, a nie mieliśmy nikogo innego. To musiał być on.
Jose Manuel Valdés (ojciec Víctora): Zaobserwowaliśmy, że był odważny. Beż żadnego strachu rzucał się za piłką. Takie były początki...
Salvador Riera (trener): Wciąż pamiętam jedną z interwencji. Jeden z chłopców strzelił z rzutu wolnego przepięknie w kierunku okienka, gdybyście tylko mogli zobaczyć małego Víctora frunącego za piłką, obronił! Nie chodzi o to, że zatrzymał piłkę, ale styl, w jakim to zrobił. W wieku 9 lat. Widziałem coś takiego tylko kilka razy, jeśli w ogóle.
Był jednak pewien problem. Víctor nie chciał bronić...
Ricardo: Widział, że jeśli ktoś zdobywa bramkę - jego koledzy z drużyny się cieszą. Kiedy natomiast wpuszczał strzał - wszyscy na niego krzyczeli.
Salva: Jego ojciec zadzwonił i powiedział "Salva, Víctor nie chce już grać w piłkę. Mówi, że odchodzi. Przyjedź i porozmawiaj z nim, spróbuj go przekonać". Cóż... po małym 'praniu mózgu' udało się go w końcu przekonać i znów wrócił...
Brakowało tylko jednego. Przekonać osoby decyzyjne w canterze do Víctora Valdésa.
Salva: Grałem przeciwko wszystkim drużynom młodzieżowym, widziałem wszystkich bramkarzy. Niektórzy byli bardzo dobrzy, ale nikt nie dorównywał Víctorowi. Jeden z szefów cantery powiedział: "Nigdy się nie zmienisz". Po długich namowach jednak zgodził się. Przyprowadziłem Víctora, wziął go.
Wtedy rodzina zdecydowała o przenosinach na Teneryfę. Zatem decyzja o pozostaniu w La Masii musiała być podjęta przez zaledwie 10-letniego chłopca.
Ricardo: Prawdę mówiąc, wszyscy byliśmy zaskoczeni, gdyż Víctor nie wahał się. Był bardzo podekscytowany możliwością pozostania.
Ojciec: Myślę, że pragnął zostać ze względu na renomę Barcelony.
Víctor: Wydaje mi się, że sen zostania piłkarzem zaszczepiła we mnie osoba mojego ojca... Dwa tygodnie później zrozumiałem, co to znaczy być w środku, żyć w La Masíi.
Ricardo: Wkrótce każda noc była dramatem... Każdego wieczoru telefon kończył się płaczem mojego brata i mojej matki.
Víctor: Jak tylko odkładałem słuchawkę, czułem się źle. Nie rozumiałem, naprawdę nie rozumiałem, czemu muszę żyć z dala rodziny, podczas gdy bycie z nimi było tak wspaniałe.
Mały Víctor mówił podczas odwiedzin rodziców: "Ciężko tu być. Czuję to szczególnie, gdy przyjeżdżają w odwiedziny. Gdy wyjeżdżają jest naprawdę źle". Pięć miesięcy później opuszcza La Masíę. Camp Nou będzie musiało poczekać...
Ojciec: Wtedy, podczas pierwszego roku na Teneryfie, był raczej buntowniczym dzieckiem. Nie chciał grać w piłkę. Gdy przyjeżdżałem po niego na plażę, zawsze bawił się w morzu.
Pewnego dnia, podczas oglądania telewizji, coś się wydarzyło...
Ricardo: To było lato. Oglądaliśmy turniej młodzieżowych drużyn Barcelony na Canal+. Widzieliśmy m.in. byłych kolegów Víctora. Zobaczyliśmy, że brat siedzi na sofie i płacze. Łzy płynęły jak wodospad, to nie było coś, co robił wcześniej.
Ojciec: Pozwoliłem mu płakać. Zdałem sobie jednak sprawę z tego, co się stało. Wyłączył telewizor i pobiegł do swojego pokoju. Zaskoczył mnie tym. Zapytałem: "Czy nie wspominałeś, że nie chcesz już grać w piłkę? Że nie chcesz być bramkarzem?", odpowiedział: "Tak, ale zobaczyłem moich kolegów"...
Víctor: Byłem częścią tamtej drużyny, bardzo żałowałem, że mnie tam zabrakło. Bycie zawodnikiem tamtej drużyny było tak prestiżowe dla kogoś w moim wieku. Wszyscy oglądali cię w telewizji, to było coś. Ojciec spytał: "Widzisz?"
Teraz celem stał się powrót do Barçy. Do tego czasu dwa treningi dziennie - rano z drużyną Teneryfy i popołudniu z ojcem na plaży.
Ojciec: Obiecaliśmy sobie, że trening musi być intensywny. Musi mu pomóc zapomnieć, że chciał porzucić piłkę. Był zdeterminowany, więc wiedziałem, że osiągniemy efekty. Często byliśmy na siebie źli. Nawet moja żona pytała: "Mam nadzieję, że nieco odpuściłeś na treningu", gdyż życie z nami stawało się coraz trudniejsze.
Víctor: Tak... Zamiast ojca miałem wtedy trenera, który chciał mojego dobra. Cały czas mówił mi, co mam robić, ścieraliśmy się. Zaszczepił we mnie istotę mojego treningu: nigdy nie przestawać walczyć. Ciągle się rozwijać. Bez wątpienia to było najlepsze, czego mnie nauczył.
W wieku 13 lat, w towarzystwie brata, Víctor wrócił do Barcelony, by spróbować ponownie.
Jordi Castel: Rzadko zdarza się, że dogonimy pociąg, który nam odjechał. Mam na myśli każdą życiową płaszczyznę.
Raz jeszcze, ta sama La Masía. Tym razem jednak - nie ten sam Víctor Valdés.
Ojciec: Nauczył się nie mówić nam wszystkiego, a tylko to, co chciał. Czuł się źle. Po latach powiedział nam, że było z nim naprawdę źle.
Dlatego, że znów był daleko od rodziny, znów nachodziły go myśli, że wcale nie odpowiada mu pozycja bramkarza. Dodatkowo dochodził stres, gdyż Víctor wkraczał w prawdziwą rywalizację. Powodowało to uczucia, o które dopiero po latach mógł wyrazić w słowach.
Víctor: Dużo myślałem, wkradał się niepokój. Mecze mnie przerażały. Przerażała mnie myśl, że w daną niedzielę jest mecz. Wiedziałem, że 90 minut będzie okropne. Widziałem szczęśliwych, z powodu czekającego nas meczu, wszystkich kolegów. Byłem typowym dzieckiem, ale nie ze wszystkich rzeczy czerpałem radość. Na koniec rozmyślań dochodziłem do wniosku, że moje życie jest zupełnie bez znaczenia. Strach przed porażką...? Czasem cierpienie było tak silne, że zastanawiałem się nad zupełnie innym typem życia. Czasem zaś chciałem być po prostu piłkarzem.
Ricardo: Myślę, że w niektórych chwilach bał się, iż nie podoła.
Ojciec: Pozycja bramkarza nie sprawiała mu radości. Prawdopodobnie, jak twierdzi wielu, sam widział, że jest wręcz stworzony do bycia portero.
Víctor: W trudnych momentach przed rezygnacją powstrzymywał mnie upórbrata i ojca. Ich rada, by zostać bramkarzem. Zapłacić swoje, wycierpieć swoje. Czułem w środku, że muszę wszystko doprowadzić do końca.
Víctor miał 15 lat, kiedy wraz z Van Gaalem pojawił się Frans Hoek. Był trenerem przez 6 lat, Valdés nigdy nie powiedział mu nic o swoich problemach.
Frans Hoek (trener bramkarzy): Nigdy mi o tym nie wspomniał. To dla mnie niespodzianka. O niczym nie wiedziałem.
Víctor: Kiedy miałem 18 lat, byłem zmęczony całą sytuacją i spotkałem się z rodziną. Powiedziałem im, że zamierzam zrezygnować z piłki nożnej i zakończyć ciągłe cierpienie. Chciałem rozpocząć nowe życie, w który byłoby mi dobrze. Przeszedłem terapię psychologiczną - bardzo mi wtedy pomogła.
Ojciec: Powiedział bardzo jasno: "Ricardo, nie jestem szczęśliwy. Wszyscy jesteście, ale nie ja". Po dwóch wizytach z tym panem, Víctor wyraźnie się zmienił.
Víctor: Ta terapia sprawiła, że zacząłem widzieć bramkę nieco w inny sposób, świat piłki stał się dla mnie czymś różnym od poprzedniego wyobrażenia. Bardzo mi to pomogło. Fakt, że nie chciałem zawieść ojca i brata, ich upór oraz świadomość tego, jak daleko doszedłem sprawiła, że chciałem kontynuować.
Dwa lata później Víctor zadebiutował w Primera División. Ktoś jednak już wcześniej przeczuwał, że to nastąpi...
Ricardo: Mój ojciec bardzo na niego naciskał, gdy był mały. Robił to dlatego, bo doskonale wiedział, że Víctor może być profesjonalnym piłkarzem. Co ciekawe, jest z tym związana anegdota. Pewnego razu podwoziliśmy go do La Masíi, Víctor miał wtedy 13 lat, wysiedliśmy z auta i zobaczyliśmy otwarte bramy Camp Nou. Zeszliśmy schodkami na murawę, gdzie mama stwierdziła: "To musi być wspaniałe, zagrać na stadionie pełnym ludzi". Ojciec powiedział: "Pewnego dnia zagrasz w tej bramce, synu", odparł wskazując tą, w której później debiutował Víctor.
W wieku 20 lat, przeciw Atlético Madryt. To nie były lekkie czasy dla Barcelony. Drużyna nie była kolektywem, pozycja bramkarza - niepewna.
Frans Hoek: Dwa karne, oba w ten sam sposób. Wyjście jeden na jeden, Víctor szybko wybiega, przeciwnik leży i...
...i Víctor traci miejsce w kadrze, wraca do rezerw. Nie pokazuje się na treningu, poniósł konsekwencje, musi się starać o przebaczenie publiczności.
Víctor: Cóż, myślałem, że etap drużyny młodzieżowej mam za sobą, tymczasem po trzech miesiącach do niej wracam. To była trudna sytuacja. Minęło kilka dni zanim zaakceptowałem ten stan rzeczy. Mam za co dziękować trenerowi, zdecydowanie.
Frans Hoek: Myślę, że był to niesamowicie ważny moment jego kariery.
Ricardo: Jeśli miałbym wskazać moment maksymalnej radości, nie tylko Víctora, ale całej rodziny, będzie to z pewnością wygranie finału Ligi Mistrzów w Paryżu. Możliwość oglądania, jak spogląda w niebo... Ojciec zawsze nosi pierścień, który należał niegdyś do dziadka. Zawsze przed meczem całuje go i unosi do góry. Zawsze. Można również zauważyć, że Víctor zawsze czyni ten gest wchodząc na murawę.
Ojciec: Byłem zamurowany, kiedy to zobaczyłem... Usiadłem na 5 minut nie mogąc wydusić z siebie słowa.
Ricardo: Dziadek był zafascynowany bratem. Niestety nie mógł zobaczyć jego debiutu. Ciekawostką jest fakt, iż kibicował on Realowi Madryt. Mawiał: "Jeśli widziałbym go grającego na Bernabéu, umarłbym!" Pytałem: "Zatem komu kibicowałbyś w takim meczu?" Odpowiedział, że "tego dnia życzyłbym zwycięstwa swojemu wnukowi".
Wiele mówi się o grze w kadrze, a także o rzekomo niezbyt dobrych stosunkach z konkurentami, szczególnie z Reiną.
Juan Carlos Unzué (trener bramkarzy): Jest mi z tym źle, to niesprawiedliwe, że bramkarz na poziomie Valdésa, w takim momencie kariery nie ma tytułu mistrza świata czy Europy.
Víctor: Gra dla kraju byłaby czymś, o czym marzy każdy profesjonalista, ja też próbuję robić, co mogę. Myślę, że pewnego dnia ten moment nastąpi (wywiad przeprowadzany był przed ostateczną listą powołanych - przyp. Red.). Jako nagroda za dobrą pracę. Myślę, że jestem na właściwej drodze.
Ojciec: Wespół z Pepe Reiną są dobrymi przyjaciółmi. Spotkali się w Barcelonie. Powołanie lub jego brak nie jest zależne od nich, a od selekcjonera.
Víctor: Nigdy nie miałem kolegi z drużyny będącego bramkarzem, z którym bym nie konkurował, to naturalne w wypadku tej pozycji.
Unzué: Jeśli Valdés trafi do kadry będzie z pewnością czynnikiem spajającym skład, pragnącym pomóc grupie. Jest bardzo ambitny.
By opowiedzieć o swoim charakterze, Víctor wraca myślami do La Masíi.
Víctor: Mój charakter wykształcił się w murach La Masíi. Fakt, że tyle czasu byłem sam w tak młodym wieku sprawił, być może, że rozwinąłem w sobie cechy, które pomogły mi w przyszłości.
Unzué: W wielu sytuacjach życie nic mu nie dało. Wręcz przeciwnie, zabrało mu kilka rzeczy. Stąd ten wizerunek zimnego i zdystansowanego człowieka. Ludzie rozumieją to, podobnie jak jego zarozumiałość. Nie ma nic mocniejszego od prawdy.
Ojciec: Jak można być tak różnym na boisku i poza nim?
Ricardo: Obraz Víctora, który mają ludzie jest kompletnie inny od jego prawdziwego wizerunku.
Víctor: Nie martwi mnie to szczególnie, ludzie mnie znają bądź nie. Przede wszystkim interesuje mnie boisko.
Ricardo: Jednego dnia był tak wkurzony słuchaniem moich uwag zza bramki, że opuścił ją i próbował mnie złapać. W tym samym czasie rywal strzelał i drużyna Víctora omal nie straciła bramki.
Víctor: Chciałem go dogonić, zdenerwował mnie. Należało mu się!
Przez wiele lat Víctor chciał porzucić piłkę nożną. Nie zrobił tego. Dziś cieszy się z powrotu do domu, który ostatnio widział mając 8 lat. Tam, gdzie brama do garażu, dla niego zawsze była bramka.
Víctor: Mój ojciec i mój brat. To, co posiadam, to przywilej życia. Podobnie moja rodzina. Wszystko zawdzięczam tej dwójce ludzi. Bez nich opuściłbym futbol. Chciałem przedstawić tą historię, gdyż bycie upartym jest warte grzechu. Cokolwiek się stanie, cokolwiek myślisz, zawsze możesz osiągnąć upragniony życiowy cel. Możesz żałować czegoś do końca życia, jeśli poddasz się i porzucisz dążenia. Prawdopodobnie przytrafiłoby się to i mi. Jestem pewien, że gdyby to zależało tylko ode mnie, odszedłbym. I jeśli tak by się stało, a ktoś pokazałby mi w kryształowej kuli to, co mam dzisiaj - płakałbym każdej nocy...
[źródło: canal+, totalbarca.com]
Michael Robinson: Zwykle gdy sportowiec osiąga najwyższy poziom mówi coś w stylu 'osiągnąłem wszystko, o czym marzyłem jako dziecko'. To nie takie proste w przypadku Víctora Valdésa. Jest on obecnie jednym z najlepszych bramkarzy świata. Przez lata jednak wielokrotnie myślał o porzuceniu tej dyscypliny.
Víctor Valdés: W wieku od 8 do 18 lat, gra jako bramkarz co weekend była dla mnie, delikatnie mówiąc, wyjątkowym cierpieniem. Ciągłym cierpieniem z powodu robienia czegoś, czego nie lubiłem, mam tu na myśli grę na tej pozycji. Nie czułem tego. Dlaczego to robiłem pomimo tego, że tego nie lubiłem? Wszystko zaczęło się od starej piłki, którą znalazłem z moim bratem Ricardo. Ponieważ nie miał on nikogo, kto mógłby bronić jego strzały - robiłem to ja.
Ricardo Valdés (brat Víctora): Czasami trzymał kanapkę w jednej ręce, a drugą bronił - tak zaczynał. Stał na bramce, ponieważ potrzebowałem bramkarza, a nie mieliśmy nikogo innego. To musiał być on.
Jose Manuel Valdés (ojciec Víctora): Zaobserwowaliśmy, że był odważny. Beż żadnego strachu rzucał się za piłką. Takie były początki...
Salvador Riera (trener): Wciąż pamiętam jedną z interwencji. Jeden z chłopców strzelił z rzutu wolnego przepięknie w kierunku okienka, gdybyście tylko mogli zobaczyć małego Víctora frunącego za piłką, obronił! Nie chodzi o to, że zatrzymał piłkę, ale styl, w jakim to zrobił. W wieku 9 lat. Widziałem coś takiego tylko kilka razy, jeśli w ogóle.
Był jednak pewien problem. Víctor nie chciał bronić...
Ricardo: Widział, że jeśli ktoś zdobywa bramkę - jego koledzy z drużyny się cieszą. Kiedy natomiast wpuszczał strzał - wszyscy na niego krzyczeli.
Salva: Jego ojciec zadzwonił i powiedział "Salva, Víctor nie chce już grać w piłkę. Mówi, że odchodzi. Przyjedź i porozmawiaj z nim, spróbuj go przekonać". Cóż... po małym 'praniu mózgu' udało się go w końcu przekonać i znów wrócił...
Brakowało tylko jednego. Przekonać osoby decyzyjne w canterze do Víctora Valdésa.
Salva: Grałem przeciwko wszystkim drużynom młodzieżowym, widziałem wszystkich bramkarzy. Niektórzy byli bardzo dobrzy, ale nikt nie dorównywał Víctorowi. Jeden z szefów cantery powiedział: "Nigdy się nie zmienisz". Po długich namowach jednak zgodził się. Przyprowadziłem Víctora, wziął go.
Wtedy rodzina zdecydowała o przenosinach na Teneryfę. Zatem decyzja o pozostaniu w La Masii musiała być podjęta przez zaledwie 10-letniego chłopca.
Ricardo: Prawdę mówiąc, wszyscy byliśmy zaskoczeni, gdyż Víctor nie wahał się. Był bardzo podekscytowany możliwością pozostania.
Ojciec: Myślę, że pragnął zostać ze względu na renomę Barcelony.
Víctor: Wydaje mi się, że sen zostania piłkarzem zaszczepiła we mnie osoba mojego ojca... Dwa tygodnie później zrozumiałem, co to znaczy być w środku, żyć w La Masíi.
Ricardo: Wkrótce każda noc była dramatem... Każdego wieczoru telefon kończył się płaczem mojego brata i mojej matki.
Víctor: Jak tylko odkładałem słuchawkę, czułem się źle. Nie rozumiałem, naprawdę nie rozumiałem, czemu muszę żyć z dala rodziny, podczas gdy bycie z nimi było tak wspaniałe.
Mały Víctor mówił podczas odwiedzin rodziców: "Ciężko tu być. Czuję to szczególnie, gdy przyjeżdżają w odwiedziny. Gdy wyjeżdżają jest naprawdę źle". Pięć miesięcy później opuszcza La Masíę. Camp Nou będzie musiało poczekać...
Ojciec: Wtedy, podczas pierwszego roku na Teneryfie, był raczej buntowniczym dzieckiem. Nie chciał grać w piłkę. Gdy przyjeżdżałem po niego na plażę, zawsze bawił się w morzu.
Pewnego dnia, podczas oglądania telewizji, coś się wydarzyło...
Ricardo: To było lato. Oglądaliśmy turniej młodzieżowych drużyn Barcelony na Canal+. Widzieliśmy m.in. byłych kolegów Víctora. Zobaczyliśmy, że brat siedzi na sofie i płacze. Łzy płynęły jak wodospad, to nie było coś, co robił wcześniej.
Ojciec: Pozwoliłem mu płakać. Zdałem sobie jednak sprawę z tego, co się stało. Wyłączył telewizor i pobiegł do swojego pokoju. Zaskoczył mnie tym. Zapytałem: "Czy nie wspominałeś, że nie chcesz już grać w piłkę? Że nie chcesz być bramkarzem?", odpowiedział: "Tak, ale zobaczyłem moich kolegów"...
Víctor: Byłem częścią tamtej drużyny, bardzo żałowałem, że mnie tam zabrakło. Bycie zawodnikiem tamtej drużyny było tak prestiżowe dla kogoś w moim wieku. Wszyscy oglądali cię w telewizji, to było coś. Ojciec spytał: "Widzisz?"
Teraz celem stał się powrót do Barçy. Do tego czasu dwa treningi dziennie - rano z drużyną Teneryfy i popołudniu z ojcem na plaży.
Ojciec: Obiecaliśmy sobie, że trening musi być intensywny. Musi mu pomóc zapomnieć, że chciał porzucić piłkę. Był zdeterminowany, więc wiedziałem, że osiągniemy efekty. Często byliśmy na siebie źli. Nawet moja żona pytała: "Mam nadzieję, że nieco odpuściłeś na treningu", gdyż życie z nami stawało się coraz trudniejsze.
Víctor: Tak... Zamiast ojca miałem wtedy trenera, który chciał mojego dobra. Cały czas mówił mi, co mam robić, ścieraliśmy się. Zaszczepił we mnie istotę mojego treningu: nigdy nie przestawać walczyć. Ciągle się rozwijać. Bez wątpienia to było najlepsze, czego mnie nauczył.
W wieku 13 lat, w towarzystwie brata, Víctor wrócił do Barcelony, by spróbować ponownie.
Jordi Castel: Rzadko zdarza się, że dogonimy pociąg, który nam odjechał. Mam na myśli każdą życiową płaszczyznę.
Raz jeszcze, ta sama La Masía. Tym razem jednak - nie ten sam Víctor Valdés.
Ojciec: Nauczył się nie mówić nam wszystkiego, a tylko to, co chciał. Czuł się źle. Po latach powiedział nam, że było z nim naprawdę źle.
Dlatego, że znów był daleko od rodziny, znów nachodziły go myśli, że wcale nie odpowiada mu pozycja bramkarza. Dodatkowo dochodził stres, gdyż Víctor wkraczał w prawdziwą rywalizację. Powodowało to uczucia, o które dopiero po latach mógł wyrazić w słowach.
Víctor: Dużo myślałem, wkradał się niepokój. Mecze mnie przerażały. Przerażała mnie myśl, że w daną niedzielę jest mecz. Wiedziałem, że 90 minut będzie okropne. Widziałem szczęśliwych, z powodu czekającego nas meczu, wszystkich kolegów. Byłem typowym dzieckiem, ale nie ze wszystkich rzeczy czerpałem radość. Na koniec rozmyślań dochodziłem do wniosku, że moje życie jest zupełnie bez znaczenia. Strach przed porażką...? Czasem cierpienie było tak silne, że zastanawiałem się nad zupełnie innym typem życia. Czasem zaś chciałem być po prostu piłkarzem.
Ricardo: Myślę, że w niektórych chwilach bał się, iż nie podoła.
Ojciec: Pozycja bramkarza nie sprawiała mu radości. Prawdopodobnie, jak twierdzi wielu, sam widział, że jest wręcz stworzony do bycia portero.
Víctor: W trudnych momentach przed rezygnacją powstrzymywał mnie upórbrata i ojca. Ich rada, by zostać bramkarzem. Zapłacić swoje, wycierpieć swoje. Czułem w środku, że muszę wszystko doprowadzić do końca.
Víctor miał 15 lat, kiedy wraz z Van Gaalem pojawił się Frans Hoek. Był trenerem przez 6 lat, Valdés nigdy nie powiedział mu nic o swoich problemach.
Frans Hoek (trener bramkarzy): Nigdy mi o tym nie wspomniał. To dla mnie niespodzianka. O niczym nie wiedziałem.
Víctor: Kiedy miałem 18 lat, byłem zmęczony całą sytuacją i spotkałem się z rodziną. Powiedziałem im, że zamierzam zrezygnować z piłki nożnej i zakończyć ciągłe cierpienie. Chciałem rozpocząć nowe życie, w który byłoby mi dobrze. Przeszedłem terapię psychologiczną - bardzo mi wtedy pomogła.
Ojciec: Powiedział bardzo jasno: "Ricardo, nie jestem szczęśliwy. Wszyscy jesteście, ale nie ja". Po dwóch wizytach z tym panem, Víctor wyraźnie się zmienił.
Víctor: Ta terapia sprawiła, że zacząłem widzieć bramkę nieco w inny sposób, świat piłki stał się dla mnie czymś różnym od poprzedniego wyobrażenia. Bardzo mi to pomogło. Fakt, że nie chciałem zawieść ojca i brata, ich upór oraz świadomość tego, jak daleko doszedłem sprawiła, że chciałem kontynuować.
Dwa lata później Víctor zadebiutował w Primera División. Ktoś jednak już wcześniej przeczuwał, że to nastąpi...
Ricardo: Mój ojciec bardzo na niego naciskał, gdy był mały. Robił to dlatego, bo doskonale wiedział, że Víctor może być profesjonalnym piłkarzem. Co ciekawe, jest z tym związana anegdota. Pewnego razu podwoziliśmy go do La Masíi, Víctor miał wtedy 13 lat, wysiedliśmy z auta i zobaczyliśmy otwarte bramy Camp Nou. Zeszliśmy schodkami na murawę, gdzie mama stwierdziła: "To musi być wspaniałe, zagrać na stadionie pełnym ludzi". Ojciec powiedział: "Pewnego dnia zagrasz w tej bramce, synu", odparł wskazując tą, w której później debiutował Víctor.
W wieku 20 lat, przeciw Atlético Madryt. To nie były lekkie czasy dla Barcelony. Drużyna nie była kolektywem, pozycja bramkarza - niepewna.
Frans Hoek: Dwa karne, oba w ten sam sposób. Wyjście jeden na jeden, Víctor szybko wybiega, przeciwnik leży i...
...i Víctor traci miejsce w kadrze, wraca do rezerw. Nie pokazuje się na treningu, poniósł konsekwencje, musi się starać o przebaczenie publiczności.
Víctor: Cóż, myślałem, że etap drużyny młodzieżowej mam za sobą, tymczasem po trzech miesiącach do niej wracam. To była trudna sytuacja. Minęło kilka dni zanim zaakceptowałem ten stan rzeczy. Mam za co dziękować trenerowi, zdecydowanie.
Frans Hoek: Myślę, że był to niesamowicie ważny moment jego kariery.
Ricardo: Jeśli miałbym wskazać moment maksymalnej radości, nie tylko Víctora, ale całej rodziny, będzie to z pewnością wygranie finału Ligi Mistrzów w Paryżu. Możliwość oglądania, jak spogląda w niebo... Ojciec zawsze nosi pierścień, który należał niegdyś do dziadka. Zawsze przed meczem całuje go i unosi do góry. Zawsze. Można również zauważyć, że Víctor zawsze czyni ten gest wchodząc na murawę.
Ojciec: Byłem zamurowany, kiedy to zobaczyłem... Usiadłem na 5 minut nie mogąc wydusić z siebie słowa.
Ricardo: Dziadek był zafascynowany bratem. Niestety nie mógł zobaczyć jego debiutu. Ciekawostką jest fakt, iż kibicował on Realowi Madryt. Mawiał: "Jeśli widziałbym go grającego na Bernabéu, umarłbym!" Pytałem: "Zatem komu kibicowałbyś w takim meczu?" Odpowiedział, że "tego dnia życzyłbym zwycięstwa swojemu wnukowi".
Wiele mówi się o grze w kadrze, a także o rzekomo niezbyt dobrych stosunkach z konkurentami, szczególnie z Reiną.
Juan Carlos Unzué (trener bramkarzy): Jest mi z tym źle, to niesprawiedliwe, że bramkarz na poziomie Valdésa, w takim momencie kariery nie ma tytułu mistrza świata czy Europy.
Víctor: Gra dla kraju byłaby czymś, o czym marzy każdy profesjonalista, ja też próbuję robić, co mogę. Myślę, że pewnego dnia ten moment nastąpi (wywiad przeprowadzany był przed ostateczną listą powołanych - przyp. Red.). Jako nagroda za dobrą pracę. Myślę, że jestem na właściwej drodze.
Ojciec: Wespół z Pepe Reiną są dobrymi przyjaciółmi. Spotkali się w Barcelonie. Powołanie lub jego brak nie jest zależne od nich, a od selekcjonera.
Víctor: Nigdy nie miałem kolegi z drużyny będącego bramkarzem, z którym bym nie konkurował, to naturalne w wypadku tej pozycji.
Unzué: Jeśli Valdés trafi do kadry będzie z pewnością czynnikiem spajającym skład, pragnącym pomóc grupie. Jest bardzo ambitny.
By opowiedzieć o swoim charakterze, Víctor wraca myślami do La Masíi.
Víctor: Mój charakter wykształcił się w murach La Masíi. Fakt, że tyle czasu byłem sam w tak młodym wieku sprawił, być może, że rozwinąłem w sobie cechy, które pomogły mi w przyszłości.
Unzué: W wielu sytuacjach życie nic mu nie dało. Wręcz przeciwnie, zabrało mu kilka rzeczy. Stąd ten wizerunek zimnego i zdystansowanego człowieka. Ludzie rozumieją to, podobnie jak jego zarozumiałość. Nie ma nic mocniejszego od prawdy.
Ojciec: Jak można być tak różnym na boisku i poza nim?
Ricardo: Obraz Víctora, który mają ludzie jest kompletnie inny od jego prawdziwego wizerunku.
Víctor: Nie martwi mnie to szczególnie, ludzie mnie znają bądź nie. Przede wszystkim interesuje mnie boisko.
Ricardo: Jednego dnia był tak wkurzony słuchaniem moich uwag zza bramki, że opuścił ją i próbował mnie złapać. W tym samym czasie rywal strzelał i drużyna Víctora omal nie straciła bramki.
Víctor: Chciałem go dogonić, zdenerwował mnie. Należało mu się!
Przez wiele lat Víctor chciał porzucić piłkę nożną. Nie zrobił tego. Dziś cieszy się z powrotu do domu, który ostatnio widział mając 8 lat. Tam, gdzie brama do garażu, dla niego zawsze była bramka.
Víctor: Mój ojciec i mój brat. To, co posiadam, to przywilej życia. Podobnie moja rodzina. Wszystko zawdzięczam tej dwójce ludzi. Bez nich opuściłbym futbol. Chciałem przedstawić tą historię, gdyż bycie upartym jest warte grzechu. Cokolwiek się stanie, cokolwiek myślisz, zawsze możesz osiągnąć upragniony życiowy cel. Możesz żałować czegoś do końca życia, jeśli poddasz się i porzucisz dążenia. Prawdopodobnie przytrafiłoby się to i mi. Jestem pewien, że gdyby to zależało tylko ode mnie, odszedłbym. I jeśli tak by się stało, a ktoś pokazałby mi w kryształowej kuli to, co mam dzisiaj - płakałbym każdej nocy...
[źródło: canal+, totalbarca.com]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (51)