Okiem Johana Cruyffa. Barça rozsławia El Clásico na cały świat
Poniedziałkowy termin publikowania przez Johana Cruyffa swoich felietonów okazał się bardzo niefortunny z punktu widzenia ostatecznej daty rozegrania GD. Opublikowany 29.11.2010 (na kilka godzin przed meczem) tekst miał nieaktualny wydźwięk jeszcze tego samego dnia. Toteż słowa legendy Barçy chcieliśmy przedstawić po kilku dniach - by dać możliwość oceny trafności przewidywań Holendra z perspektywy czasu, a jednocześnie nie utracić ciągłości jego, jak zawsze, charyzmatycznych felietonów. Tym bardziej, że tym razem poruszane są pod koniec intrygujące kwestie finansowe.
To banał, ale El Clásico to tylko trzy punkty. Czemu zatem jeden mecz cieszy się tak dużym zainteresowaniem na świecie? To znak rozpoznawczy klubu, stanowiący wielki symbol obecnych sukcesów Barçy.
Barca-Real to półtorej godziny meczu. Przed i po spotkaniu mnóstwo, mnóstwo analiz i wygłaszanych zewsząd opinii. Aktualnie w obu ekipach dzieje się dobrze. Obie mają talent. Obie są w stanie strzelać bramki i bronić własnej. Różnica tkwi w stylach. Pierwsza jest przyzwyczajona do posiadania piłki kolektywnie. Druga, by osiągnąć to samo, opiera się na grze indywidualności.
Czy Mourinho wystawi swoją ulubioną jedenastkę, by możliwie najbardziej zagrozić Barçy? Czy zmian dokona Guardiola? A może Messi powiększy swoje konto, zachwycając nas jakąś goleadą? Czy pierwszego gola Barcelonie ustrzeli C. Ronaldo... Jaki szczegół, akcja, podanie, decyzja będzie tą, która uczyni różnicę? To wielkie pytanie, sedno tej rywalizacji, na które nikt nigdy nie zna odpowiedzi. I dlatego jest ona tak pasjonująca.
Ten mecz nie rozstrzygnie kto zdobędzie tytuł, niemożliwe jest wiedzieć to po 13. kolejce. Ale to spotkanie, które przyciąga tłumy. Wyczytałem, że obejrzy go 400 milionów ludzi. Czy jest jakakolwiek lepsza reklama, dla klubów i całego kraju, od tej liczby?
Nie tak dawno, w innej lidze, został rozegrany mecz Inter-Milan, aktualny czempion Europy z innym zasłużonym klubem. Niewielu o nim wiedziało.
Wielki krok do przodu
Ten mecz ma już tak wielką międzynarodową sławę, że te liczby nie powinny już dziwić nikogo. Ale aby je zrozumieć, trzeba się nieco cofnąć w czasie... To, co wcześniej interesowało 40 milionów widzów, teraz interesuje 400! I dzieje się to przede wszystkim za sprawą ogromnego kroku naprzód, jaki Barcelona wykonała w ostatnich siedmiu latach.
Azulgrana wygrała w tym czasie wiele tytułów, zdobyła prestiż, umocniła swój styl gry. Brakowało jakiegoś spektakularnego dowodu, który ostatecznie dałby Barcelonie bezsprzeczne uznanie. Tą przysłowiową kropką nad i był... triumf w południowoafrykańskim Mundialu.
Czy chcecie to przyznać, czy nie, udział Barcelony w tej wygranej był kolosalny. Nie tylko, jeśli chodzi o zawodników, ale także o fundament stylu gry. Czy Hiszpanie byliby Mistrzami, gdyby nie prezentowali stylu gry podobnego do Barçy? Gdyby klubowa chemia pomiędzy Xavim, Iniestą, Puyolem, Piqué i Busquetsem nie determinowała wyników La Furia Roja? Czy dziś na Camp Nou oglądalibyśmy łącznie 13 mistrzów świata, gdyby kataloński klub gorzej wykonywał swoją pracę? Tego nie wiem, ale wiem jedno: Real miałby z pewnością więcej tytułów niż ma teraz. Przede wszystkim w lidze, ale nie tylko.
Nieudane występy Realu w Lidze Mistrzów czy Pucharze Króla w ostatnich latach to nie jest przecież wina Barçy, bo nigdy w rozgrywkach pucharowych z tych lat nie wyeliminowała Madrytu bezpośrednio. Lecz gdyby Madryt zdobył w międzyczasie choć jedną "Ligę" więcej, strącając Barçę z tronu - nie byłoby dziś mistrzów świata z RPA ani 400 milionów widzów. To pewne. El clásico obchodziłoby wówczas tylko nas tutaj, w Hiszpanii. Jak w latach poprzednich, ten, który zawsze bardziej potrzebował sukcesów w tym odwiecznym starciu, znalazłby drogę, by je sobie zapewnić.
Sytuacja jest jednak zupełnie inna. W ostatnich latach Barça nie tylko wyprzedziła Real, ale wręcz go przewyższyła. W tym, co sportowe (tylko w dwóch ostatnich latach Barça wygrała 8 z 10 możliwych rozgrywek); bo w tym, co ekonomiczne, oba kluby są na tym samym poziomie.
W związku z nadchodzącymi derbami, przeczytałem bardzo interesujący artykuł profesora finansów* José Maríi Gay'a. Porównał on w nim dochody i wydatki obu klubów w sezonie 2009/2010.
Płacić mniej za więcej
Wniosek jest taki, że w rzeczonym okresie Real zarobił 24 miliony euro (po opodatkowaniu). Tymczasem Barcelona zanotowała 79,6-milionową stratę. Aby dojść do tych liczb, trzeba było przeczytać dwa rozdziały, które szczególnie przykuły moją uwagę. Pierwszy traktował o tym, że Barça zapłaciła więcej z tytułu zapisów kontraktowych (40 milionów euro) wskutek wygranych tytułów (prima to składka, premia, odstępne). To nie wszystko; drugi z nich, o czym wcześniej nie wiedziałem, wyjaśniał, iż składki socios Realu przynoszą więcej zysku (148 milionów €) niż w Barcelonie (51 mln €). Z jednej strony bardzo cieszy mnie, że tak to wygląda, bo tutaj płaci się mniej za lepszy spektakl, z lepszym końcowym rezultatem - ale ta różnica jest ogromna.
Logika rachunków
Na ekonomii się nie znam, ale potrafię dodawać i odejmować. Jeśli weźmiesz pod uwagę jedynie różnicę, która z wpłat członkowskich wyszła w tamtym rozdziale (97 milionów na korzyść Realu), nie tylko wychodzisz na czysto z wszystkimi rachunkami za miniony sezon, lecz nawet zamykasz go notując zysk.
Czy prosto osiągnąć taki wynik ze składek socios? Nie wiem, ale nie mniej szokujące niż ta 97-milionowa różnica pomiędzy oboma klubami, jest dla mnie to, że pod względem ekonomicznym zdobywanie tytułów w realiach współczesnego futbolu jest bardziej kosztowne niż trwanie latami z niczym.
Oby Barça nie przestała przez to wygrywać. Szczególnie dziś.
* Dyscyplina wiedzy, która w polskim nazewnictwie nauk ekonomicznych nosi nazwę "finanse i rachunkowość", w hiszpańskiej nomenklaturze (uniwersytety, publikacje naukowe) nosi nazwę "Economía Financiera", tj. ekonomia finansowa. Identycznie jest z MSG, które w terminologii anglosaskiej funkcjonują jako "ekonomia międzynarodowa" ("International Economics").
[źródło: El Periódico]
To banał, ale El Clásico to tylko trzy punkty. Czemu zatem jeden mecz cieszy się tak dużym zainteresowaniem na świecie? To znak rozpoznawczy klubu, stanowiący wielki symbol obecnych sukcesów Barçy.
Barca-Real to półtorej godziny meczu. Przed i po spotkaniu mnóstwo, mnóstwo analiz i wygłaszanych zewsząd opinii. Aktualnie w obu ekipach dzieje się dobrze. Obie mają talent. Obie są w stanie strzelać bramki i bronić własnej. Różnica tkwi w stylach. Pierwsza jest przyzwyczajona do posiadania piłki kolektywnie. Druga, by osiągnąć to samo, opiera się na grze indywidualności.
Czy Mourinho wystawi swoją ulubioną jedenastkę, by możliwie najbardziej zagrozić Barçy? Czy zmian dokona Guardiola? A może Messi powiększy swoje konto, zachwycając nas jakąś goleadą? Czy pierwszego gola Barcelonie ustrzeli C. Ronaldo... Jaki szczegół, akcja, podanie, decyzja będzie tą, która uczyni różnicę? To wielkie pytanie, sedno tej rywalizacji, na które nikt nigdy nie zna odpowiedzi. I dlatego jest ona tak pasjonująca.
Ten mecz nie rozstrzygnie kto zdobędzie tytuł, niemożliwe jest wiedzieć to po 13. kolejce. Ale to spotkanie, które przyciąga tłumy. Wyczytałem, że obejrzy go 400 milionów ludzi. Czy jest jakakolwiek lepsza reklama, dla klubów i całego kraju, od tej liczby?
Nie tak dawno, w innej lidze, został rozegrany mecz Inter-Milan, aktualny czempion Europy z innym zasłużonym klubem. Niewielu o nim wiedziało.
Wielki krok do przodu
Ten mecz ma już tak wielką międzynarodową sławę, że te liczby nie powinny już dziwić nikogo. Ale aby je zrozumieć, trzeba się nieco cofnąć w czasie... To, co wcześniej interesowało 40 milionów widzów, teraz interesuje 400! I dzieje się to przede wszystkim za sprawą ogromnego kroku naprzód, jaki Barcelona wykonała w ostatnich siedmiu latach.
Azulgrana wygrała w tym czasie wiele tytułów, zdobyła prestiż, umocniła swój styl gry. Brakowało jakiegoś spektakularnego dowodu, który ostatecznie dałby Barcelonie bezsprzeczne uznanie. Tą przysłowiową kropką nad i był... triumf w południowoafrykańskim Mundialu.
Czy chcecie to przyznać, czy nie, udział Barcelony w tej wygranej był kolosalny. Nie tylko, jeśli chodzi o zawodników, ale także o fundament stylu gry. Czy Hiszpanie byliby Mistrzami, gdyby nie prezentowali stylu gry podobnego do Barçy? Gdyby klubowa chemia pomiędzy Xavim, Iniestą, Puyolem, Piqué i Busquetsem nie determinowała wyników La Furia Roja? Czy dziś na Camp Nou oglądalibyśmy łącznie 13 mistrzów świata, gdyby kataloński klub gorzej wykonywał swoją pracę? Tego nie wiem, ale wiem jedno: Real miałby z pewnością więcej tytułów niż ma teraz. Przede wszystkim w lidze, ale nie tylko.
Nieudane występy Realu w Lidze Mistrzów czy Pucharze Króla w ostatnich latach to nie jest przecież wina Barçy, bo nigdy w rozgrywkach pucharowych z tych lat nie wyeliminowała Madrytu bezpośrednio. Lecz gdyby Madryt zdobył w międzyczasie choć jedną "Ligę" więcej, strącając Barçę z tronu - nie byłoby dziś mistrzów świata z RPA ani 400 milionów widzów. To pewne. El clásico obchodziłoby wówczas tylko nas tutaj, w Hiszpanii. Jak w latach poprzednich, ten, który zawsze bardziej potrzebował sukcesów w tym odwiecznym starciu, znalazłby drogę, by je sobie zapewnić.
Sytuacja jest jednak zupełnie inna. W ostatnich latach Barça nie tylko wyprzedziła Real, ale wręcz go przewyższyła. W tym, co sportowe (tylko w dwóch ostatnich latach Barça wygrała 8 z 10 możliwych rozgrywek); bo w tym, co ekonomiczne, oba kluby są na tym samym poziomie.
W związku z nadchodzącymi derbami, przeczytałem bardzo interesujący artykuł profesora finansów* José Maríi Gay'a. Porównał on w nim dochody i wydatki obu klubów w sezonie 2009/2010.
Płacić mniej za więcej
Wniosek jest taki, że w rzeczonym okresie Real zarobił 24 miliony euro (po opodatkowaniu). Tymczasem Barcelona zanotowała 79,6-milionową stratę. Aby dojść do tych liczb, trzeba było przeczytać dwa rozdziały, które szczególnie przykuły moją uwagę. Pierwszy traktował o tym, że Barça zapłaciła więcej z tytułu zapisów kontraktowych (40 milionów euro) wskutek wygranych tytułów (prima to składka, premia, odstępne). To nie wszystko; drugi z nich, o czym wcześniej nie wiedziałem, wyjaśniał, iż składki socios Realu przynoszą więcej zysku (148 milionów €) niż w Barcelonie (51 mln €). Z jednej strony bardzo cieszy mnie, że tak to wygląda, bo tutaj płaci się mniej za lepszy spektakl, z lepszym końcowym rezultatem - ale ta różnica jest ogromna.
Logika rachunków
Na ekonomii się nie znam, ale potrafię dodawać i odejmować. Jeśli weźmiesz pod uwagę jedynie różnicę, która z wpłat członkowskich wyszła w tamtym rozdziale (97 milionów na korzyść Realu), nie tylko wychodzisz na czysto z wszystkimi rachunkami za miniony sezon, lecz nawet zamykasz go notując zysk.
Czy prosto osiągnąć taki wynik ze składek socios? Nie wiem, ale nie mniej szokujące niż ta 97-milionowa różnica pomiędzy oboma klubami, jest dla mnie to, że pod względem ekonomicznym zdobywanie tytułów w realiach współczesnego futbolu jest bardziej kosztowne niż trwanie latami z niczym.
Oby Barça nie przestała przez to wygrywać. Szczególnie dziś.
* Dyscyplina wiedzy, która w polskim nazewnictwie nauk ekonomicznych nosi nazwę "finanse i rachunkowość", w hiszpańskiej nomenklaturze (uniwersytety, publikacje naukowe) nosi nazwę "Economía Financiera", tj. ekonomia finansowa. Identycznie jest z MSG, które w terminologii anglosaskiej funkcjonują jako "ekonomia międzynarodowa" ("International Economics").
[źródło: El Periódico]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (3)