Okiem Johana Cruyffa. Drużyna ciągle głodna zwycięstw

majik, challenger

3 stycznia 2011, 10:51

Brak komentarzy
Po świątecznej przerwie wracamy z cyklem felietonów Johana Cruyffa. Na początek refleksje Holendra po derbach z Espanyolem, które na łamach El Periódico ukazały się 20.12.2010

W pięciu kolejnych meczach ligowych [przed Levante - przyp. red.] FC Barcelona mogła pochwalić się bilansem bramek 26:1; w dziewięciu - 39:3. Prawda jest taka, że pokazuje na boisku coś równie wspaniałego, jak wyjątkowego.

Mniej więcej tydzień temu jadłem obiad z Pepem Guardiolą. Minęło sporo czasu od poprzedniego razu, w międzyczasie często rozmawialiśmy przez telefon. Było to miłe spotkanie, bardzo miłe, pomiędzy dwoma trenerami, którzy lubią rozmawiać o swojej pasji, którą jest futbol. Nic więcej. Nie szukajcie innych przyczyn, bo ich nie było. Naturalnie, głównym tematem naszych rozmów była Barca. Na tej kwestii zakończyliśmy nasze spotkanie. Od niej je zaczęliśmy.

Sukces nigdy nie bierze się z niczego
Od słowa do słowa zrobiliśmy mały "przegląd" dokonań współczesnej Barçy. Bez zbędnych emocji. Wspomnieliśmy wszystkie rzeczy, które zespół robi dobrze, a jest tego sporo, mnóstwo, muchísimo... Czemu nie, wspomnieliśmy także o rzeczach, które robi źle. Tych z kolei nie jest wiele, po prostu zawsze znajdzie się coś, co można poprawić. Ale od tego jest już Pep. On wie jak to (z)robić.

Siedzieliśmy rozmawiając i rozmawiając. O szczegółach, które sprawiają, że ta drużyna jest w tym momencie najlepszą na świecie. Jak do tego doszła? Biorąc odpowiedzialność za błędy w popełnione przeszłości, które, ostatecznie, udało się przekuć w futbolową doskonałość.

Przypomnijmy sobie pierwszy rok Guardioli. Decyzje, które powzięto jeszcze przed rozpoczęciem sezonu i te na jego końcu. Jak przeszliśmy od Eto'o, poprzez Ibrę, aż do Villi... Nie, nie będę wchodził w więcej szczegółów tych zmian na pozycji kluczowej dla ofensywnie grającej drużyny. Szczegóły tego i innych tematów pozostaną pomiędzy dwoma pasjonatami piłki. Nie tylko ze względu na prywatność; nie chcę, aby w tak ważnym okresie, który ma miejsce, sprawy te stały się dominującym tematem moich rozważań.

Niewiele zmian
W wygranej na Cornellà-El Prat (5:1), najlepiej skupić się na futbolu, który był wysokiej próby i było go dużo. Jednym z pytań - jak najbardziej - które przewijało się w naszej pogawędce, było: "Czy zespół, który objął Guardiola zmienił się w porównaniu z obecnym?" Jeśli to przeanalizujesz, nazwisko po nazwisku, nie znajdziesz żadnego szczegółu, który sprawi, że powiesz: "Tak, to był decydujący czynnik."

Jest ten sam bramkarz. Ta sama obrona. Są Xavi i Iniesta. Messi. Byli już Pedro i Busquets... Podstawa jest ta sama. To detale się zmieniły. Pep próbował mi wytłumaczyć, jak czuje się podczas każdego treningu; kiedy widzi swoją drużynę, swoich podopiecznych, którzy pracują więcej niż podczas jego pierwszego dnia jako trenera.

Opowiadał, jak widzi Messiego, który każdego dnia ma większy głód by wygrywać, panować nad piłką, pomagać kolegom z drużyny. Xaviego, który wytrzymuje ból przepracowanych mięśni i ścięgien. Tak, "Generał" jest jedyny w swoim rodzaju... Kiedy obserwuje Iniestę, który nigdy nie zadowala się tym, co zrobił poprzedniego dnia; zawsze chcę się doskonalić. I Valdésa, któremu nie dasz rady strzelić gola nawet wtedy, gdy gra się dla żartu; dla niego wszystko na boisku jest na serio. Busquetsa, który zawsze walczy o swoje terytorium na boisku. I Pedro, który biega, biega, biega i biega, i potrafi odczytywać zamiary innych tak błyskawicznie, jak zrobił to podczas meczu z Espanyolem - wykorzystał podanie Messiego i dał Barcelonie prowadzenie. Gdzie inni się zatrzymują - on nie.

Wszystko na swoim miejscu
Ważną różnicą jest to, że drużyna pracuje dziś więcej niż rok temu. Może nie widać tego na pierwszy rzut oka, tymczasem to prawda. Wynika to głównie stąd, iż piłkarze wrócili z Mundialu przemęczeni, ich kadry narodowe ze swoimi meczami po prostu ich wykończyły... To są ludzie. Ludzie, a nie maszyny. Dlatego przegrali z Hérculésem. Może ktoś miał wątpliwości, ale jedyne czego Pep potrzebował (i wiedział, że tego potrzebuje), to wejście w rutynę sezonu, rytm codzienności. Nawet z dwoma meczami na tydzień, ale regularnie, z dnia na dzień. Ważne jest, by mieć wszystkich piłkarzy dla siebie. By spokojnie obserwować, że jest się panem swego losu, a Real Mourinho ma do zaoferowania mniej niż Real Pellegriniego, mniej niż 96 punktów.

Nie można inaczej niż z zadowoleniem podchodzić do tego, co działo się w ostatnich tygodniach. Osiem goli strzelonych Almeríi wydawało się jakby podarowane, i ktoś błyskotliwy, powtarzam: bardzo błyskotliwy, zapytał czy oni byliby także w stanie strzelić osiem Realowi... Było ich jednak tylko pięć. Owszem. Ale spokojnie mogłoby być osiem. Pep mówił mi, że głód zwycięstw jego piłkarzy nigdy się nie kończy.

Espanyol, prawdopodobnie, był ekipą, która najbardziej uprzykrzyła życie podopiecznym Guardioli w ostatnich dwóch latach. Derby nie były ostateczną próbą, ponieważ ta Barça nie musi pokazywać w każdym meczu swojego najlepszego futbolu ani udowadniać niczego w futbolowym świecie, ale, tak na wszelki wypadek, powtórzyli goleadę. Znów dali swój show.

I najlepsze w tym wszystkim jest to, że jeśli zanalizujesz grę Espanyolu w tym meczu, to nie można się do niczego przeczepić - gospodarze Cornellà-El Prat zagrali dobrze. W niektórych momentach nawet lepiej niż "dobrze". Ale to nie wystarczy, aby zatrzymać Barçę i uchronić się przed porażką z mistrzami.


[źródło: El Periódico]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze