Remontada es posible! Barcelona - Arsenal Londyn 3:1
Czekałem na ten mecz z nie mniejszą niecierpliwością, co listopadowe Gran Derbi. Z każdą godziną, minutą, sekundą coraz bardziej odczuwało się napięcie przed wielkim rewanżem, który Johan Cruyff uznał za "finał bez tytułu". Dwie wielkie drużyny, wielu fenomenalnych piłkarzy, którzy dla wszystkich fanów piłki kopanej są inspiracją i wzorem do naśladowania.
Dziś wielka była tylko Barcelona. Arsenal po raz kolejny stał się ofiarą zespołu doskonałego. Guardiola niczym włoski mafioso stworzył jedenastkę zabójców. Zabójców, którzy na zielonej murawie Świątyni Futboli byli gotowi zostawić życie. Byli gotowi poświęcić wszystko by znów zwyciężyć. Zwyciężyć dla swoich fanów i samych siebie. Dla Barçy nie ma rzeczy niemożliwych. Dziś po raz enty byliśmy tego świadkami... Mission Impossible? Te dwa słowa w stolicy Katalonii wywołują tylko pusty śmiech... The Gunners na Camp Nou przybyli z wiarą, iż zdarzy się kolejny cud, iż uda się wygrać udając grę w futbol. Cuda się zdarzają, ale nie dwa razy. A tym bardziej grając przeciwko Barcelonie.
Od początku spotkania podopieczni Pepa Guardioli chcieli narzucić rywalom swój styl gry, czego efektem miała być jak najszybciej zdobyta bramka. Katalończycy grali bardzo rozważnie, z poszanowaniem piłki zamykając cały zespół Arsenalu na własnej połowie. Piłkarze ze stolicy Anglii, którzy także mieli grać ofensywnie ograniczali się do wybijania piłek przed siebie, z tyłu postawili jedenastoosobowy mur, który miał zatrzymać niesamowicie zmobilizowanych Messiego i spółkę. Pierwsza dogodna okazja do zdobycia gola nadarzyła się w 19. minucie spotkania. Z rzutu wolnego potężnie uderzył Dani Alves, ale piłkę nie bez problemów wyłapał Wojciech Szczęsny. Jak się później okazało ów interwencja kosztowała Polaka kontuzję przez którą musiał opuścić boisko. Żegnanego przeraźliwymi gwizdami Polaka zmienił Manuel Almunia, który w pamięci miał zapewne zeszłoroczny nokaut ze strony króla z Rosario rodem. Bohater z ubiegłego roku i tym razem zamierzał upokorzyć The Gunners. Messi przypomniał o sobie w 27. minucie, kiedy to popisał się odważnym rajdem, podał do Xaviego, który będąc w polu karnym został zablokowany przez jednego z obrońców Kanonierów. Do piłki dopadł Pedro, który uderzył bez namysłu, jednak futbolówka minęła prawy słupek bramki Almunii.
Barça napierała z całych sił, a ciężar gry na siebie wziął nie kto inny jak wcześniej wspomniany Messi. W 31. minucie Argentyńczyk, który przy zawodnikach przyjezdnych wyglądał jak mikrus z kosmosu mijał rywala za rywalem, będąc w świetnej sytuacji do uderzenia został powstrzymany przez czwartego obrońcę. Co za dużo to nie zdrowo. Chwilę później okazję miał David Villa, ale Asturyjczyk będąc naciskanym przez Sagnę uderzył zbyt lekko by zaskoczyć Almunię. Przewaga Barçy rosła z minuty na minutę, zawodnicy Wengera byli jak dzieci we mgle, którzy przestraszyli się magii Camp Nou i o dziwo głośnego dopingu kibiców. Bliski zdobycia upragnionego gola był w 36. minucie Adriano, który na niesamowitej szybkości wpadł w pole karne i potężnie uderzył, na nasze nieszczęście tylko w słupek.
Bezbronny Arsenal kompletnie nie miał pomysłu na powstrzymanie Barcelony, Van Persie i spółka wybijali piłki jak najdalej od swojej bramki i faulowali rywali. Gdy wydawało się, że 45-cio minutowy napór Blaugrany nie przyniesie żadnych rezultatów, za sprawą Messiego Camp Nou doznało orgazmu. W doliczonym czasie gry Katalończycy przeprowadzili akcję, która dała jak najbardziej zasłużone prowadzenie. Almunię pokonał jego kat i koszmar ostatniego lata yyyy wiosny, Lionel Messi rzecz jasna, który wykorzystał niesamowite podanie Iniesty! W 48. minucie Pan Massimo Busacca zakończył pierwszą połowę w której oglądaliśmy nieustannie naciskającą Barcelonę i próbującą grać w piłkę nożną Arsenal Londyn. Największy sukces Kanonierów w pierwszych trzech kwadransach? Rzut rożny i od święta pobyt na połowie gospodarzy.
Druga część gry rozpoczęła się podobnie jak pierwsza. Podopieczni Pepa Guardioli niczym wygłodniałe lwy rzucili się na rywala, a Arsenal... bronił się ze wszystkich sił. Przez długi okres gry Katalończycy nie potrafili zagrozić bramce Almunii, aż nadeszła niesamowita 52. minuta. Nie grający kompletnie nic Arsenal po stałym fragmencie gry i samobójczej bramce Busquetsa wyrównał wynik meczu. Chyba wszyscy byliśmy w szoku, tego nikt się nie spodziewał. O dostatek emocji postarał się jednak chwilę później Van Persie. Holender, który miał już na koncie żółtą kartkę będąc na pozycji spalonej, którą odgwizdał Massimo Busacca bezmyślnie uderzył na bramkę Valdésa i dostał drugi żółty kartonik, co oznaczało, iż musiał opuścić boisko. W doskonałej chwili dla przyjezdnych jej najlepszy zawodnik ostatnimi czasy, "popisał się" szczytem głupoty. A Barça takie błędy wykorzystuje bezlitośnie. W 66. minucie fenomenalnie do wychodzącego na czystą pozycję Villi dograł Leo Messi, ale El Guaje w pozycji sam na sam nie potrafił pokonać świetnie interweniującego Almunii. Chwilę później cudowną akcję przeprowadził Andrés Iniesta. Nie grzeszący opalenizną wychowanek Barcelony niczym walec przejechał się po graczach Arsenalu mijając jednego za drugim z dziecinną łatwością, niesamowicie podał do Villi, który od razu zagrał do Xaviego, a ten w sytuacji sam na sam strzelił na 2:1! Camp Nou eksplodowało po raz drugi tego wieczora. Ale chwila odpoczynku nie trwała długo. W 71 minucie arbiter spotkania odgwizdał rzut karny za faul na Pedro. Do piłki podszedł Messi i pewnym strzałem umieścił piłkę w siatce.
Ten gol oznaczał jedno. Awans Barcelony do ćwierćfinału. Ale Katalończycy nie zamierzali poprzestać na dwubramkowym prowadzeniu. Napór zawodników Guardioli trwał i przeszkodą nie była już defensywa Arsenalu. W nią gracze Barçy wchodzili jak w masło, jednak skutecznymi interwencjami popisywał się Almunia. Najpierw wybronił sytuację sam na sam z Villą, by chwilę później zatrzymać uderzenie Messiego. W 82. Minucie na placu gry pojawił się Afellay. Wspominam o tym nie bez powodu, bo już kilkadziesiąt sekund później Holender mógł stać się prawdziwym bohaterem. Były piłkarz PSV dostał świetną piłkę z lewego skrzydła, popędził na bramkę Almunii i będąc pod ostrym kątem minimalnie przestrzelił. 85 minutę aż ciężko mi opisać... Po niesamowitej klepce Barcelony sytuację nie do zmarnowania... zmarnował Dani Alves. I niby nie pierwszy, pewnie nie ostatni raz w tym sezonie, ale jak nie padła bramka w tej sytuacji nie wie pewnie sam Dani.
Chwilę później Barcelona przeprowadziła iście... barcelońską akcję. Niezliczona ilość krótkich podań granych z pierwszej piłki sprawiła, iż Diaby i spółka stali jak zahipnotyzowani sprawiając wrażenie, że nie wiedzą, gdzie w chwili obecnej się znajdują. Nie, to nie playstation, to rzeczywistość. Ostatecznie tiki taka zakończyła się dograniem do Afellaya, który zmarnował doskonałą okazję na podwyższenia wyniku i uspokojenia gry. O tym jak futbol potrafi być nieprzewidywalny mogliśmy przekonać się w 86. minucie. Idiotyczna zabawa Adriano z Abidalem zakończyła się przechwytem Arsenalu i sytuacją sam na sam Bentdnera z Valdésem. W ostatniej chwili kosmiczną interwencją popisał się jednak Javier Mascherano, który wślizgiem wybił piłkę spod nóg Duńczyka. Akcja meczu? Możliwe, pewnym jest jednak fakt, iż za tę interwencję zarówno Abidal jak i Adriano powinni oddać Argentyńczykowi swoje marcowe wypłaty.
Po chwili niepotrzebnego rozluźnienia wszystko wróciło jednak do normalności. Barça spokojnie kontrolowała grę demolując rywala posiadaniem piłki. Na trybunach słychać już było tylko głośne O le le, na cześć dzisiejszych zwycięzców. Dokładnie po 94 minutach Pan Massimo Busacca zagwizdał po raz ostatni. Barça wygrała 3:1, a to oznacza tylko jedno - upragniony awans do ćwierćfinału! Remontada stała się faktem.
Byłem dumny 29 listopada. Dumny niczym ojciec po narodzinach swojego pierwszego syna, który na wieść o tej informacji zalał się w trupa w pobliskiej knajpie. Dumny byłem także dzisiejszego wieczora. Wszystko za sprawą grupy magików, którzy kilkanaście lat temu skradli moje serce i pomalowali je na bordowo-granatowe barwy. Skradli i zostawili tabliczkę z napisem "reserved" by nikt inny nigdy się nim nie zainteresował. Przed meczem ze strony fanów Arsenalu można było odczuwać coraz większą pewność siebie, brak szacunku, a czasami wręcz pogardę. Ale podobnie było w listopadzie. Niektórzy chcieli zabłysnąć przed całym światem drwiąc z Barcelony. Chcieli być wielcy, a... zrobili z siebie pośmiewisko. Barça na obelgi odpowiedziała w listopadzie. Skromną manitą, która José Mourinho będzie bolała przez całe życie. Barça odpowiedziała i dziś, w swoim dobrze znanym Wielkim stylu. W krainie magii nie trzeba było "zraszaczy" by pożegnać bezbronnych chłopców Wengera jak chcieli niektórzy. Wystarczyło boisko i kataloński futbol z innej planety, który dla innych zawsze pozostanie sferą marzeń i snów. Jesteśmy cholernymi szczęściarzami. Wiecie dlaczego? Bo żyjemy w czasach największej Barçy w historii. A w piłkę nie da się wygrać na stojąco, udając, że chce się zwyciężyć. Wicelider Premiership nie oddał dziś (UWAGA!) żadnego strzału na bramkę Valdésa. Cóż mógłbym więcej dodać? Kibice Arsenalu, którym obcy był szacunek wobec nas powinni zapamiętać "Stan cywilny? Wdowiec. Kiedyś byłem z nadzieją, ale umarła." Tę nadzieję zabiła drużyna niezniszczalna. Ponownie. Futbol Club Barcelona. Zapamiętajcie tę nazwę. Na zawsze. Visca el Barca!
Gole: Messi (45'+2', 71'), Xavi (69') - Busquets (bramka samobójcza, 53').
Składy:
FC Barcelona: Valdés; Alves, Abidal, Busquets, Adriano; Xavi, Mascherano, Iniesta; Pedro, Messi, Villa
Ławka rezerwowych: Pinto, Maxwell, Milito, Keita, Thiago, Afellay, Bojan
Arsenal Londyn: Szczęsny, Sagna, Koscielny, Djorou, Clichy, Rosicky, Wilshere, Diaby, Cesc, Nasri i Van Persie
Ławka rezerwowych: Almunia, Denilson, Squillaci, Arshavin, Eboué, Chamakh, Bendtner
[źródło: FCBarcelona.cat]
Dziś wielka była tylko Barcelona. Arsenal po raz kolejny stał się ofiarą zespołu doskonałego. Guardiola niczym włoski mafioso stworzył jedenastkę zabójców. Zabójców, którzy na zielonej murawie Świątyni Futboli byli gotowi zostawić życie. Byli gotowi poświęcić wszystko by znów zwyciężyć. Zwyciężyć dla swoich fanów i samych siebie. Dla Barçy nie ma rzeczy niemożliwych. Dziś po raz enty byliśmy tego świadkami... Mission Impossible? Te dwa słowa w stolicy Katalonii wywołują tylko pusty śmiech... The Gunners na Camp Nou przybyli z wiarą, iż zdarzy się kolejny cud, iż uda się wygrać udając grę w futbol. Cuda się zdarzają, ale nie dwa razy. A tym bardziej grając przeciwko Barcelonie.
Od początku spotkania podopieczni Pepa Guardioli chcieli narzucić rywalom swój styl gry, czego efektem miała być jak najszybciej zdobyta bramka. Katalończycy grali bardzo rozważnie, z poszanowaniem piłki zamykając cały zespół Arsenalu na własnej połowie. Piłkarze ze stolicy Anglii, którzy także mieli grać ofensywnie ograniczali się do wybijania piłek przed siebie, z tyłu postawili jedenastoosobowy mur, który miał zatrzymać niesamowicie zmobilizowanych Messiego i spółkę. Pierwsza dogodna okazja do zdobycia gola nadarzyła się w 19. minucie spotkania. Z rzutu wolnego potężnie uderzył Dani Alves, ale piłkę nie bez problemów wyłapał Wojciech Szczęsny. Jak się później okazało ów interwencja kosztowała Polaka kontuzję przez którą musiał opuścić boisko. Żegnanego przeraźliwymi gwizdami Polaka zmienił Manuel Almunia, który w pamięci miał zapewne zeszłoroczny nokaut ze strony króla z Rosario rodem. Bohater z ubiegłego roku i tym razem zamierzał upokorzyć The Gunners. Messi przypomniał o sobie w 27. minucie, kiedy to popisał się odważnym rajdem, podał do Xaviego, który będąc w polu karnym został zablokowany przez jednego z obrońców Kanonierów. Do piłki dopadł Pedro, który uderzył bez namysłu, jednak futbolówka minęła prawy słupek bramki Almunii.
Barça napierała z całych sił, a ciężar gry na siebie wziął nie kto inny jak wcześniej wspomniany Messi. W 31. minucie Argentyńczyk, który przy zawodnikach przyjezdnych wyglądał jak mikrus z kosmosu mijał rywala za rywalem, będąc w świetnej sytuacji do uderzenia został powstrzymany przez czwartego obrońcę. Co za dużo to nie zdrowo. Chwilę później okazję miał David Villa, ale Asturyjczyk będąc naciskanym przez Sagnę uderzył zbyt lekko by zaskoczyć Almunię. Przewaga Barçy rosła z minuty na minutę, zawodnicy Wengera byli jak dzieci we mgle, którzy przestraszyli się magii Camp Nou i o dziwo głośnego dopingu kibiców. Bliski zdobycia upragnionego gola był w 36. minucie Adriano, który na niesamowitej szybkości wpadł w pole karne i potężnie uderzył, na nasze nieszczęście tylko w słupek.
Bezbronny Arsenal kompletnie nie miał pomysłu na powstrzymanie Barcelony, Van Persie i spółka wybijali piłki jak najdalej od swojej bramki i faulowali rywali. Gdy wydawało się, że 45-cio minutowy napór Blaugrany nie przyniesie żadnych rezultatów, za sprawą Messiego Camp Nou doznało orgazmu. W doliczonym czasie gry Katalończycy przeprowadzili akcję, która dała jak najbardziej zasłużone prowadzenie. Almunię pokonał jego kat i koszmar ostatniego lata yyyy wiosny, Lionel Messi rzecz jasna, który wykorzystał niesamowite podanie Iniesty! W 48. minucie Pan Massimo Busacca zakończył pierwszą połowę w której oglądaliśmy nieustannie naciskającą Barcelonę i próbującą grać w piłkę nożną Arsenal Londyn. Największy sukces Kanonierów w pierwszych trzech kwadransach? Rzut rożny i od święta pobyt na połowie gospodarzy.
Druga część gry rozpoczęła się podobnie jak pierwsza. Podopieczni Pepa Guardioli niczym wygłodniałe lwy rzucili się na rywala, a Arsenal... bronił się ze wszystkich sił. Przez długi okres gry Katalończycy nie potrafili zagrozić bramce Almunii, aż nadeszła niesamowita 52. minuta. Nie grający kompletnie nic Arsenal po stałym fragmencie gry i samobójczej bramce Busquetsa wyrównał wynik meczu. Chyba wszyscy byliśmy w szoku, tego nikt się nie spodziewał. O dostatek emocji postarał się jednak chwilę później Van Persie. Holender, który miał już na koncie żółtą kartkę będąc na pozycji spalonej, którą odgwizdał Massimo Busacca bezmyślnie uderzył na bramkę Valdésa i dostał drugi żółty kartonik, co oznaczało, iż musiał opuścić boisko. W doskonałej chwili dla przyjezdnych jej najlepszy zawodnik ostatnimi czasy, "popisał się" szczytem głupoty. A Barça takie błędy wykorzystuje bezlitośnie. W 66. minucie fenomenalnie do wychodzącego na czystą pozycję Villi dograł Leo Messi, ale El Guaje w pozycji sam na sam nie potrafił pokonać świetnie interweniującego Almunii. Chwilę później cudowną akcję przeprowadził Andrés Iniesta. Nie grzeszący opalenizną wychowanek Barcelony niczym walec przejechał się po graczach Arsenalu mijając jednego za drugim z dziecinną łatwością, niesamowicie podał do Villi, który od razu zagrał do Xaviego, a ten w sytuacji sam na sam strzelił na 2:1! Camp Nou eksplodowało po raz drugi tego wieczora. Ale chwila odpoczynku nie trwała długo. W 71 minucie arbiter spotkania odgwizdał rzut karny za faul na Pedro. Do piłki podszedł Messi i pewnym strzałem umieścił piłkę w siatce.
Ten gol oznaczał jedno. Awans Barcelony do ćwierćfinału. Ale Katalończycy nie zamierzali poprzestać na dwubramkowym prowadzeniu. Napór zawodników Guardioli trwał i przeszkodą nie była już defensywa Arsenalu. W nią gracze Barçy wchodzili jak w masło, jednak skutecznymi interwencjami popisywał się Almunia. Najpierw wybronił sytuację sam na sam z Villą, by chwilę później zatrzymać uderzenie Messiego. W 82. Minucie na placu gry pojawił się Afellay. Wspominam o tym nie bez powodu, bo już kilkadziesiąt sekund później Holender mógł stać się prawdziwym bohaterem. Były piłkarz PSV dostał świetną piłkę z lewego skrzydła, popędził na bramkę Almunii i będąc pod ostrym kątem minimalnie przestrzelił. 85 minutę aż ciężko mi opisać... Po niesamowitej klepce Barcelony sytuację nie do zmarnowania... zmarnował Dani Alves. I niby nie pierwszy, pewnie nie ostatni raz w tym sezonie, ale jak nie padła bramka w tej sytuacji nie wie pewnie sam Dani.
Chwilę później Barcelona przeprowadziła iście... barcelońską akcję. Niezliczona ilość krótkich podań granych z pierwszej piłki sprawiła, iż Diaby i spółka stali jak zahipnotyzowani sprawiając wrażenie, że nie wiedzą, gdzie w chwili obecnej się znajdują. Nie, to nie playstation, to rzeczywistość. Ostatecznie tiki taka zakończyła się dograniem do Afellaya, który zmarnował doskonałą okazję na podwyższenia wyniku i uspokojenia gry. O tym jak futbol potrafi być nieprzewidywalny mogliśmy przekonać się w 86. minucie. Idiotyczna zabawa Adriano z Abidalem zakończyła się przechwytem Arsenalu i sytuacją sam na sam Bentdnera z Valdésem. W ostatniej chwili kosmiczną interwencją popisał się jednak Javier Mascherano, który wślizgiem wybił piłkę spod nóg Duńczyka. Akcja meczu? Możliwe, pewnym jest jednak fakt, iż za tę interwencję zarówno Abidal jak i Adriano powinni oddać Argentyńczykowi swoje marcowe wypłaty.
Po chwili niepotrzebnego rozluźnienia wszystko wróciło jednak do normalności. Barça spokojnie kontrolowała grę demolując rywala posiadaniem piłki. Na trybunach słychać już było tylko głośne O le le, na cześć dzisiejszych zwycięzców. Dokładnie po 94 minutach Pan Massimo Busacca zagwizdał po raz ostatni. Barça wygrała 3:1, a to oznacza tylko jedno - upragniony awans do ćwierćfinału! Remontada stała się faktem.
Byłem dumny 29 listopada. Dumny niczym ojciec po narodzinach swojego pierwszego syna, który na wieść o tej informacji zalał się w trupa w pobliskiej knajpie. Dumny byłem także dzisiejszego wieczora. Wszystko za sprawą grupy magików, którzy kilkanaście lat temu skradli moje serce i pomalowali je na bordowo-granatowe barwy. Skradli i zostawili tabliczkę z napisem "reserved" by nikt inny nigdy się nim nie zainteresował. Przed meczem ze strony fanów Arsenalu można było odczuwać coraz większą pewność siebie, brak szacunku, a czasami wręcz pogardę. Ale podobnie było w listopadzie. Niektórzy chcieli zabłysnąć przed całym światem drwiąc z Barcelony. Chcieli być wielcy, a... zrobili z siebie pośmiewisko. Barça na obelgi odpowiedziała w listopadzie. Skromną manitą, która José Mourinho będzie bolała przez całe życie. Barça odpowiedziała i dziś, w swoim dobrze znanym Wielkim stylu. W krainie magii nie trzeba było "zraszaczy" by pożegnać bezbronnych chłopców Wengera jak chcieli niektórzy. Wystarczyło boisko i kataloński futbol z innej planety, który dla innych zawsze pozostanie sferą marzeń i snów. Jesteśmy cholernymi szczęściarzami. Wiecie dlaczego? Bo żyjemy w czasach największej Barçy w historii. A w piłkę nie da się wygrać na stojąco, udając, że chce się zwyciężyć. Wicelider Premiership nie oddał dziś (UWAGA!) żadnego strzału na bramkę Valdésa. Cóż mógłbym więcej dodać? Kibice Arsenalu, którym obcy był szacunek wobec nas powinni zapamiętać "Stan cywilny? Wdowiec. Kiedyś byłem z nadzieją, ale umarła." Tę nadzieję zabiła drużyna niezniszczalna. Ponownie. Futbol Club Barcelona. Zapamiętajcie tę nazwę. Na zawsze. Visca el Barca!
Gole: Messi (45'+2', 71'), Xavi (69') - Busquets (bramka samobójcza, 53').
Składy:
FC Barcelona: Valdés; Alves, Abidal, Busquets, Adriano; Xavi, Mascherano, Iniesta; Pedro, Messi, Villa
Ławka rezerwowych: Pinto, Maxwell, Milito, Keita, Thiago, Afellay, Bojan
Arsenal Londyn: Szczęsny, Sagna, Koscielny, Djorou, Clichy, Rosicky, Wilshere, Diaby, Cesc, Nasri i Van Persie
Ławka rezerwowych: Almunia, Denilson, Squillaci, Arshavin, Eboué, Chamakh, Bendtner
[źródło: FCBarcelona.cat]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)