Zgnębiona Barcelona, zgnębiona Valencia.

Pyton

17 lipca 2005, 14:43

Brak komentarzy
"Jak nie być kochanym"

(...)Trzy lata temu władze Madrytu jedną mocno kontrowersyjną decyzją zlikwidowały kolosalnie zadłużenie Realu, kupując od "Królewskich" 120 ha ziemi za 600 mln euro. Kibice Atletico czy Rayo Vallecano mogą sobie narzekać, ale to Real jest symbolem stolicy. To on ją uszlachetnia, to on ściąga turystów ze świata i pewnie generuje wyższe zyski, niż przyniosłaby wyprzedaż dzieł wiszących na ścianach muzeum Prado. Czy dlatego - idąc krok dalej - Real stanowi dobro narodowe całej Hiszpanii, która winna wspierać, chuchać nań i dmuchać, by nie stracił nic ze swej legendy i potęgi? W ten sposób nie myśli tam nikt, wyjąwszy może co bardziej radykalnych socios, wielu natomiast wieży, że zawiązano spisek, ze nie tylko działacze i sędziowie, ale i wpływowe osobistości gwarantują "Królewskim" nietykalność?

.(...) Gdy w 92. min przegrywali z Valencią 0:1, Raul nie udawał nawet, że jest faulowany, wystarczyło przewrócić się, by arbiter podyktował "jedenastki", a Luis Figo trafił do siatki. Nawet "Marca" i "As", dzienniki mniej więcej tak niezależne od Realu jak "Trybuna" od SLD, nie szły w zaparte i nazwały rzecz po imieniu ("Wymyślony karny"). W sobotę sędzia już nie wypaczył wyniku (Valencia - Barcelona 0:1), choć też mylił się na niekorzyść gospodarzy i "Królewscy" zamiast się oddalić znacznie zbliżyli się do 30 mistrzostwa kraju. Jeśli jednak je zdobędzie - to incydent z Raulem a nie olśniewające kopnięcia Zidane'a, zapadnie w kibicowską pamięć.

Takie chwile utwierdzają bowiem w przekonaniu, ze konkurenci Realu są w starciu z gigantem skazańcami, więźniami losu, odświeżają stereotyp klubu "rządowego", aroganta, farciarza, ulubieńca sędziów. Prasa natychmiast przypomniała, że Valencię "obrabowano" czwarty rok z rzędu, jej prezes - że gaktctico numer 1 jak zwykle okaże się arbiter. Co symptomatyczne, nikt nie podejrzewa sędziego, choć 30 fanów pozwało go do sądu, żądając symbolicznego (jedno euro dla każdego) zadośćuczynienia.

Ludzie rozumieją, że arbiter podświadomie pamięta, kogo wspierają futbolowe władze, kto spogląda z trybun. To dlatego irytuje ich siedzący w loży dla VIP-ów Aznar. Zwłaszcza, że stanowisko prezesa Realu otwiera drzwi ministerialnych gabinetów, że z Perezem premier się przyjaźni i ponoć pomaga mu budować biznesowe imperium. Czyli i potęgę Realu. Pamiętają, że już Santiago Bernabeu był politycznie zaangażowany (żarliwy frankista), że jako ochotnik walczył w wojnie domowej po stronie nacjonalistów. Pamiętają, jak caudillo później wspierał klub, gnębiąc przy tym Barcelonę.

Niechęć do Realu czują zatem Katalończycy, fani Atletico etc., ale także ci, którym nie podoba się futbol jako kolejna gałąź biznesu, kolekcjonowanie gwiazd jako prymitywny sposób budowy drużyny, brak lojalności, symbolizowany przez Ronaldo i Figo, rosnąca siła potentatów pozbawiająca futbol sensacyjnych rozstrzygnięć. Real, tak, ten Real, który przyznaje się do stu milionów sympatyków, jest zarazem najbardziej nielubianym klubem na świecie.



[źródło: Gazeta Wyborcza]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze