Stadionowa wojna domowa

Looky

17 lipca 2005, 14:06

1 komentarz
Kibice Barcelony, ukochanej drużyny piłkarskiej Katalończyków, mają swoje referendum. FC Barcelona kończy jeden z najgorszych sezonów w historii. Za kilka dni zmienią się władze klubu, ale frustracja kibiców nie minie. Dlaczego w stolicy Katalonii tak wielu ludzi ma obsesję na punkcie drużyny piłkarskiej?

Stadion Camp Nou w czasie meczu przypomina otwartą salę koncertową, w której orkiestra przez 90 minut stroi instrumenty. Lekki szmerek, przerywany co jakiś czas pojedynczym gwizdem albo wyciem z oddali, jakby jakieś kompletne beztalencie grzało głos przed występem. Z najwyższych trybun, jakieś dwieście metrów w prostej linii od płyty boiska, dochodzi delikatny tusz – to kibice przyjezdni. Za bramką od strony południowej kilkuset Boixos Nois (wariatów), najbardziej zagorzałych bywalców Camp Nou wyposażonych w piszczałki, trąbki i bębny dmie, trąbi, wali – tylko dlaczego nic nie słychać?

– Nie słychać, bo nic nie może być słychać na stadionie, który mieści 120 tys. ludzi – mówi Jordi Sant, prezes Penya Almogavers, klubu kibica, do którego należy wielu Boixos Nois.

Co to za wytłumaczenie? A gdzie pasja, żywioł kibiców Futbol Club Barcelona uważających się za najlepszych na świecie? Gdzie mit największego i najpiękniejszego boiska piłkarskiego w Europie? Przecież żaden inny stadion wypełniony taką masą ludzi nie brzmi jak stare kuchenne radio, którego nikomu nie chce się wyłączyć. A Camp Nou tak właśnie brzmi.

To wszystko pozory. Od kilku miesięcy Barcelona – miasto i klub – znajdują się w stanie wrzenia. Na początku roku po serii porażek i doprowadzeniu drużyny niemal do strefy spadkowej odszedł holenderski trener Louis Van Gaal, a zaraz potem prezydent Joan Gaspart. Obecnie wiadomo, że Barça – kierowana przez Serba Radomira Anticia – nie spadnie z ligi, ale klub, który jako jedyny w Europie od początku współzawodnictwa na kontynencie w 1955 r. walczył o jedno z europejskich trofeów, po raz pierwszy może nie zakwalifikować się nawet do rozgrywek o Puchar UEFA. Jakby chcąc do końca pognębić kibiców, obecny prezydent Enric Reyna ogłosił wyniki finansowe: straty w wysokości 55 mln euro i zadłużenie sięgające 100 mln. 15 czerwca Barcelona wybiera nowe władze. Do urn pójdzie prawie 95 tys. ze 106 tys. 418 członków (socis) FC Barcelona – prawo głosu mają członkowie z co najmniej rocznym stażem. Reyna nie startuje w wyborach, bo przez ostatnie miesiące nie zdołał wyprowadzić klubu z opresji.

– Jesteśmy znużeni tym, co wyprawiają piłkarze i działacze, czasem nie możemy już na nich patrzeć – mówi Jaume Zanillero i Cabot, prezes Penya Barceloneta, klubu kibica założonego prawie 50 lat temu w rybackiej dzielnicy Barcelony (Barcelona ma ponad 1300 penyes na całym świecie). Czy będzie zatem oglądał pozostałe mecze ligowe do końca sezonu? – Jak mogę nie oglądać? Co za pytanie!? Musisz zrozumieć jedną rzecz. Barça to nie jest klub jak inne. Barça to jest nasza dusza, nasza duma, nasze życie. Jesteśmy wymagający i oczekujemy, że każdy, kto zakłada koszulkę w niebiesko-bordowych barwach, będzie się czuł Katalończykiem. Możemy przegrać, ale nie wolno nam przegrać w sposób haniebny.

Mit nacjonalizmu

Każdy mieszkaniec Barcelony powie ci, że Barça i Katalonia to dwie połówki jabłka. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza. Związki katalońskich polityków z klubem trwają od jego powstania i nawet największy fantasta nie wierzy, by w dającej się przewidzieć przyszłości prezydentem autonomicznych władz Katalonii (Generalitat) mógł zostać ktoś, kto nie deklaruje szczerego oddania dla klubu z Camp Nou (łatwo sobie wyobrazić, co na temat swojego rządu myślą kibice drugiego pierwszoligowca z Barcelony, Espanyolu). Dokumenty klubu i programy meczów publikowane są wyłącznie po katalońsku, a spiker na Camp Nou z zasady ignoruje wszystkich, którzy nie rozumieją tego języka.

Narodowcy dyskretnie umniejszają znaczenie faktu, że założycielami FC Barcelona byli Szwajcar i Anglicy, a klubowe gwiazdy z reguły pochodziły z zagranicy. Dwie najbardziej trwałe ikony Barçy to Słowak Ladislao Kubala i Holender Johann Cruyff. Partnerami Kubali w okresie triumfów klubu w latach 50. byli Urugwajczyk Villaverde, Paragwajczyk Martinez, Brazylijczyk Evaristo i para Węgrów Kocsis i Czibor. Niemiec Bernd Schuster był siłą napędową drużyny mistrza Hiszpanii w 1985 r. Anglik Gary Lineker zdobywał najwięcej goli pod koniec tej dekady. Kluczowi gracze drużyny marzeń Johanna Cruyffa, która w latach 1991–94 cztery razy z rzędu zdobywała mistrzostwo Hiszpanii, a w 1992 r. jedyny raz w historii klubu wywalczyła Puchar Europy, nie mieli w żyłach nawet kropli katalońskiej krwi: Stoiczkow, Koeman, Laudrup, Romario...

A kiedy ostatni raz jakiś Katalończyk poprowadził Barcelonę do wielkich triumfów? Odpowiedź jest naiwnie prosta: nigdy. W tej sytuacji prawdziwemu culé nie pozostaje nic innego, jak tylko z własnej woli zapaść na wybiórczą amnezję.

Mit martyrologii
Barça to – według mieszkańców Katalonii – klub zrodzony z ludu i dla ludu, dyskryminowany przez bogatych, szczególnie znienawidzony przez okupanta z Kastylii. W rzeczywistości Hans Gamper (w Katalonii politycznie poprawne imię Gampera to Joan) założył Futbol Club Barcelona w 1899 r. jako luźne stowarzyszenie piłkarzy amatorów trudniących się zawodowo handlem. Jego pierwsi katalońscy członkowie należeli – podobnie jak założyciele – do bogatej klasy średniej. To w nich Gamper, który był również pierwszą gwiazdą drużyny, widział naturalne wsparcie finansowe i polityczne dla swojego pomysłu. Barça przebiła się do powszechnej świadomości Katalończyków dopiero w latach 20., po tym jak szefowie klubu wsparli kampanię na rzecz autonomii regionu. Po zwycięstwie w finale Pucharu Hiszpanii w 1922 r. 100 tys. ludzi wyległo na ulice miasta. To był okres, który w barcelońskiej mitologii nazywa się Złotym Wiekiem. W drużynie grały wówczas miejscowe gwiazdy Josep Samitier i legendarny bramkarz Ricardo Zamorra, zwany Diva.

Lata 20. pokazują również, jak fałszywy jest głoszony przez wielu Katalończyków pogląd, według którego cierpienie klubu odbijało się zawsze w cierpieniu ludu, a gdy klubowi powodziło się lepiej, to i Katalonia zyskiwała. W rzeczywistości pierwsze zwycięstwa Barcelony przypadają na okres gwałtownego wzmożenia represji wobec Katalończyków po przejęciu władzy w Madrycie przez monarchistę generała Primo de Riverę. Jeszcze dynamiczniej rozwijała się Barça w pierwszych dwóch dekadach dyktatury generała Franco. W czasie gdy Franco gnębił Katalończyków, ograniczając ich prawa polityczne, klub utożsamiany z Katalonią odnosił błyskotliwe zwycięstwa na boisku. Pierwszy okres prawdziwej hegemonii przypadł na lata 1945–53, kiedy to Barça zdobyła pięć tytułów mistrza kraju. Real Madryt, który w mniemaniu Katalończyków był wówczas – i pozostaje do dziś – symbolem frankistowskiej zarazy, zdobył swój pierwszy tytuł mistrzowski po wojnie dopiero w 1954 r.

Apologeci, którzy portretują historię FC Barcelona jako nieprzerwaną batalię przeciwko hiszpańskiemu oprawcy, pomijają także inny szczegół istotny dla sukcesów klubu z Camp Nou. Największą gwiazdą zespołu w latach 50. i – według wielu kibiców – najlepszym piłkarzem w całej historii klubu był Słowak urodzony w Budapeszcie Ladislao Kubala. W 1948 r. Kubala uciekł z Węgier do Austrii, a następnie w 1950 r. podpisał kontrakt z Barceloną. Politykiem, który osobiście zaangażował się w negocjacje z FIFA w sprawie odwieszenia Kubali (Węgrzy żądali wydania piłkarza) i podpisał dekret nadający hiszpańskie obywatelstwo Kubali, był nie kto inny jak generał Franco. Franco, istotnie, nienawidził Katalończyków z całego serca i dawał temu wielokrotnie wyraz, jednak trudno utrzymać tezę, że wszyscy Katalończycy byli przeciwni dyktatorowi. Owszem, w gronie ofiar Franco znajdowali się kibice, piłkarze, a nawet prezydenci Barcelony (dwóch z nich zostało zastrzelonych przez faszystów w czasie wojny domowej), ale byli wśród nich również zapaleni frankiści – na przykład Josep Samitier, jeden z najbliższych i najwierniejszych przyjaciół dyktatora. Mimo tych drobnych niespójności historyczno-ideowych przez niemal cztery dekady frankizmu w Hiszpanii Barcelona rozwijała żagle jako okręt flagowy katalońskiego nacjonalizmu. Manel Mur, szef Centrum Dokumentacji Historii FC Barcelona na Camp Nou, uważa, że inaczej być nie mogło: – Klub stał się ośrodkiem politycznym i kulturalnym właśnie dlatego, że Katalończycy nie mieli prawa zakładać żadnych innych ośrodków. Tylko na Camp Nou mogli w miarę bezkarnie wyrażać swoje przywiązanie do kraju, swoją tożsamość, swój język.

Mit otwartości

– Nie interesuje mnie, skąd pochodzi gracz albo trener, ale musi być gotów na wszystko dla tego klubu – mówi Jaume Zanillero i Cabot z Penya Barceloneta. – Gdy Rivaldo odchodził z Camp Nou, powiedział zdanie, którego nikt mu nie zapomni: „Nigdy nie czułem dumy, gdy zakładałem koszulkę Barcelony”. Skoro tak, to nigdy nie powinien tu przyjeżdżać.

Zagraniczni piłkarze, a szczególnie trenerzy, zazwyczaj wiedzą, że przybywając do Katalonii z góry stoją na straconej pozycji. Holender Luis Van Gaal po raz pierwszy objął drużynę w 1997 r., rok po zdobyciu Pucharu Europy z Ajaxem Amsterdam. W ciągu dwóch pierwszych lat pracy na Camp Nou dwukrotnie zdobył tytuł mistrza Hiszpanii. Podobny przypadek zdarzył się raz, 40 lat wcześniej. Mimo to przez trzy lata w Barcelonie Luis Van Gaal cieszył się na Camp Nou mniejszym szacunkiem niż Jean-Claude Van Damme wśród amatorów ambitnego kina. Holender został uznany za niszczyciela rodzimych talentów, ponieważ wystawiał rzekomo zbyt wielu obcokrajowców, a szczególnie swoich rodaków.

Van Gaal był z pewnością najbardziej znienawidzonym trenerem w historii Barcelony, ale trochę sobie na to zasłużył. Pierwsze bon dia (dzień dobry po katalońsku) na konferencji prasowej wykrztusił z siebie półtora roku po objęciu stanowiska trenera. Johann Cruyff znacznie lepiej rozumiał, na czym polega polityczny futbol na Camp Nou. 17 lutego 1974 r. Barça pod wodzą Cruyffa – wówczas jako piłkarza – zdeklasowała Real Madryt na Santiago Bernabeu 5:0. Cruyff doskonale wyczuwał wiatr przemian, który rok później wraz ze śmiercią Franco miał przynieść demokrację w Katalonii i całej Hiszpanii. Zadedykował zwycięstwo swojemu synowi urodzonemu kilka dni wcześniej w Amsterdamie. Synek otrzymał imię patrona Katalonii – Jordi, co w myśl ówczesnych hiszpańskich przepisów było nielegalne. W czasach Franco nie wolno było nadawać imion katalońskich, a urodzeni przed 1939 r. musieli je zmieniać na wersję hiszpańską. Macki generała Franco nie sięgały jednak Amsterdamu i syn Johanna Cruyffa stał się jedynym nietykalnym Jordim ówczesnej Hiszpanii.

Tego gestu Katalończycy nigdy Cruyffowi nie zapomnieli. Nawet gdy 20 lat później z uporem maniaka wystawiał syna do składu Barcelony – wbrew oczywistemu faktowi, że Jordi wyraźnie nie nadawał się do gry na tak wysokim poziomie. – Cruyff jako zawodnik przyniósł Barcelonie triumf tylko w pierwszym roku występów – mówi Jaume. – Jednak Katalończycy nigdy mu nie zapomną, że pokochał ten kraj.

Mit potęgi

– Nie jestem w stanie znieść spotkań z rodziną – mówi 29-letnia Olga, studentka z Lleidy, miasta oddalonego o 150 km od Barcelony. – Połowa z nich to socis i nie potrafią mówić o niczym innym jak tylko o klubie. Oni nawet nie rozmawiają o piłce nożnej, tylko non stop trajkoczą o klubowej polityce. Kto, kogo, gdzie, kogo kupią, kogo sprzedadzą, za ile. Jak można tracić czas na takie bzdury?

Okazuje się, że można i nawet nieźle się na tym zarabia. W Barcelonie wychodzą dwie gazety sportowe „Sport” i „El Mundo Deportivo”. Obie przeznaczają codziennie kilkadziesiąt stron na informacje związane z FC Barcelona. Nie tylko dotyczące futbolu – Barcelona ma mistrzów Euroligi w koszykówce, znakomitych piłkarzy ręcznych, hokeistów na wrotkach, siatkarzy, a nawet drużynę futbolu amerykańskiego – jednak głównie futbolowi poświęcone. Inne drużyny Primera División zasługują na wzmianki. Nawet mecze reprezentacji Hiszpanii i innych krajów oglądane są w Barcelonie przez pryzmat występów obecnych i byłych graczy Barçy. Jest jednak jedna drużyna, której występy budzą w Katalonii równie wielkie emocje, co mecze Barcelony. Real Madryt.

– Nienawidzę ich. Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale ja naprawdę ich nienawidzę – mówi Jaume Zanillero i Cabot. W Barcelonie to wcale nie brzmi idiotycznie. Według przeprowadzonego w 1999 r. sondażu, 48 proc. kibiców Barçy cieszy się bardziej z porażki Realu niż ze zwycięstwa własnej drużyny. Culés nienawidzą Realu za Franco, który lubił drużynę z Madrytu za „faszystowskich sędziów”, którzy kilkakrotnie pozbawiali Barcelonę tytułu na rzecz Królewskich (– Naprawdę tak było– przekonuje Jaume), za podstępne wykradnięcie Alfredo di Stefano, genialnego Argentyńczyka, który po przyjeździe do Europy jedną nogą był już w Barcelonie, a kontrakt podpisał z Realem (zdobył z nim pięć Pucharów Europy pod rząd). Ale najbardziej nienawidzą ich za to, że są lepsi. Statystyki są bezlitosne, a najbardziej boli bilans w Pucharze Europy – jeden zdobyty przez Barcelonę (kibice Realu mówią, że dwa – pierwszy i ostatni) i aż dziewięć Realu.

Nic dziwnego, że spotkania obu drużyn stanowią przedłużenie hiszpańskiej wojny domowej. „Barcelona-Real Madryt to po prostu największy klubowy mecz piłkarski na świecie. Nie ma nic lepszego” – mówi były angielski trener Barcelony Bobby Robson, a jego rodak Steve MacManaman, który gra dziś w Realu, uważa, że ze starciem tych dwóch drużyn nie równa się nawet finał Pucharu Anglii. Na tę okazję nawet sennny Camp Nou zmienia się w rozpalony emocjami kocioł.

W Hiszpanii istnieje wiele drużyn klasy europejskiej: Valencia, Deportivo, Athletic Bilbao, Real Sociedad. Jednak mogłoby ich nie być, gdyż w świadomości wielu kibiców, szczególnie Katalończyków, Barcelona ani Real w zasadzie z nimi nie współzawodniczą. Grają wyłącznie ze sobą. Dla prawdziwego culé liga składa się z dwóch drużyn, a w rozgrywkach można zająć miejsce pierwsze albo ostatnie. Barcelona częściej zajmuje ostatnie.

Wystarczy przejść się w dniu meczu dzielnicą Les Corts, gdzie mieści się Camp Nou, wystarczy popatrzeć na twarze ludzi, którzy wyczekują z nadzieją zwycięstwa swoich, wystarczy usiąść w plastikowym krzesełku na trybunach i wsłuchać się przez moment w crescendo stadionu, by zrozumieć, że niewiele jest takich miejsc. Nie wiadomo, skąd biorą się te ciarki na plecach. Wiadomo, że to dla nich wymyślono futbol.

Autor: Dariusz Rosiak
[źródło: Polityka nr 24/2003]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (1)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze