Thiago Motta - wieczny pechowiec - nowy felieton

Krzysztof Kalet

15 sierpnia 2007, 14:24

Brak komentarzy
Prawdopodobnie po 6 latach odejdzie z klubu jeden z najbardziej lubianych zawodników Barcelony XXI wieku. Wieczny pechowiec, świetny piłkarz z ogromną podatnością na kontuzje i urazy - tak w zasadzie w tym jednym zdaniu można streścić charakterystykę tego zawodnika. Walecznego, wielonarodowego, przywiązanego do Culés. Thiago Motty.

28 sierpnia 1982 roku w São Bernardo do Campo, brazylijskim mieście położonym w stanie Sao Paolo. W tym samym miejscu kilka lat wcześniej na świat przyszedł Anderson Luis de Souza, znany kibicom piłkarskim jako Deco. Po kilku latach od narodzin młody Thiago trafił do szkółki piłkarskiej znanej wielu miłośnikom piłki nożnej - Juventude. W wieku 17 lat wyjechał wraz z drużyną na turniej, na którym dostrzegł go późniejszy orędownik jego talentu Llorenc Serra Ferrer. W czerwcu 1999 roku Motta przybył do stolicy Katalonii, gdzie wraz z Carlesem Puyolem czy Jose Manuelem Reiną miał tworzyć trzon drużyny młodzieżowej. Po sezonie gry Reina z Puyolem trafili do kadry 1 drużyny, a Motta wciąż brylował w rezerwach wraz z Iniestą, Valdésem czy Fernando Navarro. Co ciekawe ówczesne komentarze trenerów i działaczy piłkarskich uznawały Mottę za najbardziej utalentowanego spośród tego grona. Zresztą dobra gra zaowocowała powołaniem do reprezentacji młodzieżowej Brazylii.

W tym miejscu zatrzymamy się na chwilę i przyjrzymy narodowości Motty. Jego dziadek przyjechał do Brazylii z Włoch, gdzie ożenił się z... emigrantką z Polski. Sam Thiago jest obywatelem Brazylii oraz Włoch. To umożliwiało mu grę w pierwszej drużynie Barcelony.

Od 2001 roku Motta zaczął grać w pierwszej drużynie klubu z Katalonii. W końcu 3 października 2001 roku Luis van Gaal dał szansę debiutu 19-latkowi w spotkaniu przeciwko Realowi Mallorca, sam Motta prezentował się na tyle dobrze, ze na stałe wywalczył sobie miejsce w kadrze Barçy. W pierwszym sezonie grał w 18 spotkaniach ligowych i 7 w Lidze Mistrzów. Jego wszechstronność i pomysłowość w grze, a także sztuka w jaką przeobraził zwykłe odebranie piłki, oczarowały także publikę Camp Nou. Kolejny sezon był bodaj najlepszy w jego karierze. Mimo słabszej postawy drużyny Motta był jednym z wyróżniających się zawodników, jego gra często zawężała przeciwnikom pole działania. Jego praca była niewidoczna dla oka, na boisku brylowali Kluivert czy Overmars. Zaowocowało to powołaniem do kadry, gdzie wystąpił w dwóch meczach z Meksykiem i Hondurasem. Ten drugi był jednocześnie jego ostatnim jak do tej pory w narodowych barwach. Później zaczęły się kłopoty, które wcześniej owszem dotykały Mottę, jednak dość sporadycznie. Kontuzje przyległy do niego jak lep na muchy do ... muchy. Przez kolejne dwa lata zmagał się z niezliczoną ilością chorób i kontuzji - wspomnieć można chociażby słynny paznokieć u nogi, który wyeliminował go z gry na kilka tygodni. Gdy wydawało się, że wszystko wraca do normy, a Thiago zaczyna już wracać do świetnej formy wydarzyłą się tragedia. 11 września 2004 (pechowa data ... ) na Camp Nou Barcelona rozgrywała spotkanie z Sevilla FC. Thiago doznał zerwania wiązadeł w lewym kolanie i diagnoza była jasna - co najmniej półroczna przerwa. Thiago załamany wybrał się do Brazylii by tam leczyć swoją kontuzję Po powrocie do Barcelony widziano go przeważnie na siłowni lub basenie - z całą determinacją oddał się rehabilitacji, jego poświęcenie u niejednego wywoływało zaskoczenie. Powrócił do gry pod koniec sezonu. Do końca pobytu w Barcelonie nie prezentował już tak wysokiej formy jak w 2003 roku, jednakże zdarzały mu się mecze, w których na boisku dominował. Przykładem mogą być spotkania z Chelsea i z Realem. Co warte podkreślenia, Motta przeciwko drużynie z Kastylii grywał zawsze świetne spotkania. Wystarczy wspomnieć pojedynek sprzed kilku lat, w którym najlepszy ówczesny piłkarz świata Zinedine Zidane dreptał bezradny w środku pola, a katem jego dyspozycji w tym meczu był nie kto inny jak Thiago Motta. Kilkadziesiąt spotkań w La Liga, wiele spotkań w europejskich pucharach - bilans 6 letniej przygody w Barcelonie dość nikły, jednakże każdy to wie - gdyby nie kontuzje, Thiago byłby dziś podstawowym graczem reprezentacji Brazylii.

Słowem podsumowania chciałbym prosić o wstrzemięźliwość w formułowaniu ocen na temat Thiago. Ostatnimi czasy słychać wiele opinii, mieszających Mottę z błotem, umniejszającymi jego umiejętności i zasługi w grze dla Barcelony. Najbardziej ubodły mnie słowa pewnego - zapewne - młodego kibica naszego klubu, który stwierdził, że "Motta niech spierd...". Za przeproszeniem, my nie jesteśmy Realem "Los Galaxicos" Madryt, w którym piłkarza traktuje się jak mięso dla tłumów. Motta wielokrotnie udowadniał, że z Barceloną jest związany tak piłkarsko jak i emocjonalnie. Każdy jego powrót na boisko wywoływał na trybunach burzę oklasków i gromkie okrzyki "Mootttaaaa", które mogły przypominać nawet te żegnające Luisa Enrique przed kilkoma laty. Szacunek, to słowo, które wielu z Wam przydałoby się opanować tak w teorii jak i w praktyce. Szacunek do piłkarza, który zostawiał zdrowie na boisku za wyniki Barcelony ! Jego charakter, waleczność i umiejętności destrukcyjne pozwalały mu eliminować z gry gwiazdy Deportivo, Walencji, Chelsea czy Realu - za to należy mu się pożegnanie godne pewnego "gwiazdora" z Portugalii? Powiem wprost - jestem ogromnym zwolennikiem talentu Thiago, jak wielu przebywających na tej stronie. Życzę mu by brylował w lidze włoskiej, do której najpewniej trafi. W laboratorium Milanu są w stanie wymyślić sposób na kontuzjogenność Brazylijczyka. Jeśli to się uda jestem pewny, że niejeden z Was pożałuje tak szybkiego odejścia Motty z drużyny. A kibice mediolańskiego klubu zakrzykną z entuzjazmem "Thiaaagoo, Moootttaaa"
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze