W ciszy stadionu. Wesoły samolot w drodze po "Mundialito"

Karol Chowański 'Challenger'

17 grudnia 2011, 12:52

42 komentarze

Muszę przyznać, że euforyczny nastrój na dobre rozpanoszył mi się w duszy po bramce Fàbregasa. Czekam dzień, czekam drugi, szósty – i nic. Kompletnie nie chce sobie wyparować. Stąd dzisiejszy felieton chyba bardziej subiektywny niż zwykle.

Nie wiem, czy to popularny wśród Czytelników FCBarca.com ton? Jeśli nie, skłonnych do polemik mniejszych ode mnie optymistów o sercach w barwach azulgrana, podobnie, jak wszystkich innych Gości - zapraszam, chyląc w tym miejscu nisko kapelusza, do sekcji komentarzy. By kulturalnie, spójnie i z zachowaniem wzajemnego szacunku wymieniać spostrzeżenia z zeszłej soboty.

Serce roście patrząc na te czasy. Czasy Pep Teamu, naturalnie. Czy się to komuś podoba, czy zupełnie ani trochę. Poważny frasunek widziałem na obliczu José Mourinho, któremu po kolejnej porażce coraz trudniej przychodzi przeczyć faktom, samo oblicze też jakby mniej kamienne co kiedyś. Wyrazy pochwały i pokory przychodzą po sobocie zewsząd. Choć plewić je trzeba w znoju z wysokiej góry kompostu refleksji typowych dla najgłośniejszego z madridistów, to uznanie wyższości sobotnich zwycięzców przechodzi już przez gardło nawet Tomásowi Roncero. Komplementy adresują na Camp Nou i Menotti, i Rafa Nadal, i Fabio Cannavaro, i... hola, hola, Cannavaro?!

Nie tak dawna gwiazda Madrytu z konstelacji galácticos, twardo testująca na graczach Barçy wyrozumiałość sędziego we wszystkich GD, w których miał okazję wystąpić... Doprawdy, z trudem musi się zasypiać Florentino Pérezowi.

Uzasadnione obawy barcelonismo

Koronkowe akcje i cudowne bramki CR7 i spółki ukradkiem oglądali ostatnio nawet najbardziej oddani Cules. Na datę 10.12 z niepokojem patrzył w kalendarzu każdy fan Barçy, którego stać na dostrzeżenie i uznanie niewątpliwych atutów rywala. Tym bardziej, że...

Grudniowy pojedynek Barçy z Realem znów miał się zdarzyć w strategicznym momencie kalendarza. Po corridzie 4 meczów wieńczących wiosną najtrudniejszy - dotąd - rok gladiatorów Guardioli, czekał nas wakacyjny Superpuchar stanowiący z kolei wymarzony prolog do sezonu kolejnego! Jeszcze trudniejszego. Prolog będący zastrzykiem energii dla wygranych i zastrzykiem Pavulonu dla pokonanych. Jak dobrze wiemy, start rozgrywek ligowych nie był wolny od konsekwencji – SH siedział w głowach i podopiecznym Guardioli, i Mourinho. Jednym dodawał energii i motywacji. Drugim kilka tygodni tkwił jak ten w rzyci cierń.

Niedawna perspektywa najwyższej straty do Realu w erze Guardioli była najwymowniejszym z dowodów na to, jak trudny będzie sezon 2011/2012. Stojąca za nią seria 14 kolejnych zwycięstw Madrytu czyniła podopiecznych Mourinho bezspornymi faworytami nie tylko w kuluarach Concha Espina 1, promadryckich mediach czy pośród fanów. U buków i dużej części culés również. A przecież zapowiadało się na mecz o randze bez precedensu w całej najnowszej historii „klasyków”.

Wiedział o tym Guardiola, wiedzieli jego piłkarze. Doskonale wiedział rywal i jego trener.

Minë Corma turië të ilyë, Minë Corma hirië të...

"Jeden [pierścień], by wszystkimi rządzić, jeden, by wszystkie odnaleźć...” Nie brakowało takich, co oddali życie, by zdobyć nad nim władzę. Niziołkom Guardioli wystarczało "tylko" stoczyć 90-minutowy bój z odwiecznym rywalem w jego najlepszej od lat dyspozycji. Mimo to – a może właśnie dlatego (!) - nikt z barcelonistów nie zawahał się sięgnąć dłonią.

Walka na Bernabéu toczyła się o tę najbanalniejszą ze stawek - o wszystko. Nie o 3 czy 6 punktów. Nie o prestiż, nie o uwielbienie fanów, nawet nie o mistrzostwo kraju w perspektywie maja. Ani nie o Złotą Piłkę, nawet jeśli był ktoś, kto bardzo by chciał... Nie tylko.

W sobotę grano tak naprawdę o cały sezon. Jednych i drugich.

Gospodarze walczyli o odwrócenie złego szeląga z bordowo-granatowej na białą - wreszcie, do licha! - stronę. Sprzymierzeńcem Królewskich wydawał się kalendarz ostatnich gier, aczkolwiek wygodnie pomijano fakt, że bynajmniej nie był on dla zespołu Mourinho diablo wymagający... Czyżby kumulacja oszczędnych środkami i umiejętnościami rywali zaważyła, siejąc pole zuchwałości i burząc mury pokory? Tego niestety nie dowiemy się przed wydaniem biografii Higuaína, ale fakt faktem, że zwycięstwa Realowi hurtem „działy się” same; przychodząc lekko, łatwo i przyjemnie. Uśmiech radości cisnął się na usta piłkarzom z Madrytu, radość tę widać było w ich grze od tygodni. Dało się znów słyszeć oznaki tak dawno niesłyszanej z Santiago Bernabéu pewności siebie, buty i wyniosłości.

Świetnie przeczuwano, że gra toczy się o pełną stawkę. O przełamanie złej passy i czyżby - nie mówmy tego za głośno - madryckiego kompleksu na punkcie Pep Teamu, pokonanego dotychczas ledwie raz na ponad 42 miesiące? No bo jak nie po serii 15 kolejnych wygranych, to... kiedy?

Tymczasem w Barcelonie... każdy świadomy powagi sytuacji - co najmniej tak samo. Jeśli nie bardziej. Dyplomatyczne i stonowane wypowiedzi piłkarzy i trenera - to już standard. Jednak katalońskie media wyrażały już swe obawy najmniej powściągliwie od zaprezentowania Guardioli trenerem Barçy.

Na temat najlepszego możliwego składu na Real toczono ogólnonarodową debatę. Jedno z jej haseł przewodnich brzmiało: „Puyol czy Mascherano?” Końca nie było także innym spekulacjom. Czy mister zdecyduje się uprzedzić taktykę rywala i „wyjdzie” all-in, czy jednak wystawi trzech obrońców pomimo wcześniejszych deklaracji? Czy może od pierwszych minut zagra jednak z tyłu ostrożnie tradycyjną czwórką? Tylko gdzie wtedy upchnąć Fàbregasa?! No i wreszcie - Villa czy Alexis, Alexis czy Villa?

Pewne było tylko, że tym razem pewne nie jest nic. Prócz tego, że Real jest na fali, a Barça grywa w kratkę.

Wymiar stawki

Skoro Liga Mistrzów na zimowych feriach gdzieś w Courchevel, to motywację na nią można zbierać tylko na boiskach ligowych. Skomplikowana i mało optymistyczna sytuacja w La Liga w wigilię 1/8 finału LM nie tylko by Barcelonie „nie pomogła” - dla klubu celującego w obronę trofeum byłby to najgorszy możliwy scenariusz. Do tego wyjazd na niezwykle prestiżowe dla Rosella i Guardioli KMŚ z porażką czy nawet remisem z Bernabéu w podręcznym bagażu, nie stawiałby moim zdaniem Blaugrany w roli faworytów z Santosem. Santosem wypoczętym, zaaklimatyzowanym już wiele dni w Japonii i podporządkowującym temu turniejowi cały swój sezon - z 10. miejscem w ligowym sezonie 2011 i kosztownym odnowieniem umowy Neymara włącznie.

Co do mistrzostwa Hiszpanii - owszem, 9 punktów straty nie rozstrzygnęłoby jego losów bezpośrednio w grudniu. Byłoby jednak ogromnym demotywatorem jednych i wprost proporcjonalnie większym motywatorem dla drugich. Ewentualny triumf Realu nad Barçą w minioną sobotę oznaczałby Rów Mariański na skali morale zwycięzców i zwyciężonych. I choć rosnąca presja mediów i fanów rzadko wpływa na Pep Team, to przy takim obrocie spraw wpłynęłaby nawet na Heraklesa.

Rozpędzony Real i Barça po krótkim skoku wracająca nastrojami do samopoczucia z Getafe? Brrrrr! Po przegranej na Bernabéu ze wszystkich tych powodów piłkarzom Barcelony na sercu byłoby niewyobrażalnie ciężko. Nie tylko w lidze. Nie tylko w Japonii - we wszystkich meczach aż do ligowego rewanżu z Realem; może aż po koniec sezonu. Na treningach, na randce, podczas spaceru z psem i w Port Aventura z przyjaciółmi. W końcu to tylko ludzie.

Faworyt tylko jeden

Stawianie Realu w lepszej pozycji wyjściowej przed pierwszym gwizdkiem sędziego było oczywiście absolutnie uzasadnione. Ściany pomagają sami-wiecie-komu. Bernabéu to Bernabéu, a Barça zagrała tam przecież mało przekonująco ostatnim razem, męczyła się 90 minut by ostatecznie zremisować (choć taki wynik i tak dawał jej niemal pewne mistrzostwo). Po drugie, docenić należało ostatnią passę ligowych triumfów i wspaniałą postawę podopiecznych trenera mieniącego się „Wyjątkowym” w Lidze Mistrzów - i to względnie niezależnie od składu.

Tyle sprzyjających okoliczności i statystyk. Zupełnie obok tego, Real jawił się ostatnio jako drużyna groźna, skuteczna i zdeterminowana. Kropka. W dwóch z trzech tych wskaźników w minionych tygodniach może nawet przewyższając zespół Guardioli - subtelnie mniej lub bardziej.

Kontry „Królewskich” były błyskawiczne już w poprzednim sezonie. Dla odmiany w tym sezonie stały się jeszcze szybsze. Tymczasem Di María... przestał szukać w co drugiej akcji karnego i z miejsca wyrósłszy na mistrza asyst & jednego z liderów drużyny! Blok defensywy z ponownie wstawionym doń Pepe i zastępującym Carvalho Ramosem prezentował się w meczach ze słabszymi rywalami zupełnie bez zarzutu. Lass szybko zaczął spłacać Mou przedsezonowy kredyt zaufania, znakomicie uzupełniając się z Xabim Alonso i/lub Khedirą. Cristiano Ronaldo kolekcjonował i bramki, i asysty, a gra tudzież wyniki zespołu wyraźnie sprawiały mu radochę. Udane występy notował Kaká, Benzema z Higuaínem trafiali jak na zawołanie. Cała drużyna funkcjonowała świetnie, urozmaicając grę i zaskakując rywali nowymi schematami akcji. Forma fizyczna piłkarzy Blancos w przededniu grudniowych derbów też wyglądała bardzo obiecująco, zaś medialna przemiana Mourinho w grzeczną, niewadzącą nikomu owieczkę - odbiła się od razu na wzroście efektywności jego piłkarzy w zarządzaniu na boisku własnym gniewem.

Summa summarum, na przełomie listopada i grudnia Real grał efektownie, kreatywnie i skutecznie. Nastrajało to wszystkich madridistas pozytywniej niż pierwsze tony "White Christmas" głowę rodziny jadącą z pracy na Wigilię. Szczególnie odnosi się to do promadryckich publicystów i gorliwie twitterujących piłkarzy. Pierwszym trudno się dziwić. Wreszcie przypomnieli sobie, ze Puchar Króla to Puchar Króla... no a lata lecą. Jednak co do drugich - czyżby Mourinho zapomniał schłodzić podopiecznym czaszki, że z trzech punktów cieszyć się wypada po meczu (i to jak najkrócej, prawda, Pep?), a nie przed?

„El Clásico doda Ci skrzyyyyydeł !”

Mecz mający zdaniem wielu upłynąć pod dyktatem Realu, „znowu!” skończył się jak zwykle. Zasmucił się Butragueño, zagotował po meczu Marcelo, Cristiano podobno zadowolił się powtórką na PESie po powrocie do domu. Pojedynek taktyczny zwolennika (s)pokoju i motywacji przez pokorę z mistrzem siania defetyzmu i oportunizmu totalnego wypadł zdecydowanie na korzyść tego pierwszego. Na swój sposób to piękne - i nie mówię tego wyłącznie jako sympatyk zwycięskiego tej soboty klubu czy miłośnik piłki nożnej w ogóle.

Gdyby Japonia leżała w Europie, na Klubowe Mistrzostwa Świata jechałby tzw. "wesoły autobus". Taki, w którym kierowcy śpiewa się pochwalne pieśni, współpasażerowie licytują się na dowcipy, wychowawcy z uczniami grają w pokera na 5-groszówki, a celebra wakacyjnej szczęśliwości nabiera przeróżnych smaków, barw i zapachów. Więcej niż pojazd.

Po kolejnym zwycięstwie nad Realem tych dwóch powoli oklapujących z pomysłów Portugalczyków - 12-godzinny lot piłkarzy, trenerów i działaczy FC Barcelony do Tokio z pewnością nie upłynął w atmosferze styp.

Mundialito to żaden mus ni presja. Pamiętajmy o tym, ucząc się dystansu i opanowania od Guardioli z jego piłkarzami. Japoński turniej to przyjemność i zaszczyt. Wartość dodana dla fanów i miłośników pięknej piłki na całym globie. Kolejna okazja oglądania artystów w akcji... choć jeden z nich niestety będzie oglądał ten mecz w domu. Pewny, że koledzy zagrają dla niego – bo taki to już zespół. Muszkieterów, gdzie jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego. Iniesta, Abidal, Tito, Puyol, teraz „El Guaje”... Owszem, tak poważny uraz gracza formatu Villi byłby wielką stratą dla każdego klubu świata. Niezależnie od tego, w tym roku ławka Barçy jest jednak silniejsza niż kiedykolwiek. Nawet jeśli Guardiola nie będzie mógł delegować na boisko z powodu lekkiego urazu mięśniowego Sáncheza... to do gry pali się młodziutki Cuenca, kolejny w kolejce jest rekonwalescent Soriano, a wkrótce do gry gotowy będzie Afellay. Niezależnie od personaliów – Barça w niedzielę nie będzie słabsza. Szykuje się pasjonujący mecz.

A gdy wygra Santos – doceńmy to i pogratulujmy z szacunkiem rywalom, tak jak gratulował Barcelonie cały piłkarski świat w zeszłą sobotę. Osobiście, w potęgę motywacji Pepa i determinacji piłkarzy do napisania kolejnego rozdziału historii klubu – wierzę bardziej niż kiedykolwiek. Tak, tym razem jestem chyba względnym optymistą; uznającym wszelako wielkość, atuty i szanse brazylijskiego konkurenta do miana Najlepszej Drużyny Klubowej Świata 2011.

Przed ostatnim zdaniem warto jeszcze na krótką chwilę wrócić do soboty... Chyba nieprzypadkowo obserwowaliśmy długimi fragmentami meczu na Bernabéu grę Blaugrany na 150% możliwości właśnie z tym konkretnym trenerem i tym konkretnym klubem. Barça Pepa nie marzy. Ta Barça planuje i realizuje. Najlepiej jak potrafi.

Z każdą godziną coraz bliżej niedzielny świt. Na horyzoncie trofeum nr XIII na przestrzeni ostatnich 3,5 roku. Wesoły samolot już grzeje silniki...

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (42)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze