Pięć najważniejszych Klasyków

KeyNew

24 stycznia 2012, 10:40

109 komentarzy

Rywalizacja Realu Madryt z FC Barceloną ma reputację spotkań zapadających w pamięć, obfitujących w niewiarygodne momenty. Po ostatnim zwycięstwie wynik tej rywalizacji jest remisowy. Poniższa ocena jest subiektywna i zapraszamy wszystkich do wyrażenia własnej.

1935/36: Real Madryt -  FC Barcelona 2:1

Na pierwszy ogień musi pójść spotkanie, które stało się fundamentem dzisiejszej rywalizacji. Pełne podtekstów politycznych współzawodnictwo z sezonu 1935/36 było ostatnim przed wybuchem wojny domowej. Ówczesna Hiszpania podzieliła się na dwa obozy: nacjonalistyczny (reprezentowany przez Real Madryt) i republikański (synonimem stała się FC Barcelona). Trzeba jednak dodać, że dopiero po latach spotkanie to zaczęto traktować jako akt erekcyjny współcześnie rozumianej rywalizacji pomiędzy oboma klubami.

Niemniej relacje pomiędzy klubami nigdy nie były serdeczne, a to spotkanie – rozgrywane na Mestalla w Walencji – nie różniło się niczym od poprzednich. Z oczywistych powodów publika była za Barceloną, a piłkarze w białych trykotach byli niemiłosiernie wygwizdywani przy każdym dotknięciu piłki. Szczególnie pogardzano i szydzono z ex-culé Ricardo Zamory. Bramkarz Realu Madryt mimo odniesionej kontuzji, w wyniku uderzenia butelką w tył głowy, tamtego dnia przeszedł do historii hiszpańskiej piłki nożnej, ze względu na fenomenalną postawę w bramce.

Ponieważ mecz toczył się w gorący dzień na wyschniętym na wiór boisku, każdy pad Zamory wzniecał tumany kurzu, zjawisko znane wszystkim domorosłym polskim piłkarzom sprzed ery Orlików. Gdy mecz dobiegał końca, w jednej z takich sytuacji znalazł się Escola, który strzelał na bramkę, uderzenie wyglądało na takie, które musi wpaść do bramki, jednak kiedy czerwony pył opadł na boisko, okazało się, że portero Realu Madryt trzyma piłkę w dwóch rękach. Wrzeszcząca z przedwczesnej radości publika umilkła, a zawodnicy Barcelony nie mogąc uwierzyć w to się stało nie zdołali już odwrócić losów meczu. Dzięki heroicznej postawie Zamory to piłkarze ze stolicy Hiszpanii wznosili Puchar do góry.

1990/91: FC Barcelona - Real Madryt 0:1

Kolejnym spotkaniem, które zasługuje na miano jednego z najważniejszych w historii starć pomiędzy gigantami futbolu jest pierwszy mecz o Superpuchar Hiszpanii z roku 1990. Spotkanie toczyło się na Camp Nou i coś chyba musi być w tych rozgrywkach, ponieważ wzbudzają one przemoc. Nie warto przypominać wydarzeń z sierpnia tego roku, ale okazuje się, że nie pierwszy raz atmosfera i napięcie sięgnęły zenitu. Wówczas Real Madryt był lepszy o włos, a nieprzyjemna reakcja została sprowokowana przez Stoiczkowa, który po wślizgu Chendo domagał się odgwizdania przewinienia. Sędzia Ildefonso Urizar Azpitarte nie zdecydował się na taki ruch, co w trenerze Dumy Katalonii Johanie Cruyffie wzbudziło tak wielką frustrację, że wykrzyczał, w kierunku sędziego głównego, następujące słowa: „Zawsze jest tak samo z tobą, wszystko przyznajesz im, a nam nic”. Boski Johan otrzymał czerwoną kartkę i został odesłany na trybuny. Jednak to, co zrobił Stoiczkow pozostanie zachowaniem hańbiącym nawet w świetle brutalnych i chamskich zagrań Pepe, Carvalho czy kogokolwiek innego. Vulgar Bulgar dopuścił się skrajnie niesportowego zachowania, za które słusznie został ukarany dwumiesięcznym zakazem gry w piłkę. Bułgar podbiegł do sędziego i z premedytacją nastąpił na jego kostkę. Sędzia do końca meczu kuśtykał, a po nim powiedział: „Nie chciałem z tego robić wielkiego zagadnienia, ale ból był koszmarny. Mogłem wtedy przerwać grę i zakończyć mecz”. Pamiętajmy więc, że w przeszłości zawodnicy Barcelony również mieli swoje za uszami, co z pewnością nie wpływało pozytywnie na wizerunek klubu.

2005/06: Real Madryt - FC Barcelona 0:3

Nawet mniej „wytrawny” culé wie co nieco o tym spotkaniu. To jeden z tych meczów, kiedy kibice obu drużyn mogli czuć się dumni, a szczególnie ci z Katalonii. Nawet nie chodzi o wynik, ale o reakcję publiczności na Santiago Bernabéu. Była ona o tyle nieoczekiwana, co w pełni zasłużona.

Real Madryt przechodził kryzys, od ponad dwóch lat nie potrafił zdobyć żadnego trofeum, a tacy członkowie ekipy galácticos jak Roberto Carlos, Ronaldo, Raul, Zidane czy Beckham schodzili ze sceny. W ekipie przeciwników eksplodowała za to gwiazda Ronaldinho, a sama Barça przyjeżdżała na to spotkanie jako mistrz kraju z sezonu 2004/05.

Gdy Samuel Eto'o dawał prowadzenie ekipie z Camp Nou, na stadionie rywala słychać było buczenie. Kameruńczyk nigdy nie był faworytem kibiców Realu. Gdy w drugiej połowie Ronaldinho podwyższył wynik na 2:0 - po fenomenalnej, indywidualnej akcji - na trybunach dalej słychać było buczenie i gwizdy skierowane pod adresem piłkarzy Dumy Katalonii.

Jednak gdy Brazylijczyk dołożył niemal identyczną bramkę i dał swemu zespołowi prowadzenie 3:0, na trybunach Bernabéu stało się coś nieoczekiwanego. Kibice wstali z miejsc i zgotowali Ronniemu aplauz. Następnego dnia madrycka Marca nazwała go „nadczłowiekiem”.

owację na trybunach Bernabéu

Było w tej całej sytuacji coś niesamowitego. Kibice wznieśli się ponad wszelkie podziały i potrafili docenić kunszt przeciwnika. Potrafili docenić piękno, jakie odkrył przed nimi Ronaldinho. Widownia, która przez większość czasu obrażała kataloński klub, zachowała się zgoła inaczej niż obserwujemy to dzisiaj. Brazylijczyk zadziwił Madryt tak, jak dwadzieścia pięć lat wcześniej Camp Nou zadziwił Laurie Cunningham. Wówczas to on otrzymał od kibiców owację, gdy był zmieniany przed końcem meczu.

Dlaczego zatem kibice Realu mogli czuć się dumni? Dlatego, że pomimo niechęci potrafili zachować klasę, co dzisiaj wydaje się niemożliwym do zrealizowania. Stopień zacietrzewienia, podsycany przez pewnego Portugalczyka osiągnął tak niebotyczne rozmiary, że powietrze ujdzie chyba dopiero wtedy, gdy wydarzy się jakaś tragedia, albo frustracja kibiców wynikami zamieni się w machanie białym chusteczkami.

2006/07: FC Barcelona - Real Madryt 3:3

Dziewiętnastoletni Messi zadziwił świat. To spotkanie jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych w najnowszej historii klubu. Dzisiaj, gdy w pamięci mamy wyniki 2:6, 5:0 - ciężko docenić remis. Wydaje się on niemalże porażką. Wiosną 2007 smakował jak zwycięstwo. Choć mecz odbywał się na Camp Nou, rywale trzykrotnie wychodzili na prowadzenie i grali całą drugą połowę z przewagą zawodnika.

Ale mecz ten przejdzie do historii ze względu na to, że mógł przywrócić nadzieje Madrytu na zdobycie mistrzostwa. Liderowała Sevilla, druga była FC Barcelona. Cztery punkty różnicy to niewiele, ale jeden punkt to jeszcze mniej. Zespół grającego brzydko, ale skutecznie Capello otworzył wynik meczu. Ruud Van Nistelrooy zrobił coś, co rzadko w jego wykonaniu miało miejsce… trafił do bramki spoza pola karnego. Wyrównał Messi w dość charakterystycznym dla siebie stylu; płaskim strzałem w długi róg.

Kolejna bramkę, po faulu na Gutim, z karnego ponownie strzelił RvN. I tym razem wyrównał Messi, silnym strzałem pod poprzeczkę. Na przestrzeni całego meczu Lionel znakomicie się ustawiał, współpracował z kolegami i pokazał przejawy tego, z czego dziś znany jest na całym świecie. Bycia liderem zespołu.

Remis nie był jedynym zmartwieniem Barçy na zakończenie pierwszej połowy. Tuż przed zejściem obu drużyn do szatni, za drugi faul boisko opuścił Oleguer Presas. Przewaga Realu w pierwszej połowie nie była tak widoczna, ale po przerwie stała się faktem. Na niewiele ponad kwadrans do końca, Real Madryt udokumentował ją trafieniem Sergio Ramosa. Barcelona naciskała, ale nie mogła trafić do bramki przeciwnika. Dopiero w doliczonym czasie gry młodziutki Messi skompletował hat-trick. Był to początek ery Lionela Messiego - piłkarza, który w Gran Derbi z dziecinną łatwością pobił rekord zdobytych bramek Di Stéfano.

2010/11: FC Barcelona - Real Madryt 5:0

Mecz, który w mojej pamięci pozostanie na zawsze. Nie widziałem bardziej spektakularnej gry nigdy, jak żyję.

Mecz odbywał się w bardzo ciekawym dla Madrytu czasie. Florentino Peréz zasilił zespół spektakularnymi transferami na kwotę 200 milionów euro, a Barcelona znowu zdobyła mistrzostwo.

Sternik madryckiego klubu sięga zatem po jedyną osobę, która daje nadzieję na jakiekolwiek trofea: José Mourinho. Bez dwóch zdań, to świetny trener, który tchnął w trzy różne kluby nowego ducha, święcił z nimi sukcesy, a szacowany koszt jego zatrudnienia to 57 milionów euro. Nic nie może potoczyć się źle. Barcelona w końcu będzie musiała paść przed tak potężną siłą. Co więcej… Real przyjeżdża na Camp Nou z jednopunktową przewagą w ligowej tabeli, z niesamowitą serią meczów bez porażki, z światowej klasy zawodnikami, pewien siebie i… doznaje najwyższej porażki od 16 lat.

Ale nie o rozmiary porażki tu chodzi. Oczywiście 5:0 to katastrofa, ale prawdziwą tragedią dla madridismo było odarcie ich ze złudzeń, że zbliżyli się choćby o krok do Barcelony. Tamten mecz pokazał, że obie ekipy pod względem umiejętności, taktyki dzielą lata świetlne. Xavi otworzył wynik delikatnym zagraniem i do dzisiaj zastanawiam się skąd on wiedział, że piłka znajduje się w tym, a nie innym miejscu… Szósty zmysł! Gol Pedro po ekstremalnie długiej akcji, w której Barça wymieniła nieskończoną liczbę podań. Potem dwie szybkie bramki Davida Villi i na dokładkę trafienie Jeffréna. Całe Camp Nou trzymało wyciągnięte w górę otwarte dłonie, co symbolizowało manitę.

Występ Pep Temu był tak dobry, że Wayne Rooney oglądając mecz w swym domu wstał ze swej sofy i zaczął bić brawo. Kilka miesięcy później Xavi powiedział o tamtym zwycięstwie:

„To był najlepszy mecz jaki kiedykolwiek zagrałem. Uczucie absolutnej dominacji było niesamowite – w dodatku przeciwko Realowi Madryt. Nawet nie dotknęli piłki. Madré mía, co za mecz! W szatni zgotowaliśmy sobie owację.”

Wierzę, że najbliższy mecz również przejdzie do historii, jako wspaniałe widowisko, a nie pokaz agresji, chamstwa i bezsilności. Oby!

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (109)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze