Rywalizacja Realu Madryt z FC Barceloną ma reputację spotkań zapadających w pamięć, obfitujących w niewiarygodne momenty. Po ostatnim zwycięstwie wynik tej rywalizacji jest remisowy. Poniższa ocena jest subiektywna i zapraszamy wszystkich do wyrażenia własnej.
1935/36: Real Madryt - FC Barcelona 2:1
Na pierwszy ogień musi pójść spotkanie, które stało się fundamentem dzisiejszej rywalizacji. Pełne podtekstów politycznych współzawodnictwo z sezonu 1935/36 było ostatnim przed wybuchem wojny domowej. Ówczesna Hiszpania podzieliła się na dwa obozy: nacjonalistyczny (reprezentowany przez Real Madryt) i republikański (synonimem stała się FC Barcelona). Trzeba jednak dodać, że dopiero po latach spotkanie to zaczęto traktować jako akt erekcyjny współcześnie rozumianej rywalizacji pomiędzy oboma klubami.
Niemniej relacje pomiędzy klubami nigdy nie były serdeczne, a to spotkanie – rozgrywane na Mestalla w Walencji – nie różniło się niczym od poprzednich. Z oczywistych powodów publika była za Barceloną, a piłkarze w białych trykotach byli niemiłosiernie wygwizdywani przy każdym dotknięciu piłki. Szczególnie pogardzano i szydzono z ex-culé Ricardo Zamory. Bramkarz Realu Madryt mimo odniesionej kontuzji, w wyniku uderzenia butelką w tył głowy, tamtego dnia przeszedł do historii hiszpańskiej piłki nożnej, ze względu na fenomenalną postawę w bramce.
Ponieważ mecz toczył się w gorący dzień na wyschniętym na wiór boisku, każdy pad Zamory wzniecał tumany kurzu, zjawisko znane wszystkim domorosłym polskim piłkarzom sprzed ery Orlików. Gdy mecz dobiegał końca, w jednej z takich sytuacji znalazł się Escola, który strzelał na bramkę, uderzenie wyglądało na takie, które musi wpaść do bramki, jednak kiedy czerwony pył opadł na boisko, okazało się, że portero Realu Madryt trzyma piłkę w dwóch rękach. Wrzeszcząca z przedwczesnej radości publika umilkła, a zawodnicy Barcelony nie mogąc uwierzyć w to się stało nie zdołali już odwrócić losów meczu. Dzięki heroicznej postawie Zamory to piłkarze ze stolicy Hiszpanii wznosili Puchar do góry.
1990/91: FC Barcelona - Real Madryt 0:1
Kolejnym spotkaniem, które zasługuje na miano jednego z najważniejszych w historii starć pomiędzy gigantami futbolu jest pierwszy mecz o Superpuchar Hiszpanii z roku 1990. Spotkanie toczyło się na Camp Nou i coś chyba musi być w tych rozgrywkach, ponieważ wzbudzają one przemoc. Nie warto przypominać wydarzeń z sierpnia tego roku, ale okazuje się, że nie pierwszy raz atmosfera i napięcie sięgnęły zenitu. Wówczas Real Madryt był lepszy o włos, a nieprzyjemna reakcja została sprowokowana przez Stoiczkowa, który po wślizgu Chendo domagał się odgwizdania przewinienia. Sędzia Ildefonso Urizar Azpitarte nie zdecydował się na taki ruch, co w trenerze Dumy Katalonii Johanie Cruyffie wzbudziło tak wielką frustrację, że wykrzyczał, w kierunku sędziego głównego, następujące słowa: „Zawsze jest tak samo z tobą, wszystko przyznajesz im, a nam nic”. Boski Johan otrzymał czerwoną kartkę i został odesłany na trybuny. Jednak to, co zrobił Stoiczkow pozostanie zachowaniem hańbiącym nawet w świetle brutalnych i chamskich zagrań Pepe, Carvalho czy kogokolwiek innego. Vulgar Bulgar dopuścił się skrajnie niesportowego zachowania, za które słusznie został ukarany dwumiesięcznym zakazem gry w piłkę. Bułgar podbiegł do sędziego i z premedytacją nastąpił na jego kostkę. Sędzia do końca meczu kuśtykał, a po nim powiedział: „Nie chciałem z tego robić wielkiego zagadnienia, ale ból był koszmarny. Mogłem wtedy przerwać grę i zakończyć mecz”. Pamiętajmy więc, że w przeszłości zawodnicy Barcelony również mieli swoje za uszami, co z pewnością nie wpływało pozytywnie na wizerunek klubu.
2005/06: Real Madryt - FC Barcelona 0:3
Nawet mniej „wytrawny” culé wie co nieco o tym spotkaniu. To jeden z tych meczów, kiedy kibice obu drużyn mogli czuć się dumni, a szczególnie ci z Katalonii. Nawet nie chodzi o wynik, ale o reakcję publiczności na Santiago Bernabéu. Była ona o tyle nieoczekiwana, co w pełni zasłużona.
Real Madryt przechodził kryzys, od ponad dwóch lat nie potrafił zdobyć żadnego trofeum, a tacy członkowie ekipy galácticos jak Roberto Carlos, Ronaldo, Raul, Zidane czy Beckham schodzili ze sceny. W ekipie przeciwników eksplodowała za to gwiazda Ronaldinho, a sama Barça przyjeżdżała na to spotkanie jako mistrz kraju z sezonu 2004/05.
Gdy Samuel Eto'o dawał prowadzenie ekipie z Camp Nou, na stadionie rywala słychać było buczenie. Kameruńczyk nigdy nie był faworytem kibiców Realu. Gdy w drugiej połowie Ronaldinho podwyższył wynik na 2:0 - po fenomenalnej, indywidualnej akcji - na trybunach dalej słychać było buczenie i gwizdy skierowane pod adresem piłkarzy Dumy Katalonii.
Jednak gdy Brazylijczyk dołożył niemal identyczną bramkę i dał swemu zespołowi prowadzenie 3:0, na trybunach Bernabéu stało się coś nieoczekiwanego. Kibice wstali z miejsc i zgotowali Ronniemu aplauz. Następnego dnia madrycka Marca nazwała go „nadczłowiekiem”.
Komentarze (109)