Myślicie, że znacie Raiolę? Pewnie, że nie. Znacie tylko kilka jego wypowiedzi z pełna premedytacją sformułowanych skrajnie kontrowersyjnie. Powiedzianych w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu by prowadzić swoją grę.
Też nie podobało mi się kilka z nich, ale czy zawsze mówimy same grzeczne i pochlebne rzeczy, gdy do osiągnięcia pojawia się jakiś – dowolny; zawodowy czy osobisty – cel? Potrafię identyfikować się z tymi, którzy na to pytanie odpowiedzą: „nie”. W każdym razie, Raiola nie jest tylko pieskiem na posyłki, jak ta wąsata sekretarka Mourinho z Twittera. Agent m.in. Ibrahimovicia, Nedveda, Hamšíka czy Maxwella to facet inteligentny, który do swojej pozycji doszedł ciężką pracą, wrodzonym talentem do interesów i intuicją, która pozwoliła mu rozgościć się na salonach wszystkich możnych współczesnej piłki jak na pluszu kanapy w swoim salonie. A nawet lepiej.
Na swój sposób – szorstki, absolutnie nie idealizujący, egzaltowany ni bezkrytyczny; komentarze na temat Guardioli to spora chochla dziegciu – szanuję go i podziwiam, bo jest mistrzem w swoim fachu. Bez takich jak on nie istniałaby piłka. Transfery? Zapomnij! Każdy zawodnik w jednym miejscu „piłkarsko” się rodzi i kończy karierę – może i brzmi to romantycznie (i doskonale pasuje do pojedynczych piłkarzy, nadając naszej ulubionej dyscyplinie sportu odczuć niemal rodzinnych, a tego wyjątkowego w swej skali szacunku dla każdego wychowanka grającego w jednym klubie przez całą karierę), ale hipotetycznie rozszerzone na całą grupę społeczną piłkarzy brzmi też niewiarygodnie smutno. Futbol pośredników, negocjatorów, przedstawicieli piłkarzy – po prostu potrzebuje. Czyli kibice też. Nawet jeśli sami do końca nie są tego świadomi albo nie potrafią przyznać.
Agent do zadań specjalnych. Nie strzela gola za golem, ale ma w tym wszystkim swoją rolę. Nie wszystko, co związane z piłką na najwyższym światowym poziomie „dzieje się” tylko na boisku – drużyny wielkie nadzwyczaj często tworzą się (też) w zaciszach gabinetów i przy negocjacyjnym stole. Niewdzięczna to rola i – co tu dużo ukrywać – powszechnie pogardzana, ale przez to ani trochę mniej potrzebna czy znacząca. Osiągnięcia piłkarskich agentów trzeba umieć dostrzegać i doceniać, szczególnie gdy mówimy o tych najlepszych w swojej branży. Raiola należy do nich z całą pewnością, nawet jeśli wielu z Was porządnie zalazł za skórę... Przekornie to ujmując, może to tym bardziej czas, by bliżej poznać najbardziej barwnego z reprezentantów najsłynniejszych, najlepszych i najbogatszych piłkarzy świata. Tego samego, którego Ibra familiarnie tytułuje w swojej książce „tłustym idiotą”.
Ba, może go nawet trochę polubicie?
Po dwóch stronach oceanu
Poza awansowaniem McDonald’s do czegoś więcej niż baru dla społecznych nizin, a nawet doskonałego miejsca na gimnazjalną randkę, Europa różni się od Stanów tym, że sportowi agenci po naszej stronie oceanu dla kibiców generalnie są anonimowi. W światku najpopularniejszego ze sportów Europy powszechnie znany (choć od dość niedawna) jest tylko Jorge Mendes. Kojarzone jest też nazwisko zbliżającego się do 70-ki Izraelczyka Piniego Zahaviego. Jest też fama Raioli, choć byłaby znacznie cichsza, gdyby nie najwyższy z jego klientów. Ktoś jeszcze? Koniec listy. Dla przeciętnego fana, cała reszta – i nic w tym dziwnego – to Galle Anonimy.
Kompletne przeciwieństwo tego, jak mają się te sprawy w Stanach. Tak długiej strony w wikipedii jak Scott Dean Boras, nie ma mnóstwo znanych i utytułowanych piłkarzy. Tego akurat nie znam, bo specjalizuje się pewnie w tych śmiesznych tubylczych dyscyplinach, jak baseball czy football, ale nazwisko Davida Falka zna każdy kto wie o Jordanie więcej niż to, że grał w Bullsach i jaki ma kolor skóry. Arn Tellem w samym tylko sezonie 07/08 wynegocjował podwyżki swoich klientów na sumę 210 milionów dolarów. León Rose reprezentuje lub reprezentował całą obecną śmietankę koszykarzy NBA, z LBJ na czele (i – niespodzianka! – byłego rozgrywającego Prokomu, Dajuana Wagnera, też), a jego nazwisko znają nawet ludzie, którzy koszykówki zwyczajnie nie znoszą... Krótko mówiąc, USA jako kraina sportu to miejsce, w którym agenci są co najmniej tak samo znani jak ich najsłynniejsi klienci. Czasami nawet bardziej.
Jak już wspomniałem, wpływ agentów na cały piłkarski wszechświat jest niebagatelny, nie będzie przesadą stwierdzenie, że równy ich amerykańskim kolegom – a jednak jest o nich bez porównania ciszej. W mediach, pubach, blogach i na forach. Choć pod względem stopnia dominowania opinii społecznej sportem Europa nieprędko będzie drugimi Stanami, wypowiedzi Raioli czy Mendesa skłaniają do stwierdzenia, że ktoś doszedł do wniosku, że czas choć troszkę to status quo zmienić.
Zaczęli gościć na okładkach, zarezerwowanych dotychczas tylko dla sportowców lub – w najlepszym przypadku – dla prezesów. Ich klientom tylko w to graj.
Od zera – kariera
Oczywiście, że jeszcze do niedawna istnienie Raioli było mi wszechstronnie obojętne, a jego losy – rozkosznie nieznane. Co to mnie obchodziło? Świadectwem tego do jakiego stopnia, niech będzie fakt, że od zawsze myślałem, że „ten agent od Ibrahimovicia” jest z narodowości Hiszpanem, a jego imię pisze się przez ñ. „Miño Raiola”. Byłem nawet całkiem pewien, że w niektórych mediach taka pisownia wpadła mi w oko i pewnie byłbym gotów się o to spierać, a nawet założyć, jeśli tylko znaleźli by się chętni.
Ze względu na swoje imigranckie pochodzenie etniczne, Ibrę można określić mianem kimś w rodzaju obywatela świata. Ktoś inny powiedziałby po prostu, że jest w nim coś cygańskiego – w pozytywnym tego znaczeniu. W każdym razie, pod tym względem bałkański Szwed nie różni się wiele od swego przedstawiciela, powiernika i przyjaciela.
Okazuje się bowiem, że Raiola urodził się we Włoszech, ale myli się każdy kto sądzi, że jest Włochem. Jego popularność, i większa niż np. w Hiszpanii medialność, w kraju calcio – nie tłumaczy wszystkiego.
Jak poniekąd wskazuje nazwisko, jego rodzina ma włoskie korzenie, ale Carmine „Mino” Raiola z urodzenia i wychowania jest stuprocentowym Holendrem, podobnie zresztą jak jego rodzice. Przed jego urodzinami przeprowadzili się do Włoch, mały Carmine przyszedł na świat koło Neapolu, w 45-tysięcznym miasteczku Nocera Inferiore, w miejscu gdzie geograficznie jest coraz bliżej do „podeszwy” włoskiego buta. Gdy miał rok, rodzina wróciła do holenderskiego Haarlemu. Otworzyła włoską restaurację, która trafiła w swój czas i szybko się rozwijała. Od wczesnych lat Raiola był bardzo zaangażowany w rodzinny biznes, szybko ujawniła się jego żyłka do interesów. I tak przymałe na niego wdzianko kelnera zamienił na garderobę trochę w stylu Tony’ego Soprano. Nie wybierał się na studia z ekonomii czy czegoś takiego, lecz był bardzo bystry jak na swój wiek. Miał zajmować się kontaktami i negocjacjami z dostawcami oraz szeroko pojętymi finansami biznesu rodziców. OK, a gdzie tu piłka?
Dorastając w Holandii – z Włoch zostało mu widoczne później po gabarytach zamiłowanie do makaronu i praktykowana w domu świetna znajomość języka, za której niedoskonałość i tak zawsze przeprasza włoskich dziennikarzy – jak wielu jego rówieśników został we wczesnym wieku posłany do szkółki nieistniejącego obecnie lokalnego klubu HFC Haarlem. Sport w Holandii to tryb życia, dzieciaki bardzo często posyłane są przez rodziców do szkółek dla ogólnego fizycznego rozwoju, aktywnego spędzania wolnego czasu i oczywiście zawiązywania tak potrzebnych temu wiekowi nowych przyjaźni. Kwestia podejścia – jak się młodemu uda, to fajnie, a jak nie, to też fajnie, bo przynajmniej nabierze zdrowego trybu życia. W kraju polderów i wiatraków, nie wszyscy wyrastają na piłkarzy, a jeśli rodzice wysyłają latorośl do szkółki, to niekoniecznie oczekując dochowania się nowego Bergkampa.
Takim też przypadkiem był Carmine Raiola, syn przedsiębiorczych i pracowitych restauratorów, który niedługo przed osiemnastymi urodzinami spojrzał z oddalenia na swoje perspektywy i doszedł do wniosku, że wielkiej kariery futbolisty nie zrobi. Wybrał inną sferę, w której był dużo lepszy – biznesy. Miał już jakąś tam praktykę z restauracji i tę drogę wybrał „na poważnie”. Doszedł jednak do wniosku, że oba światy, piłki nożnej i interesów, daje się połączyć. W 1986 roku miał 18 lat i został szefem skautingu w Haarlem HFC. Dla niego była to tylko stacja przesiadkowa. Wiedział już dobrze czego chce. Zostać agentem sportowym.
Pomysł wziął się stąd, że znał wielu różnych piłkarzy. Nawet niekoniecznie juniorów ze swoich lub starszych roczników szkółki, ale przede wszystkim tych grających w pierwszej drużynie – w latach 80. Haarlem występował w Eredivisie (zagrał nawet w Pucharze UEFA z młodym Guulitem), a w 1990 roku do bankructwa w 2010 występował w drugiej lidze; nie był to malutki prowincjonalny klubik... Raiola znał lokalne sławy z restauracji rodziców. Miejsce było w mieście znane ze świetnej kuchni, ludzie z klubu byli częstymi gośćmi. To tu postanowił o swojej przyszłości, stąd wystrzeliła jego kariera.
Pierwszy większym biznesem jaki współorganizował, było przejście Franka Rijkaarda ze Sportingu (ze względu na opóźnienie w formalnościach nie był uprawniony grać w portugalskim klubie – odchodził z Ajaksu do Lizbony w trybie nagłym, atmosferze skandalu i konfliktu z trenującym wówczas „de Godenzonen” Johanem Cruyffem; przebywał na wypożyczeniu w Saragossie) zimą 1988 do AC Milan. Później był rok 1993 i sensacyjne przejście Bergkampa do Interu za 15 milionów ówczesnych funtów. Dzięki swoim wpływom w Czechach, kontrakt z Raiolą podpisał wkrótce Pavel Nedvěd. Na fali udanego dla naszych południowych sąsiadów Euro 1996 rozgrywanych w Anglii, za równowartość 3,5 mln euro przeszedł z praskiej Sparty do Lazio. W tamtym czasie taka kwota za piłkarza ze Wschodu miała swój wydźwięk, ale bank został rozbity dopiero przy kolejnym ruchu transferowym tego, który dopiero miał zostać ikoną czeskiej piłki i Serie A. Rekordowy transfer Czecha z Lazio do Juve pamiętają wszyscy (41 milionów euro trudno zapomnieć), ale już nie jest powszechnie wiadome, że to także „zasługa” Mino Raioli. Wbrew pozorom, to nie jest gość, który pojawił się w tym biznesie przedwczoraj, lecz wieloletni agent o ustabilizowanej pozycji na rynku i swoich kontaktach. Początek XXI wieku w ogóle był dla niego udany, bo dwa lata po milionowej przeprowadzce Pavla „Niedźwiedzia” zaczął w 2003 roku współpracę z Ibrahimoviciem. Szwed do dziś pozostaje dla niego najbardziej dochodowym z klientów dzięki transferom na bajońską sumę 140.300.000 euro w ciągu ośmiu lat.
Z licencją holenderskiej KNVB oficjalnego agenta FIFA, Mino Raiola pracuje z osobami zaufanymi i znanymi sobie od lat w amsterdamskiej firmie, która zajmuje się szeroko pojętym doradztwem. Prócz sportu, operuje w księgowości, nieruchomościach, doradztwie podatkowym, marketingu, IT i telekomunikacji. Normalne biuro, do którego każdy może zadzwonić w godzinach pracy, na stronie oficjalnej jest nawet bezpośredni email do Raioli:) Firma ma swoje oddziały w Brazylii, Monte Carlo (gdzie agent mieszka) i Czechach (rozwiązanie zagadki, skąd kontrakty z Nedvědem i Zdenkiem Grygerą).
Okazjonalnie Mino Raiola współpracuje z różnymi piłkarzami (np. transfer Wima Jonka z Ajaksu do Interu w 1993), albo reprezentuje poszczególne kluby w konkretnych negocjacjach (np. Milan przy sprowadzeniu Robinho z City). Prócz tego ma jednak swoich regularnych klientów, do których nie należą wyłącznie postaci z pierwszych stron gazet, lecz także piłkarze mniej znani i juniorzy. Jednym z takich przypadków było wytransferowanie do Włoch Míchela Kreeka. Raiola w połowie lat 90. załatwił mu angaż najpierw w Padovie, a potem w Perugii i ten mało wcześniej znany holenderski obrońca przez dwa lata występów w Serie A uzbierał ponad 60 występów. Zagrał nawet 1 mecz w kadrze „Oranjes”. Podobny przypadek to były bramkarz Excelsioru, Alkmaar i Willem II, Oscar Moens. Ten trafił dzięki Raioli do Genoy CFC, ale nie rozegrał w lidze nawet meczu. Zaliczył za to dwa występy w holenderskiej reprezentacji. Nie będzie odkryciem stwierdzenie, że takie „Kreeki” i „Moensy” to proza tego rzemiosła – wybicie się zajęło Raioli chwilę czasu.
W jego „stajni” prócz Ibry i Balotellego (ręka w górę, kto zdziwiony, że obaj dżentelmeni mają tego samego reprezentanta?) są na dziś: wspomniany Grygera; grający w Espanyolu Brazylijczyk Felipe Mattioni; znani nam dobrze Mark van Bommel i Maxwell; kolejny młody gniewny w osobie gwiazdy Napoli Marka Hamšíka; wychowanek Ajaksu de Ridder; przyjaciel Ibry ze Szwecji Christian Wilhelmsson; Cris z Lyonu; a nawet Katalończyk z Espanyolu, Dídac Vilà* oraz trener Martín Jol (Fulham). Nie jest to jakieś ogromne stado, ale kariera Raioli nie jest już na etapie, gdzie „ilość” jest mu potrzebna do czegokolwiek; wielu agentów robi dokładnie na odwrót, co od razu przekłada się na „jakość” ich usług. Pozycja Raioli na rynku jest uznana i już dawno nie musi nikomu niczego udowadniać.
Coraz chętniej podpisuje za to kontrakty ze zdolną młodzieżą. Reprezentuje interesy uznawanego za jednego z najzdolniejszych holenderskich zawodników młodego pokolenia, Ouasima Bouy (wychowanek Ajaksu, Raiola załatwił mu przeprowadzkę do Primavery Juventusu), 19-latka Paula Pogby z Manchesteru United, marokańskiego pomocnika De Graafschap Doetinchem Oussamy Assaidi (23), liczącego 21 wiosen wychowanka Ajaksu i skrzydłowego Espanyolu Marvina Zeegelaara, 19-letniego napastnika Fulham Pajtima Kasami czy Rodrigo Ely oraz Lucasa Roggii, dwójki talentów z Primavery Milanu.
Wygląda na to, że świat tego nieprzeciętnego agenta jednak nie kończy się na Zlatanie, jak powszechnie się uważa. W jakiejkolwiek koronie, choćby i agenturalnej, najlepiej widoczne są perły. Najsłynniejsze z transakcji Raioli wiążą się z FC Barceloną.
* Pamiętacie sensacyjny podwójny transfer Espanyolu z zimy 2011, Vili do Milanu, a Víctora Ruiza do Napoli, za oszałamiające jak na duet nieopierzonych 21-letnich defensorów 12,5 miliona euro? Kolejny scenariusz napisany przez Raiolę. Dziś obaj obrońcy grają już z powrotem w Hiszpanii; Ruiza kupiła zeszłego lata Valencia CF za 8 mln euro, Vilà został z Rossonerich wypożyczony.
Komentarze (38)