Dziś José Mourinho to w Barcelonie wróg publiczny numer jeden, ale był czas, kiedy z całym zespołem Barcelony śpiewał na Bernabéu hymn Barçy.
28 czerwca 1997. FC Barcelona wygrywa po dogrywce Puchar Króla z Betisem Sewilla, a mecz odbywa się na Satntiago Bernabéu. Cała drużyna, wraz z 40 000 kibiców, świętowała na stadionie odwiecznego rywala zdobycie kolejnego trofeum. Ówczesny wiceprezydent klubu, Joan Gaspart, wkroczył do kabiny obsługującej nagłośnienie i w sobie tylko wiadomy sposób przekonał pracownika, by włączył hymn Barçy.
Wszyscy zgromadzeni na stadionie kibice byli mocno zaskoczeni tym faktem. Zwycięstwo Barcelony zostało okraszone dobrze znanymi przez wrogów słowami pewnej pieśni…
Drugim trenerem Barcelony był wtedy José Mourinho. Portugalczyk określany był mianem prawej ręki Bobby’ego Robsona. Po ostatnim gwizdku sędziego wszyscy – piłkarze oraz sztab techniczny – wybiegli na murawę, a w trakcie pamiątkowego zdjęcia z głośników popłynął hymn Barcelony. Kibice mieli okazję usłyszeć go czterokrotnie, co jeszcze bardziej zdenerwowało prezydenta Realu, Lorenzo Sanza.
Mourinho razem z innymi śpiewał „tot el camp és un clam”, chociaż przyznał, że jest jednocześnie „szczęśliwy i smutny”. Portugalczyk nie rozumiał, dlaczego musiał opuścić Camp Nou po zdobyciu Superpucharu Hiszpanii, Pucharu Zdobywców Pucharów oraz Pucharu Króla. Dodał jednak: „Nauczyłem się respektować decyzje moich przełożonych”. Następnego dnia, podczas fiesty w Palau de la Generalitat, powiedział, że on i Bobby Robson czują się „bardzo samotni”. Mourinho był rozgoryczony do tego stopnia, że nie chciał brać udziału w świętowaniu, ale namówił go do tego sam Robson. „Kiedy szatnia jest zjednoczona, wtedy następuje najlepszy moment na zmianę trenera”.
Robson odszedł co prawda ze stanowiska, ale Mourinho został przy boku Louisa van Gaala, razem z Gerardem van dem Lemem i Carlesem Rexachem.
Komentarze (49)