To było fascynujące. Piłka nożna w najczystszej postaci, szybka i nieustępliwa - porywająca do tego stopnia, że jeżeli ktoś oglądał ten sport pierwszy raz w życiu, zakocha się w nim na zawsze. Po takim spektaklu będzie pragnął więcej i więcej.
Dla osoby, która nie oglądała środowego spotkania na Camp Nou na pewno zaskoczeniem będzie, że przy tak wielu wspaniałych zawodnikach, prezentujących najwyższy poziom, to dwaj debiutanci w El Clásico oraz sędzia główny zostaną największymi bohaterami.
Raphael Varane, w wieku zaledwie 19 lat, rozegrał swój pierwszy mecz przeciwko Barcelonie - będąc po prostu rewelacyjnym i bezbłędnym zawodnikiem. Musimy skończyć ze zdanie: „To niezwykle utalentowany zawodnik, mający szanse zostać klasowym obrońcą". On po prostu już nim jest.
Należy również pogratulować José Mourinho za wybór do podstawowej jedenastki sprowadzonego na dniach Diego Lopeza, w miejsce Antonio Adána. Postawienie na byłego zawodnika Sevilli było swego rodzaju ryzykiem, ponieważ 31-letni golkiper nie miał wiele czasu na zapoznanie się z, i tak już osłabioną, obroną Realu Madryt. Jednocześnie, sadzając na ławce rezerwowych Antonio Adána, tuż po tym jak trzymiesięcznej kontuzji nabawił się Iker Casillas, istnieje zagrożenie, że po raz kolejny zostanie osłabiona pewność siebie i siła mentalna tego bramkarza. Pomijając to wszystko - Diego Lopez był po prostu wielki na Bernabéu przeciwko Barcelonie.
Oczywiście, były również inne czynniki, ale to głownie Diego Lopez, który dorastał w Madrycie, a Fabio Capello planował użyć go, jako solidnego zmiennika dla Ikera Casillasa, sprawił, że Barça nie wygrała meczu, który miała w zasięgu ręki.
Pora na sędziego. Wiem, że chwalenie ich pracy może być nudne, ale w tym przypadku muszę podjąć tę kwestię. Zdaję sobie sprawę również z tego, że Clos Gomez popełnił kilka błędów - Ricardo Carvalho powinien dostać drugą żółtą kartkę, w efekcie czerwoną za zatrzymanie piłki ręką przed polem karnym po pięknej akcji Leo Messiego. Jednocześnie, na karę zasłużył również Thiago Alcântara, który nieprzepisowo zatrzymywał w końcówce meczu Portugalczyka Ronaldo. Kibice Barcelony na pewno będą niezadowoleni za odgwizdanie spalonego w sytuacji, kiedy Messi miał szansę wyjść sam na sam z Diego Lopezem. Jednak to nie był błąd głównego arbitra, ale jego asystenta, który zupełnie niepotrzebnie podniósł chorągiewkę do góry.
Inni powiedzą po prostu, że sędzia był bezbłędny. Clos Gomez pozwolił na odpowiedni poziom agresji, przypominający niekiedy standardy ligi angielskiej; jego koncepcja przyznawania przywileju korzyści sprawiła, że spektakl, który oglądaliśmy, był jeszcze lepszy. Biłem brawo, kiedy arbiter pozwolił na walkę bark w bark Michaela Essiena z Leo Messim przy linii autowej, starcie całkowicie zgodne z przepisami, a jednak tak często odgwizdywane przez hiszpańskich sędziów. Sam Argentyńczyk nie narzekał, godząc się na taki poziom agresji, nie mając nic przeciwko niemu. Standardy były identyczne przez cały mecz, niezależnie kto z kim rywalizował o piłkę.
Oczywiście, nie należy nadmiernie chwalić pracy sędziego, ponieważ jego praca polega na tym, że ma znać przepisy i je stosować, ale to właśnie ich krytykujemy najbardziej, niedoceniając, kiedy trzeba. Tak więc, brawo panie Gomez!
Doceniam każdego z tej trójki, ale na szczególną uwagę zasługuje młody Francuz, który zadziwił cały świat.
Jeżeli coś było irytującego, a na pewno było dla Florentino Pereza, to zobaczyć Cesca Fàbregasa otwierającego wynik tego spotkania (strzelając swoją drugą bramkę na Bernabéu od powrotu z Arsenalu), ponieważ prezydent Królewskich wielokrotnie przekonywał pomocnika reprezentacji Hiszpanii, żeby ten opuścił Highbury, a później Emirates, na rzecz Realu Madryt, nie Barcelony. Jaki to musiał być ból, patrzyć jak Fàbregas wykorzystuje spryt Leo Messiego, posyłając piłkę obok bezradnego Diego Lopeza.
Podobne odczucia miał na pewno Manchester United. Angielski gigant, który pokonał w ostatniej kolejce ligi angielskiej Southampton po dwóch golach niezawodnego Wayne'a Rooneya, to najbliższy rywal Realu Madryt w Lidze Mistrzów. To drużyna kierowana przez Sir Alexa Fergusona, jako pierwsza obserwowała Raphaela Varane'a, będąc przekonanym, że młody obrońca wybierze Premier League, kiedy do walki włączyli się Królewscy.
Przez całe spotkanie grał tak, jakby to było jego sto pierwsze El Clásico, a nie pierwsze. Był równie stanowczy, jak nieobecny portugalski stoper Pepe. Nawet, kiedy miał do wykonania stosunkowo łatwą pracę na boisku, cały czas był niezwykle skupiony, pewny z piłką przy nodze, trzymający się założeń taktycznych, za co należą mu się chyba największe brawa.
To było niezwykłe, kiedy młody Francuz wracał pod swoją bramkę, ile tylko miał sił w nogach, na przekór wszystkiemu, wybijając na koniec piłkę po strzale Xaviego z samej linii, mając ułamek sekundy na reakcję. Jak na ironię, to właśnie rozgrywający Barçy powiedział w tym tygodniu w jednym z wywiadów, że drużynie brakuje precyzji w najważniejszych momentach. W tym przypadku należy jednak oddać hołd interwencji francuskiego obrońcy. W drugim przypadku Xavi miał już po prostu pecha, obijając poprzeczkę po strzale z rzutu wolnego.
„Varane zagrał rewelacyjnie" - powiedział w pomeczowym wywiadzie Gerard Piqué. „Szkoda, że tak utalentowany młody piłkarz gra dla innego klubu. To była wielka przyjemność grać w takim meczu, jak ten, będący niesamowitym widowiskiem" - kontynuował stoper Barcelony.
Od czasu do czasu Raphael Varane popisywał się wślizgami i odbiorem piłki, których nie powstydziłby się Paolo Maldini. A tak, prawie zapomniałem, on strzelił jeszcze gola! Miażdżący strzał z główki, po wygraniu pojedynku w powietrzu z Piqué. „To był mój najlepszy występ w koszulce Realu Madryt" - podsumował po spotkaniu sam zainteresowany.
Najbardziej rozbawiła mnie sytuacja, kiedy Jordi Alba, który czasami wygląda na najszybszego człowieka na tej planecie, mając minimalnie krótszą drogę do piłki od Raphaela Varane'a, zrezygnował z walki o nią, nie chcąc po raz kolejny wdawać się w wyczerpujący pojedynek z niezwykle silnym Francuzem.
Pomijając to wszystko, Barcelona była zdecydowanie lepszym zespołem tego wieczora. Oczywiście, Real Madryt miał swoje sytuacje, to nie podlega żadnej dyskusji. Ronaldo rzadko kiedy myli się tak, jak to zrobił na początku drugiej połowy, nie trafiając do siatki po strzale głową. Swoją zasługę w powstrzymywaniu portugalskiego gwiazdora mieli również Dani Alves i Gerard Piqué, który rozegrał kapitalne zawody.
Ale to kombinacja Xavi - Fàbregas - Iniesta - Messi - Alves i Alba dała Barcelonie upragnione prowadzenie. W późniejszej fazie wydawało się, że to obrońcy trofeum są bliżej kolejnej bramki, a nie Real Madryt wyrównującej. Diego Lopez wykonał jednak dwie znakomite interwencje - najpierw broniąc uderzenie Jordiego Alby, a następnie przenosząc błyskawicę Leo Messiego nad poprzeczką, przypominając latarnię morską na nogach, która odpycha każde zagrożenie, które jest na horyzoncie.
Co nie podlega żadnej dyskusji, co widać czarno na białym, to fakt, że na świecie istnieją tylko dwie drużyny potrafiące przez 90 minut prezentować tak wysoki poziom, nie ustępując choćby na moment, nie zwalniając tempa gry nawet na minutę. To po prostu Real Madryt i Barcelona.
Oddalając się na chwilę od tematu El Clásico, cała koncepcja pressingu stworzona przez Milan na początku lat 90., udoskonalona przez Marcello Lippiego, który stworzył słynne tridente, mając do dyspozycji takich walczaków, jak Vialli, Lombardo, Ravanelli czy Padovano - którykolwiek z nich grał, zakładała naciskanie na obronę rywali z całych sił, do granic wytrzymałości, co w 90 procentach przynosiło skutek w postaci naturalnego, bądź technicznego błędu któregoś z defensorów. Im szybciej musieli podejmować decyzje, im mniej mieli czasu na podanie do kolegi z drużyny, tym więcej było strat.
Przypomnę słynne wykrzykiwanie przez Jacka Charltona jednego zdania, które miało usprawiedliwiać (skuteczną) taktykę Irlandii, która zakładała zagrywanie tylko i wyłącznie długich piłek: Put 'em under press shah! („put them under pressure" - red.). Presja = stres; stres = błedy w obronie; błędy w obronie = możliwość tworzenia sytuacji podbramkowych. Proste. Niezwykle skuteczne.
A teraz po prostu podziwiajcie, jak obie strony, a przede wszystkim Barcelona (ale nie należy zapominać, że również Real próbował) konsekwentnie podejmował duże ryzyko próbując podań z pierwszej piłki będąc pod dużą presją ze strony przeciwnika, zagrywając do partnerów z drużyny będących cały czas pod kryciem, ale mających szansę na kontynuowanie ataku, grając niezwykle pewnie piłką, nie popełniając najmniejszego błędu, kiedy najprościej byłoby wybić futbolówkę jak najdalej.
Piłka poruszała się z niezwykłą szybkością i dokładnością, w najlepszym tego słowa znaczeniu - oglądaliśmy futbol totalny, jakiego normalnie nie widzimy nigdzie, poza boiskiem w szkole średniej.
Bez zbędnych spekulacji, bez cynicznych zagrywek, z bardzo małą nutką pragmatyzmu - dwie znakomicie usposobione drużyny, używające tylko i wyłącznie mądrości i techniki w celu osiągnięcia, jak największej przewagi - nie licząc na błąd rywala, ale polegając tylko i wyłącznie na sobie.
Jestem bardzo zadowolony, że ani Cristiano Ronaldo ani Cesc Fàbregas nie zostali ukarani żółtymi kartkami, które wykluczyłyby tych dwóch wspaniałych zawodników z rewanżowego meczu na Camp Nou, który już za niespełna miesiąc. Jestem bardzo zadowolony, że terapia Tito Vilanovy nie będzie spowolniona, bądź przerwana przez stres spowodowany słabymi wynikami jego drużyny.
Cieszę się, że gracze Realu Madryt kilka tygodni temu uwierzyli, że mogą, a przede wszystkim chcą, zamazać wszystkie nieporozumienia, jakie zostały stworzone przez trenera i nie tylko wokół drużyny, takimi, a nie innymi nieprzemyślanymi komentarzami. Mistrzowie, nawet jeżeli musieli sobie radzić bez utytułowanych Hiszpanów Ikera Casillasa i Sergio Ramosa, oraz Di Maríi, Coentrão i Pepe, wrócili. Zjednoczeni.
Kończąc ten długi felieton, opowiadający o pięknym widowisku, jakie stworzyły obie drużyny, trzeba również wspomnieć o przykrych incydentach, które miały miejsce na Bernabéu. Niektórych rzeczy po prostu nie należy ignorować, nawet kiedy w pierwszej kolejności mówimy o spektaklu i piłce nożnej.
Niektóre sektory na Santiago Bernabéu zasługują po prostu na to, żeby je aresztować, ukarać grzywną, bądź po prostu zamknąć w więzieniu. Rasistowskie okrzyki, naśladowanie odgłosów małp, kiedy przy piłce był Dani Alves jest karygodne, niesmaczne i zasługuje na najwięszkną z możliwych krytykę. To po prostu zbrodnia, nic innego.
Działo się to w momencie, kiedy z tych samych powodów, przy identycznym zachowaniu publiczności, przedwcześnie boisko opuścił Kevin Boateng, a za nim cała drużyna, kiedy zamykano stadiony w lidze holenderskiej. Tego samego, a nawet więcej trzeba oczekiwać w Hiszpanii. Społeczność związana z piłką nożną na Półwyspie Iberyjskim nie może, a na pewno nie powinna, akceptować takich rzeczy. O rasizmie należy rozmawiać w sposób otwarty i bezpośredni.
Tu nie chodzi o tracenie energii na krytykę Realu Madryt. Bo to zupełnie inna kwestia. Nie o to chodzi. To atak pod adresem ludzi, który wydają takie, a nie inne odgłosy. Jeżeli taka sytuacja miałaby miejsce również na innych boiskach, moja reakcja byłaby identyczna, niezależnie czy to Valencia, Saragossa, czy San Sebastian.
Piękno futbolu zostało przysłonięte przez pewną grupę kibiców. Oczywiście, takie spektakle zostaną zapamiętane, ale nie można zapominać o wymaganiu pewnych, choćby minimalnych wartości, bo to jest najważniejsze.
Komentarze (35)