Przy Canaletes mówią*. Wszyscy jesteśmy Barçą

Mateusz Bystrzycki

11 września 2013, 10:30

8 komentarzy

W wyjątkowym dla wszystkich Katalończyków dniu 11 września pierwszy z cyklu felietonów redaktora Mateusza Bystrzyckiego. Zapraszamy do lektury i dyskusji w sekcji komentarzy.

Tak jak to bywało od kilku lat, koniec sierpnia przyniósł widowiskowe burze, chmury zakrywały niebo, a gwałtowne porywy wiatru przeplatały się z krótkimi, niepewnymi okresami spokoju i słonecznej pogody. Kąpiel stała się niebezpieczna i nikogo nie ciągnęło na plażę: piasek był wilgotny, a sztormy wyrzucały na brzeg długie łańcuchy splątanych zielonkawych wodorostów, które gnijąc na słońcu, wydzielały nieprzyjemną woń. Morze było wzburzone, a wysokie fale z hukiem waliły o falochron; zdarzały się dni, kiedy cofająca się woda wzbudzała panikę wśród kąpiących się. Mimo wszystko, gdy tylko pozwalały na to nieustabilizowane warunki atmosferyczne, letnicy nadal całymi rodzinami trzymali się wakacyjnego rytuału".**

Dnia 11 września 1714 roku, podczas wojny o sukcesję, wojska Burbonów zagarnęły dla siebie tereny Katalonii. Filip V zainaugurował francusko-hiszpańską dynastię, dołączając do swojej korony Barcelonę. Dziś, 299 lat później, Katalończycy obchodzą La Festa Major, podczas której czczą Virgen de la Merce, patronkę Barcelony. Wtłoczenie w sztywne ramy kalendarium, historii stolicy Katalonii i jej piłkarskiej dumy zakrawa jednak na próbę umniejszenia czegoś, co zwyczajnie nie da się streścić banalnymi słowami. Dlatego też w najważniejszym dla Barcelony dniu chcę wyrazić swoje zdumienie towarzyszące obserwacji podziałów, jakie na przestrzeni lat trapią środowisko sympatyków „Dumy Katalonii".

W ostatnich tygodniach dały one o sobie znać wyraźniej. Gorące serca sympatyków Barcelony rozpaliły spory dotyczące zasadności pozyskania Neymara, konieczności lub jej braku drastycznego odświeżenia szatni po klęsce w starciu z Bayernem Monachium, w zasypywaniu różnic nie pomogła również zawierucha z udziałem emocjonalnego rollercoastera na linii Josep Guardiola-Tito Vilanova. Jakby tego było mało, „culés" otrzymali w polemicznym prezencie odgrzewany spór Sandro Rosella z Joanem Laportą, a także zawieruchy z udziałem Érica Abidala, Thiago Alcântary, Víctora Valdésa czy też Davida Villi. W danej chwili nie zamierzam opowiadać się po żadnej ze stron w dowolnie wybranym sporze. Z nieskrywaną niechęcią odrzucam personalia, argumenty bardziej lub (częściej) mniej merytoryczne, a zwłaszcza insynuacje i inwektywy, których niestety również nie brakowało. A to wszystko w jednej rodzinie, wewnątrz organizmu, którego serce bije zgodnie ze wskazówkami zegara połyskującego nad Camp Nou. Aż dziw bierze, że tak zaciekłe waśnie wstrząsały w ostatnim czasie środowiskiem teoretycznie zjednoczonym pod banderą tego samego klubu. Odnoszę nieodparte wrażenie, że w rozszalałym pędzie sporów o to „kto", „co", „jak" i „dlaczego", zagubiono właściwą dla FC Barcelony empatię, przypominającą o tym, co legło u podstaw powstania Blaugrany, a także jej niepowtarzalną w skali światowej tożsamość. W dniu narodowego święta Katalonii należy na sztandarach wypisać apel o szacunek dla historii Barcelony i pamięć o jej przeszłych dokonaniach odniesionych nie tylko na polu sportowym. Barça to coś znacznie więcej aniżeli bieżący, nierzadko mało wybredny spór, o Rosella, Guardiolę czy Abidala.

17 stycznia 1968 roku Narcis de Carreras został wybrany na prezydenta Barcelony. W pewnej chwili rzekł: „Barcelona to coś więcej niż klub. Barcelona to więcej niż miejsce, gdzie idziesz obejrzeć spotkanie, więcej niż każda z tych spraw. To duch zakorzeniony w każdym z nas, barwy, które kochamy ponad wszystko". I tak po dziś dzień głosimy, że Blaugrana to symbol niegroźnego nacjonalizmu, jednocześnie wspólna myśl wyrażania niepowtarzalnego pomysłu na życie, który to pomysł zakłada spoglądanie w bogatą przeszłość kulturowo-społeczną. Projekt i działalność Barcelony sprawiły, że jest ona postrzegana ponad sportowe porywy i niepowodzenia. To, co stanowi podstawę urzekającej tożsamości Blaugrany, to m.in. wzajemny szacunek i zaufanie, atmosfera pracy przypominająca familijną posiadówkę. Przyjacielskim mianem obdarzono tu niemal każdego, kto choćby szczątkowo przysłużył się rozwojowi klubu. Zaryzykuję twierdzeniem, że niemal wszystko, co dobre w obecnej Barcelonie - jest wypadkową historii, która jak nigdzie indziej, także ze względów geopolitycznych, stanowi silne tło działań klubu. Katalońska tożsamość Barçy jest najważniejsza, bo stanowi powód do dumy i niezaprzeczalny kapitał moralny. W trudnych czasach, kiedy upadały największe postumenty, „Blaugrana" przetrwała właśnie dzięki wierności swojej tożsamości. Dowodów ku temu historia dostarcza aż nadto. W końcu los nigdy nie oszczędzał klubu zrodzonego w zatęchłym pomieszczeniu barcelońskiej sali do gimnastyki.

Dajmy na to: taki Estadi Catala. Powstał w wyniku zgłoszenia przez Barcelonę kandydatury do organizacji igrzysk olimpijskich w 1924 roku. 25 grudnia 1921 roku Blaugrana rozegrała na tym obiekcie mecz ze Spartą Praga, który oficjalnie inaugurował działalność nowego obiektu. Estadi Catala mieścił tylko 30 tysięcy widzów, choć chętnych było znacznie więcej.

- Zawsze uważałem, że wizyta Sparty była decydująca dla katalońskiego futbolu. Od tamtej chwili liczba naszych fanów rosła - powiedział po meczu zachwycony Josep Samitier. Od początku XX wieku Barcelona prezentowała zdobyte trofea na słynnym placu Sant Jaume, gdzie obecnie mieści się Urząd Miasta. Z balkonów dawnego parlamentu Katalonii piłkarze i trenerzy Barçy chwalili się zdobytymi pucharami. W 1922 roku, kiedy w Vigo „Duma Katalonii" pokonała w finale Pucharu Króla Real Union Irun, doszło do zamieszek, które nie ominęły również samych zawodników. Kiedy nie bez przeszkód drużyna dotarła wreszcie do Barcelony, przy Passeig de Gracia zebrał się ponad dwudziestotysięczny tłum kibiców chcących eskortować swoich bohaterów. Sześć lat później, w tym samym miejscu, wybrzmiały słynne słowa Samitiera: „Przed wyjazdem obiecaliśmy wam, że wygramy. A więc dziś przynosimy wam to trofeum". W 1992 roku, po zdobyciu przez Barçę pierwszego w historii Pucharu Europy, subtelnej parafrazy słów przewodniczącego katalońskiego parlamentu, Josepa Tarradellasa, dopuścił się Pep Guardiola, który powiedział: „Mieszkańcy Katalonii, już go tutaj mamy". W tym miejscu wielokrotnie wybrzmiewało także fundamentalne dla barcelonismo hasło: „Visca el Barca! Visca Catalunya". Autorem zawołania jest Joan Gamper, który wypowiadał te słowa w chwili zejścia z murawy po meczu.

W lipcu 1936 roku na terenach Hiszpanii wybuchła wojna domowa. Duchowni, którzy nie chcieli sprzyjać wojskowemu reżimowi, byli poddawani brutalnym represjom. Wśród miejsc służących ukryciu niepokornych księży wyróżniały się szatnie dawnego stadionu Barcelony, Les Corts. Przez długie lata ponurego ucisku stadion Blaugrany był jedynym miejscem, gdzie otwarcie mówiło się o separatystycznych dążeniach regionu czy chęci wskrzeszenia republikańskich władz. Używano również języka katalońskiego, który wszędzie indziej był zwalczany z całą stanowczością. To tam odbywały się spotkania konspiratorów oraz koncerty katalońskich artystów, a poszkodowanym udzielano pomocy medycznej. Miasto cierpiało również z powodu licznych bombardowań. Do najbardziej krwawych zdarzeń doszło na początku 1938 roku, kiedy na dystansie trzech dni barcelończycy przeżyli dwanaście nalotów powietrznych armii Benito Mussoliniego. Zginęło 979 osób, ucierpiały głównie dzielnice Eixample i Ciutat Vella. Jednym z miejsc szczególnie dotkniętych bombardowaniem była siedziba FC Barcelony. Najbardziej zdewastowaną częścią budynku były biura klubu, gdzie znajdowały się dokumenty oraz liczne odznaczenia. Zniszczeniu uległo ponad 350 trofeów Barçy. Josep Cubells, pełniący wówczas funkcję dozorcy, starał się pozbierać resztki poczerniałych od ognia pucharów, które zachowano aż do 1962 roku. W owym czasie klub borykał się z problemami finansowymi związanymi z budową Camp Nou, dlatego też zdecydowano się na sprzedaż ocalałych resztek handlarzowi złomem. Rok później Carles Bernils, jeden z członków zarządu klubu, zaordynował odnalezienie klubowych odznaczeń i stopienie ich w trofeum nazwane „Pucharem Wszystkich".

Hiszpańscy historycy uznają, że łączna liczba ofiar nacjonalistycznego terroru wyniosła od 140 do 200 tys. osób. Byli wśród nich piłkarze, działacze, trenerzy i kibice Barçy, którzy otwarcie deklarowali swoje przywiązanie do katalońskich wartości. Po zakończeniu wojny domowej frankistowskie władze umieściły w zarządzie Barçy swoich przedstawicieli, którzy mieli kontrolować działalność klubu.

W czerwcu 1950 roku rozpoczęła się historia Camp Nou, które chwilę później stało się świadkiem wzruszających wydarzeń. W tym miejscu pamięta się o nich w całej rozciągłości, pożółkłe karty dziejów klubu traktując bardziej jako źródło dumy oraz receptury sukcesu, aniżeli powód do kpin opartych na założeniu, że „tu i teraz" jest lepsze od tego, co było. Jednym z wydarzeń celebry inauguracji nowego obiektu była msza święta odprawiona przed reprodukcją posągu Madonny z Montserrat. Po pobłogosławieniu figury przez arcybiskupa Gregorio Modre Casausa odbył się uroczysty przemarsz wokół murawy stadionu, po czym posąg umieszczono w komórce nieopodal szatni gości. W 1958 roku członkowie Penyi Solera, którzy obnosili Madonnę po stadionowych zakątkach, uczestniczyli w wypadku samochodowym. Leżąc w szpitalu obiecali, że jeśli uda im się wrócić do zdrowia, wówczas złożą hołd Madonnie z Montserrat. Z racji tego, że odzyskali pełną sprawność odszukali wśród klubowych szpargałów figurę i poprosili władze „Barçy", aby w miejscu, gdzie spoczywała, utworzyć kaplicę. Ówczesny prezydent klubu, Francesc Miró-Sans, przystał na propozycję ocalałych z wypadku culés.

Czuję zbyt rozpalony sentyment do Barcelony, aby uwierzyć, że ten sezon, poprzedzony niejedną zawieruchą, przepełniony będzie gorzkimi rozczarowaniami. Nie dam sobie wmówić, że to już koniec, że coś, co wydawało się nieśmiertelną wartością ponad wszystkie inne, nagle wyparowało, pozostawiając po sobie nieprzyjemną woń ustępujących mistrzów. Cykle trwają i znikają, upadają najwięksi, w pewnej chwili poczerniała, lepka dłoń porażki dopadnie również skraj bordowo-granatowej koszulki. Ale żaden sportowy przewrót nie sprawi, że Barcelona nagle zniknie. Być może za chwilę potwierdzi się, że Leo Messi ingeruje w skład drużyny albo i faktycznie nie przebiera w słowach w gorących dyskusjach z rywalami. Przypuszczalnie światło dzienne wywlecze też, że szpiegowska kontrola klubu obejmowała nie tylko Gerarda Piqué, wskutek czego Víctor Valdés nie będzie jedynym, który zapowie ucieczkę z dzielnicy Les Corts. Ba, na trybunach wybuchną race, a dziennikarze opiszą postępujące problemy z kontraktami „canteranos" z La Masíi czy niejasne interesy Sandro Rosella. Ale już nic nie odbierze Barcelonie jej „katalońskości", etosu klubu ponad inne, wartości związanych z wyjątkową tożsamością. Jeśli „Blaugrana" z hukiem upadnie na bruk La Rambla, prędko zrodzi się na nowo, aby raz jeszcze przypomnieć o swoim istnieniu. Barça musi wygrywać, to jej historyczna przynależność, trudno wręcz wyobrazić sobie doświadczenie trwałego sportowego niepowodzenia, ale przecież Barcelona niemal od zawsze uczyła nas, że nie matematyka i rubryki są najważniejsze. Nie waśnie, spory czy połajanki, a już na pewno nie kłamstwa, oskarżenia i wzajemne insynuacje oparte o nieprzesadnie klarowne rozgrywki personalne. Barça to tożsamość, wartości i ludzie, którzy ryzykowali lub nawet oddawali życie za Katalonię i jej piłkarską dumę. Wszyscy jesteśmy Barceloną i jej historią.

Oni, my i dopiero później cały świat. A potem już nic.

Mateusz Bystrzycki***

---

* W poniedziałek 7 października 1929 roku w Barcelonie ukazał się pierwszy numer tygodnika sportowego „La nau dels esports". Jego wydawcą i właścicielem był Josep Suñol, deputowany z ramienia Republikańskiej Lewicy Katalonii, soci i prezydent Barcelony. Jedną z wyróżniających się rubryk była „Przy Canaletes mówią... ", która przetrwała późniejszą zmianę tytułu periodyku na „La Rambla". W dniu 6 sierpnia 1936 roku Suñol, od ponad roku prezydent klubu, został zatrzymany, a następnie rozstrzelany przez frankistowskie władze... Tytuł cyklu to skromny hołd autora wobec Postaci będącej symbolem Klubu w najtrudniejszych dla niego czasach.

** Eduardo Mendoza, „Lekka komedia".

*** Mateusz Bystrzycki - od 12 lat wykonuje zawód dziennikarza sportowego. W 2009 roku trafił do stacji Sportklub Polska, gdzie pracuje do dziś. Na przestrzeni ostatnich lat skomentował blisko 400 meczów z udziałem najlepszych drużyn świata.

Od redakcji: Wśród najpopularniejszych redaktorów i sprawozdawców piłkarskich w Polsce nie brakuje sympatyków i zdeklarowanych fanów klubu ze stolicy Katalonii. Wychodząc naprzeciw prośbom i oczekiwaniom wielu z Was, na łamach FCBarca.com będziemy publikować ich autorskie opinie.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (8)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze