Przedstawiamy fragment najnowszej książki publisyty The Guardian, Sida Lowe - Fear and Loathing in La Liga.
„Przy drugim albo trzecim rzucie rożnym podszedłem do Luisa Figo i powiedziałem: „Zapomnij o tym, chłopie. Rób swoje". Míchel Salgado zaczyna się śmiać. Były prawy obrońca Realu Madryt nie mógłby zapomnieć tej nocy na Camp Nou, nikt nie byłby w stanie jej zapomnieć. 24 listopada 2002 roku, prawdopodobnie najbardziej skrajny obraz rywalizacji między Barçą a Realem. „Zwykle dawałem Luisowi możliwość krótkiego rozegrania rzutu rożnego, ustawiałem się blisko niego, obok linii, ale nie tym razem" - tłumaczy Salgado. - „Z trybun sypały się pociski: monety, nóż, szklana butelka po whiskey. To chyba był Johnny Walker. Albo J&B. Lepiej trzymać się z daleka. Krótkie rozegranie rożnego? O nie, dziękuję!"
„I wtedy" - wspomina Salgado, - „zobaczyłem to".
Leżało tam, na murawie Camp Nou: cochinillo, odcięta głowa prosiaka rzucona z trybun w stronę Figo. „Później śmialiśmy się z tego w szatni" - wspomina Salgado. - „Świńska głowa! Jak, do cholery, ktoś wniósł na stadion świński łeb? Co się musiało dziać w jego głowie. To prawdopodobnie najdziwniejsza rzecz, jaką w życiu widziałem, ale to było Clásico. Pamiętam, że powiedziałem Davidowi Beckhamowi: „Nigdy czegoś takiego nie widziałeś". I nie widział. To kwestia wrogości, zajadłości, polityki, terytorialności. O wiele, wiele więcej niż mecz piłkarski". Zwłaszcza, gdy bierze w nim udział Figo.
Po meczu dyrektor Barcelony, Gabriel Masfurrol, oskarżył madryckie media o spreparowanie całego wydarzenia dzięki pomocy w sprytnym przemyceniu świńskiego łba w torbie na kamerę. Tymczasem José Maria Minguella, doradca prezydenta, oświadczył: „W Katalonii nie jadamy cochinillo". Marca i AS zareagowały od razu publikując zdjęcia i wypowiedzi zakulisowe. Fotograf ASa był „zniesmaczony", z kolei Marca uznała, że to wszystko jest „wyjątkowo śmieszne" i tydzień później opublikowała wywiad z Królem Cochinillo, szefem kuchni z Segovii, który opisał całe wydarzenie jako „zniewagę w stosunku do... świni".
Był to trzeci sezon Figo w Madrycie, odkąd opuścił on Barcelonę i żadnych oznak tego by nienawiść i ból zleżały. Kiedy po raz pierwszy powrócił na Camp Nou hałas był ogłuszający. Banery wisiały dookoła całego stadionu. Zdrajca. Judasz. Szumowina. Najemnik. Figo wszedł na murawę i sięgnął rękami do uszu, zakrywając je. Było głośno. Wydrukowano tysiąc sztuk fałszywych banknotów o nominale 10 000 peset ozdobionych jego wizerunkiem.
„Musiałem być jednym z niewielu sportowców, którzy wystąpili przed 120 000 ludzi zwróconymi przeciwko mnie, i skupionymi na mojej osobie, nie na drużynie" - powiedział Figo, gdy przeprowadzałem z nim rozmowę dla FourFourTwo. W sposobie, w jaki mówił można było dostrzec pewną zadumę, także smutek. Za każdym razem gdy otrzymywał piłkę hałas się wzmagał a z trybun leciały obelgi i rozmaite przedmioty.
Pomarańcze, kanapki opakowane w folię aluminiową, butelki, zapalniczki, nawet kilka telefonów komórkowych. Figo był podły, Barcelona zwycięska, mecz zakończony wynikiem 2:0. „Atmosfera miała wpływ na nas wszystkich" - zapewniał prezydent Realu Madryt, Florentino Pérez. „Ta noc, kiedy Figo wrócił po raz pierwszy była niewiarygodna" - wspomina Ivan Campo. - „Nigdy nie słyszałem niczego podobnego. Luis na to nie zasłużył. W Barcelonie dawał z siebie wszystko. Atmosferę podgrzewano już wcześniej: „zdrajca nadchodzi", mówiły media. A nie: „Luis Figo nadchodzi, jeden z największych pośród was". Ta noc go skrzywdziła, można to było zobaczyć. Stał ze spuszczoną głową i myślał: „Jasna cholera, a jeszcze niedawno grałem tutaj...". Podziwiałem go wtedy. Masz jaja, człowieku - myślałem".
W swoim pierwszym sezonie w barwach Realu Figo nie wykonywał rożnych na Camp Nou, zaś w drugim nie brał udziału w meczu na tym stadionie z powodu kontuzji, co mogło się wydawać nadzwyczaj wygodne, jednak nawet jego nieobecność nie zapobiegła rzucaniu przedmiotami z trybun, wśród których nie zabrakło nawet koguciej głowy. Zaś w trzecim sezonie już na niego czekano. Za każdym razem, gdy znalazł się w zasięgu leciały puszki po piwie, zapalniczki, butelki, nawet piłki golfowe. „Martwiłem się, że jakiś szaleniec może stracić głowę" - mówił Figo. Szaleniec ją stracił. Świnia także.
W połowie drugiej odsłony meczu Madryt wywalczył korner. Figo zajęło dwie minuty by w deszczu latających obiektów wykonać stały fragment gry, a wtedy - piłka niemal wpadła do bramki. Sytuację uratował bramkarz, Roberto Bonano, który odbił piłkę za bramkę. Kolejny rożny, tym razem po przeciwnej stronie boiska. Po drodze Figo przygotowując się do wykonania rzutu rożnego zebrał przeznaczone dla niego pociski, odgarnął je z fragmentu murawy, na którym chciał ułożyć piłkę i w pewnej chwili podniósł butelkę coli, pokazując ironicznie wyciągnięty kciuk i uśmiechając się. Za każdym razem, gdy podbiegał do piłki coś innego lądowało na murawie. Ten rytuał powtarzał się w nieskończoność - zatrzymać się, podnieść przedmiot z murawy, ponownie spróbować wykonać korner. Trwało to dopóki arbiter, Luis Medina Cantalejo, nie przerwał gry.
Trwało to 16 minut i podczas całego tego zamieszania ktoś zauważył świński łeb. „Nie widziałem go. Gdybym go widział zjadłbym kawałek: jako aperitif!" - żartuje Figo. - „Nigdy nie zrozumiem tego, że ktoś mógł wejść na stadion z cochinillo. Albo z butelką whiskey. To nie jest sport; rozumiem rywalizację, ale to wykracza poza jej ramy. Grałem w spotkaniach Juve i Interu, Interu i Milanu, i świat się nie kończył".
„Figo prowokował kibiców" - stwierdził trener Barcelony, Louis van Gaal. - „Obchodził róg boiska powoli, powoli podnosił butelkę a potem wracał powoli... wszystko to było świadome i celowe, a arbiter nie interweniował". Prezydent Barcelony, Joan Gaspart, dodał: „Nie próbuję usprawiedliwić tych wydarzeń, ale prowokacje Figo były nie na miejscu i zupełnie niepotrzebne. Nie mogę zaakceptować ludzi przychodzących do mojego domu po to, by prowokować".
Prowokować? Wykonując rzuty rożne? Emocjonalna reakcja Gasparta pokazała jak bardzo był dotknięty i jak dotknięty jest w dalszym ciągu: niewielu cierpiało tak jak on. Odejście Portugalczyka było końcem Gasparta, który ponad dekadę później nadal twierdzi: „Figo przeszedł całą szerokość boiska za bramką. Kiedy jakikolwiek gracz robił coś takiego? A oni nie próbowali go trafić. Gdyby chcieli, po prostu by go trafili".
Figo stał się nowym centrum barcelońsko-madryckiej rywalizacji, jej ucieleśnieniem, czarnym charakterem dla Barcelonistów. Jego przejście do Madrytu odbiło się wielkim echem, ponieważ sam Figo był wielki. Zdobywca Złotej Piłki w listopadzie 2000 roku, być może jego transfer do Madrytu i występy, które zdążył zaliczyć w jego barwach zebrały dla niego jakieś dodatkowe głosy, jednak nagroda była przede wszystkim za to, co pokazał w Barcelonie; to tam stał się najlepszy na świecie.
Barcelona straciła wspaniałego gracza, jednak nie chodziło tylko o to, że Figo był najlepszy, najgorsze było, że był godny zaufania, był niezawodny. Sławne zdjęcie ukazuje go ubranego w strój meczowy Barcelony, pozującego w Palau de la Música Catalana [cat. Pałac Muzyki Katalońskiej - przyp. Eoren]. Po mieście oprowadzał go Pep Guardiola, swój ostatni sukces w Barcelonie Figo świętował malując sobie włosy na bordowo i granatowo i śpiewając: „Białe dzieci płaczą, pozdrawiają mistrza!". Kibice też śpiewali: „Nie przestawaj, Figo, Figo, nie przestawaj". A on nie przestawał. Jeden z graczy wyznał: „Nasz plan był prosty: podać piłkę do Luisa. On zawsze był na posterunku".
Gdy grał w Barcelonie katalońska gazeta Sport opublikowała jego biografię. Jej tytuł brzmiał „Urodzony by zwyciężać". Guardiola napisał do niego prolog, który brzmiał niemal jak list miłosny. Guardiola rozpoczął go od opisu lotu do Pragi, na mecz Ligi Mistrzów. Figo był wtedy zawieszony, „został tam, w swoim przybranym mieście, ten, którego tak bardzo kochamy". „Wiemy, że zawsze będziesz z nami" - pisał Pep porównując Figo do Diego Maradony.
Biografia została opublikowana w kwietniu 2000 roku. Trzy miesiące później Figo dołączył do Realu Madryt. Jeden z byłych graczy Barcelony piętnuje skargi kibiców, którzy, jak mówi, nigdy nie zobaczą futbolu w taki sposób, jak piłkarze. „Oczywiście, że Figo odszedł: za takie pieniądze każdy by odszedł". Jednak Michael Laudrup, który przebył tę samą drogę sześć lat wcześniej, szybko rozróżnia te dwa przypadki, jako jeden z kolegów Figo z Camp Nou zdecydowanie twierdzi, że transfer Figo to co innego. „Kłamstwo" - mówi, - „rani bardziej niż sam fakt".
W Figo nadal jest niepokój, nawet teraz. To coś, co pozostaje poza jego kontrolą. Dlaczego opuściłeś Barcelonę i dołączyłeś do Realu Madryt? Siedzi na kanapie w północno-wschodnim Madrycie i myśli. „Czułem, że zarząd nie doceniał mnie tak, jak na to zasłużyłem" - mówi. - „Powiedziałem im to, byłem uczciwy w tej kwestii, ale oni się tym nie przejęli. Myśleli, że blefuję. I wtedy wszystko zaczęło przybierać kierunek, który oni sprowokowali. To nie było komfortowe, ponieważ istniały wątpliwości i trudne momenty. Może nie było to bardzo, bardzo, bardzo klarowne, ponieważ nie zależało jedynie ode mnie".
Naprawdę chciałeś pójść do Madrytu?
Figo nie odpowiada „tak"; mówi za to: „Najpierw był calentón, później wszystko stało się rzeczywistością". Calentón to moment gdy emocje biorą górę, to iskra gniewu.
„Ale ostatecznie to była właściwa decyzja" - kontynuuje. - „Wracam do Barcelony i nie ma żadnego problemu. Nie mam nic przeciwko Barcelonie i barcelonismo".
Real Madryt był pogrążony w wyborach prezydenckich, zwołanych przez urzędujacego Lorenzo Sanza. Jego konkurentem był Florentino Pérez, jeden z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w Hiszpanii. Jednak niewielu dawało mu szanse na zwycięstwo: Sanz, mimo wszystko, miał na swoim koncie dwa Puchary Europy zdobyte po trzydziestu dwóch latach oczekiwania.
Jednak Pérez miał swojego asa w rękawie. Wiadomość wybuchała 6. lipca, gdy Sanz był na ślubie swojej córki, Maluli, z Míchelem Salgado.
Pérez osiągnął porozumienie, na mocy którego miał ściągnąć Figo do Realu, o ile wygra wybory. W Hiszpanii każdy gracz miał klauzulę odstępnego - oficjalną cenę, za którą klub jest zobligowany do jego sprzedaży. Pieniądze stanowią ligowy depozyt, zaś klub, który „sprzedaje" nie może zrobić nic żeby zapobiec odejściu zawodnika. Wysokość klauzul powinna być zaporowa - aktualna klauzula Leo Messiego wynosi 250 mln euro, Cristiano Ronaldo - miliard euro. Zwykle są też symboliczne i jeśli kluby osiągną porozumienie w kwestii transferu ich wypłata nie ma miejsca. Jednak podczas gdy Barcelona nigdy nie zgodziłaby się na sprzedaż Figo Madrytowi, Pérez dostrzegł inne wyjście: negocjacje w związku z przedłużeniem jego kontraktu z Barceloną utknęły w martwym punkcie, zaś jego klauzula, ustalona w poprzedniej umowie, wynosiła około 38 mln funtów. To oznaczało nowy rekord świata, jednak było do zrobienia.
Pérez zaoferował Figo gwarantowanych 400 mln peset (1,6 mln funtów) jedynie za podpisanie porozumienia prawnie zobowiązującego go do przejścia do Realu Madryt, w przypadku gdy, co wydawało się podówczas niemożliwe, Pérez wygra wybory. Gdyby Figo zerwał umowę musiałby zapłacić Pérezowi 5 mld peset rekompensaty. Jeśli Pérez przegra, Figo zatrzyma forsę i zostanie w Barcelonie. Dla agenta Figo, José Veigi, oraz Paulo Futre, byłego gracza Atlético Madryt, który pełnił rolę pośrednika, wyglądało to jak pieniądze za nic. Jednocześnie mogło pomóc w negocjacji kontraktu z Barceloną. Nie jest jasne czy Figo w jednoznaczny sposób pozwolił Veidze na podpisanie umowy z Pérezem. Przeczytajmy jeszcze raz jego słowa: „to nie zależało wyłącznie ode mnie".
Gdy Veiga potwierdził umowę wybuchła bomba o sile nuklearnej. Figo wyparł się wszystkiego oświadczając: „Zostanę w Barcelonie niezależnie od tego czy Pérez wygra wybory, czy przegra". Oskarżył kandydata na prezydenta o „kłamstwo" i „fantazjowanie".
Powiedział Luisowi Enrique i Guardioli, że nigdzie się nie wybiera. Oni przekazali uspokajającą wiadomość reszcie drużyny: wyluzujcie, Luis zostaje. Być może miał nadzieję, że tak się stanie: Futre zapewniał, że Figo był na niego wściekły, zaś sposób, w jaki sam Luis udzielał wypowiedzi medialnych mógł wskazywać na próbę storpedowania szans Péreza na zwycięstwo. 9. lipca Sport przeprowadził wywiad, w którym Figo powiedział: „Chciałbym uspokoić kibiców Barcelony, których zawsze obdarzałem i będę obdarzał wielkim uczuciem. Chcę zapewnić ich, że Luis Figo, z absolutną pewnością, zostanie w przyszłym sezonie na Camp Nou". Dodał też kategorycznie: „Nie podpisałem wstępnej umowy z kandydatem na prezydenta Realu Madryt".
Sanz był zachwycony, żartował: „Może następnym razem Florentino ogłosi, że zakontraktował Claudię Schiffer". Jednak 16. lipca Pérez, został mianowany nowym prezydentem Realu.
Barcelona także borykała się z wyborami, były wiceprezydent Joan Gaspart został ogłoszony zwycięzcą tydzień poźniej. Jego pierwszym zadaniem było poradzenie sobie z kryzysem. Gaspart zapewnia, że Figo błagał go by zrobił coś żeby zablokować jego transfer do Madrytu: skrzydłowy nie chciał odchodzić, jednak klauzula była nieubłagana. Veiga został wmanewrowany i przyparty do ściany, naciskał na to by Figo odszedł, podobno posunął się nawet do łez. Gaspart przyznał, że Figo powiedział mu, że jego agent był bliski samobójstwa ze zmartwienia.
Jedynym wyjściem jakie miała Barcelona by uratować Figo przed Madrytem była wypłata rekompensaty 5 mld peset, niemal 19 mln funtów. To by oznaczało zapłacenie piątej najwyższej kwoty transferowej w historii za swojego własnego gracza. Pieniądze to jedna kwestia, jednak, według Gasparta, istniał także inny problem: „Żeby przekonać socios, że umowa z Figo była prawdziwa Florentino obiecał im darmowy wstęp na stadion przez rok, jeśli Figo nie podpisze kontraktu z Realem. W jaki sposób? Finansując to z rekompensaty, którą musielibyśmy wypłacić w imieniu Figo. Nie mogłem tego zrobić. Jestem nowym prezydentem Barcelony i mam płacić kibicom Realu Madryt żeby w każdy weekend mogli oglądać swoją drużynę? Umarłbym... umarł!" Nie było wyjścia. Ostatnia rozmowa między Gaspartem a Figo niczego nie rozwiązała, prezydent Barcelony zwołał konferencję i powiedział: „Dziś Figo dał mi odczuć, że chce dwóch rzeczy: bogacić się i zostać w Barcelonie".
Faktem stała się tylko jedna z nich. Następnego dnia, 24. lipca, Figo został zaprezentowany w Madrycie, jego nową koszulkę trzymał Alfredo Di Stéfano. Nowa klauzula odejścia Figo wyniosła 30 mld peset. „Mam nadzieję, że będę tu tak szczęśliwy, jak byłem w Barcelonie" - powiedział, uśmiechając się blado. „Figo urodził się, by grać dla Madrytu" - oznajmił później Pérez. Gaspart oświadczył: „Nie zapomnę tego. Ktokolwiek jest odpowiedzialny - zapłaci za to".
Komentarze (159)