Przy Canaletes mówią. Wszystkiego najlepszego, Pep

Mateusz Bystrzycki

17 stycznia 2014, 21:00

50 komentarzy

Jak opowiedzieć historię opowiedzianą już na tak wiele różnych sposobów? Co napisać, żeby nie powtórzyć tego, co zostało już napisane? W takiej sytuacji łatwo o banał, tandetny patos, coś zupełnie nieprzystającego do bohatera poniższego wspomnienia...

Oswald Spengler, niemiecki filozof kultury i historii, powiedział kiedyś: „Człowiek, który coś znaczy, żyje w taki sposób, że jego życie jest poświęceniem dla idei". Pep Guardiola, symbol złotych pokoleń La Masíi, jest doskonałym uosobieniem powyższych słów.

Od początku dawał przykład. Ojciec Valentí, z zawodu murarz, chciał mu przekazać rodzinny interes. Kiedy kilka lat później zobaczył, jak Pep i Joan Pello kopią piłkę, stracił resztki nadziei. „Guardi", jak wołano niegdyś na smukłego bruneta, nie mógł zostać murarzem, ponieważ każdą wolną chwilę poświęcał na grę w futbol. Kiedy zbliżało się Święto Trzech Króli, zawsze na prezent prosił o nową piłkę. W chwilach samotności odbijał ją o obdrapane ściany budynków w rodzinnym Santpedor.

W okresie dzieciństwa najbliżej Guardioli był jednak Ferran Vall, obrońca Club Gimnàstic Manresa, gdzie obaj wspólnie trenowali. Pewnego dnia „Guardi" zapytał przyjaciela, czy jego wujek pożyczy im swój karnet, aby mogli wybrać się na mecz FC Barcelony. Pep od zawsze kibicował Barçy. W Cal Xen, jak nazywano dom Pepa, niemal na każdym kroku manifestowano przywiązanie do „Blaugrany". Przed wejściem do domu wisiały flagi Katalonii i Barçy. Wcześniej na Camp Nou Guardiola był tylko raz, kiedy ojciec zabrał go na mecz o trofeum Joana Gampera. Wspomnienia były ciągle żywe, ale chłopiec uznał, że okazja obejrzenia meczu ligowego to jednak coś innego. W 1981 roku wraz z Ferranem obejrzeli ligowe starcie „Blaugrany" z Osasuną Pampeluna. Siedział w siódmym rzędzie, z boku trybuny północnej. Młody Josep był zachwycony. Imponował mu klimat Les Corts, a także wyczyny legendarnych piłkarzy. Urzekły go również poszarzałe mury Camp Nou, które symbolizowały siłę klubu. W pewnej chwili poczuł, jak jego serce bije w rytm dopingu katalońskiej publiczności. Wzruszony powiedział Ferranowi: „Nawet nie wiesz, ile bym dał, aby tu kiedyś zagrać".

28 czerwca 1984 roku jego marzenie zaczęło się spełniać. Trzynastoletni Pep po raz pierwszy przestąpił mury słynnej La Masíi. Kiedy chłopiec rozpakował wszystkie torby, matka Dolores zalała się rzewnymi łzami. Po latach wspominała, że czuła się jakby odebrano jej dziecko. W pewnej chwili Pep wypalił: „Mamo, za każdym razem, kiedy będę się budził i wyglądał przez okno, zobaczę Camp Nou".

Od tej chwili, z dnia na dzień, stawał się lepszym piłkarzem. Był inny, nie tylko na boisku, ale również poza nim. Wygrywał konkursy recytatorskie, na łamach „Sportu" wydał w odcinkach autobiografię zatytułowaną „Mój futbol, moi bliscy". Kiedy koledzy z zespołu bawili się w modnych barcelońskich dyskotekach, on widywany był w Liceu, znanym teatrze operowym. Sympatyzował z twierdzeniami Seneki, podjął nawet próby studiowania filozofii, ale wówczas był już kluczowym piłkarzem „Dream Teamu" Johana Cruijffa. Zawarł bliską znajomość z katalońskim bardem Lluísem Llachem oraz nieżyjącym już poetą, Miquelem Martí i Polem. Guardiola podjął nawet próby stworzenia własnych poematów. Efekt tych starań poznał jednak tylko Martí i Pol. Kiedy Pep występował w Al Ahli, w jednym z listów poprosił zaprzyjaźnionego literata: „Nie przestawaj tworzyć, pisać. To antidotum na moją tęsknotę za Katalonią, za domem". Llach, Martí i Pol oraz Guardiola wielokrotnie występowali na scenie, m.in. podczas Targów Książki Dziecięcej i Młodzieżowej w Cocheras de Sants w 1996 roku. Tam Pep poznał pisarza i filmowca, Davida Truebę. Z nim także nawiązał przyjacielską relację. Zagorzały fan Atlético Madryt regularnie odwiedzał Pepa w trakcie długiej rehabilitacji po jednej z kontuzji piłkarza. Przedmiotem ich niekończących się dyskusji było kino, książki i muzyka.

Po zakończeniu boiskowej aktywności, w czerwcu 2007 roku Guardiola został trenerem Barcelony B. Natychmiast wprowadził szereg zmian. Uporządkował nie tylko kwestie boiskowe, ale również organizacyjne. Odmieniona drużyna nie przegrała dwudziestu jeden domowych meczów. W trakcie spotkań Pep zatracał się, podpowiadając nawet przeciwnikom. Swoim młodym podopiecznym wyświetlał filmy motywacyjne, po których co wrażliwsi wychodzili na boisko ze łzami w oczach. Przed ostatnim, decydującym meczem sezonu, „Guardi" zaprezentował wideo sześćdziesięcioletniego ojca, który wraz z chorym na porażenie mózgowe synem, regularnie startował w zawodach rekreacyjnych. „Młoda" Barça pokonała wówczas Barbastro i awansowała do Segunda B.

Podczas jednego z meczów na Mini Estadi zjawił się niezapowiedziany gość. Johan Cruijff, piłkarski i trenerski ojciec Pepa. Szkoleniowiec legendarnego „Dream Teamu" nie patrzył jednak na boisko. Skupił się na obserwacji szkoleniowych reakcji Guardioli. Po meczu, w trakcie spotkania z Joanem Laportą, Holender powiedział: „Rób co chcesz, ale Pep jest gotowy". 5 maja 2008 roku klub z dzielnicy Les Corts zdecydował się na zatrudnienie „Guardiego" w roli szkoleniowca pierwszego zespołu. Po siedmiu latach tułaczki po świecie, flircie z poezją i polityką, symbol La Masíi na dobre wrócił do domu. - Nie da się każdego uszczęśliwić i nie ma sensu być kimś, kim powinieneś być według innych ludzi. Dla mnie ważne jest, aby być sobą - powiedział na początek. Dotrzymał słowa, był tylko sobą. Szybko stało się jasne, że jest niestrudzonym innowatorem, nieustannie poszukującym perfekcji. - Trzeba czuć, to co się robi. Nie wystarczy w to wierzyć. Kiedy coś czuję, staję się zdecydowany, odważny, skłonny do ryzyka. I, przede wszystkim, przestaję się bać. Wielką rolę w tym, co robię, odgrywa intuicja - powiedział, kiedy po czterech płodnych latach opuszczał Camp Nou. Ponoć potrzebował odpoczynku, ale dziś jasnym jest, że o jego odejściu z klubu zdecydował konflikt z Sandro Rosellem i jego zapleczem. Czasami można odnieść wrażenie, że zawodzi nas pamięć i czy aby przypadkiem nie wspominamy tego, co nigdy się nie wydarzyło. To była przecież taka piękna podróż...

Andrés Iniesta powiedział niedawno: „Guardiola był moim idolem w młodości. Gdy Pep został trenerem Barcelony, byłem bardzo szczęśliwy. To on wyniósł mnie na obecny poziom". Powyższa wypowiedź zbiegła się z wyznaniem Gabriela Milito, który po swoim meczu kończącym karierę, rzucił: „Nie wierzyłem, że tak wielki piłkarz może być też wielkim trenerem. Pep stworzył coś niezwykłego, jego projekt inspirował i zaskakiwał. Sądziłem, że wiele wiem o futbolu, ale on to zmienił, ponieważ codziennie pokazywał nam coś innego, innowacyjnego. Miał świeże, doskonałe pomysły, uwielbiałem z nim pracować. Dla mnie to wzór". I jeszcze Javier Mascherano dla „Diario La Nación": „W skali globalnej nie można mieć wątpliwości co do tego, że Guardiola jest punktem odniesienia. To on wyniósł futbolową filozofię Barcelony - dojrzałą i ukształtowaną już ideę - na najwyższy możliwy, ocierający się o perfekcję, poziom. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że nie robił tego tylko dla trofeów, a dla samej metody. W chwili, gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy, że odchodzi, natychmiast rozpoznaliśmy naukę, którą nam wpajał - podstawą wszystkiego jest to, aby zawsze szanować drugiego człowieka".

W dzieciństwie Guardiola lubił „Pinokia", choć ta historia doprowadzała go do łez. Później przestawił się na „Co się wydarzyło w Madison County?" oraz „Pachnidło". Od zawsze lubił modne ubrania. To nie przypadek, że żonę Cristinę poznał w trakcie poszukiwań nowego garnituru. Spodobała mu się od razu, ale brak śmiałości sprawił, że szybko uciekł ze sklepu. Wrócił po roku. Ponoć Cristina bez zawahania zgodziła się na spotkanie. Siostra Pepa, Francesca, wspominała, że jego znajomi od zawsze podążali za nim nie dlatego, że się narzucał, ale naturalnie wcielał w rolę lidera. Dziś Guardiola uwielbia ślimaki, ale w dzieciństwie szalał za pasztetową z fasolą Dolores. Brat Pere otrzymał kiedyś w prezencie od Pepa nowy samochód, choć sam piłkarz jeździł starym autem odkupionym od Michaela Laudrupa.

246 meczów, 178 zwycięstw, 633 gole, 14 tytułów i 18 debiutantów, ale jeden styl. Wszystkiego najlepszego, Pep. Wspomnij niekiedy, że to nie był stracony czas.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (50)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze