Po raz pierwszy El Madrigal zapłakało w 83. minucie, kiedy Fabian Orellana wyprowadził Celtę Vigo na prowadzenie. Chwilę później we łzach byli już wszyscy... z zawodnikami na czele. Jeżeli gra Żółtej Łodzi Podwodnej spowodowała wśród kibiców smutek, to granat z gazem łzawiącym doprowadził do prawdziwej histerii. „Takie rzeczy nie powinny mieć miejsca na stadionie piłkarskim" - stwierdził po spotkaniu dość odkrywczo pomocnik gospodarzy, Bruno.
Po półfinałach Pucharu Króla na Półwyspie Iberyjskim wielką furorę robiła żółta zapalniczka rzucona w stronę Cristiano Ronaldo. Oburzenie było wielkie, a Atlético miało dostać surową karę - od 30 tysięcy euro do zamknięcia Vicente Calderón. Ostatecznie hiszpańska federacja ukarała Rojiblancos grzywną w wysokości... 600 euro, tłumacząc, że zapalniczka nie jest przedmiotem zakazanym na trybunach. W sobotni wieczór na El Madrigal kreatywność pewnego kibica przeszła już wszelkie granice. Sprawa jest w toku, ale jedno wiemy na pewno - posiadanie gazu łzawiącego na trybunach dozwolone nie jest.
Zadyszka Atlético?
Jeszcze tydzień temu wieszczono początek końca wspaniałej przygody Atlético. Klęska w dwumeczu z Realem Madryt i ligowa porażka z Almeríą miały być potwierdzeniem teorii o nieuchronnym puchnięciu i niewytrzymaniu niewiarygodnego tempa, jakie narzucili Królewscy i Barcelona. Wieści o śmierci Rojiblancos okazały się przedwczesne. To nie koniec emocji w La liga.
Spotkanie na Vicente Calderón rozstrzygnęło się już po... czterech minutach. Najpierw podopieczni Diego Simeone pomysłowo rozegrali rzut wolny, a do siatki trafił super-rezerwowy Raúl García, który tym razem zagrał od początku meczu. Dla pomocnika Rojiblancos było to już siódme trafienie w tym sezonie Primera División, a trzeba pamiętać, że najczęściej wchodził na plac gry z ławki rezerwowych. To nie był koniec złych informacji dla rozczarowującego Realu Valladolid. Kibice byli jeszcze myślami przy pierwszym trafieniu, kiedy Diego Costa ładnym lobem podwyższył na 2:0, kończąc jakiekolwiek emocje. Przepiękną asystą przy golu Brazylijczyka z hiszpańskim paszportem popisał się niezawodny Raúl García, a dla najskuteczniejszego strzelca Atlético była to 21. bramka w Primera División. Dzieła zniszczenia w drugiej części gry dopełnił Diego Godín, jeden z najskuteczniejszych obrońców ligi hiszpańskiej.
Los Colchoneros rozbili Real Valladolid aż 3:0 dzięki czemu nie stracili dystansu do Realu Madryt i Barcelony. Atlético z podniesioną głową podejdzie do rywalizacji w Lidze Mistrzów, gdzie zmierzy się z Milanem. Podopieczni Diego Simeone pokazali, że nie można ich skreślać, ale czy potwierdzą to na San Siro? Przekonamy się już w środę.
Goliat górą
Historię Dawida i Goliata znamy wszyscy. Gdy naprzeciwko uzbrojonego po zęby olbrzyma staje mały chłopiec z procą wynik walki może być tylko jeden: zwycięstwo skazanego na porażkę chłopca. Cóż... nie tym razem.
Jeszcze przed spotkaniem Paco Jémez postawił sprawę jasno, mówiąc, że w tym meczu Rayo będzie musiało zagrać „jeszcze odważniej niż zwykle". Odważniej niż zwykle? Wiadomo, jak takie podejście zakończy się w starciu z Barceloną - pogromem totalnym. Wziąwszy pod uwagę deklaracje trenera i fakt, że Franjirrojos zawsze byli przeciwnikiem, który wybitnie Barcelonie leżał, trudno było spodziewać się innego rezultatu niż goleada. Adriano rozpoczął strzelanie równie szybko co García w meczu na Calderón, już w 2. minucie. W ten sposób worek z golami się rozwiązał i od tej chwili podopieczni Gerardo Martino do bramki Martíneza trafiali już seryjnie. Rúbena pokonywali kolejno: Messi, Alexis, Pedro, znów Messi oraz wracający po kontuzji Neymar. Bramkę tego ostatniego, który przerzucił piłkę nad całą obroną podopiecznych Jémeza, spokojnie można nominować do tytułu trafienia kolejki.
Neymar w wielkim stylu wracający po kontuzji, obaj skrzydłowi Barçy z bramką i asystą, świetny Iniesta, rozsyłający kluczowe podania Fàbregas i wreszcie Messi, najlepszy na boisku, z dubletem, asystą, strzałem w słupek i nienasyconym głodem gry. Czego jeszcze mogłaby chcieć Barcelona w ostatniej kolejce ligowej przed starciem z Manchesterem City? Trzy punkty wywalczone na Camp Nou sprawiły, że barceloński Goliat nadal rozsiada się na fotelu lidera La Liga. Jednak mecz z Rayo, choć bardzo ważny z perspektywy walki o mistrzostwo, był jedynie przygrywką do tego, co wydarzy się we wtorek w spotkaniu na Etihad Stadium w ramach półfinału Ligi Mistrzów.
A co z Rayo, które w starciu z Barçą, trzymając się swojego stylu gry, z góry skazane było na pogrom? Dzięki porażce Realu Valladolid sytuacja Piratów po 24. kolejce, mimo przegranej, nie stała się znacząco gorsza: podopiecznych Jémeza nadal dzieli jeden punkt od 18. miejsca i zaledwie trzy oczka (przynajmniej przed meczem Malági z Realem Sociedad) od wydostania się ze strefy spadkowej. Metaforą sytuacji Franjirrojos niech będzie informacja przekazana przez dziennikarzy portalu rayoherald.com, którzy wpisując w wyszukiwarkę na Twitterze hasło „Rayo Vallecano" wśród pierwszych trzech wyników zobaczyli link do profilu serialu... „The Walking Dead".
Łzy na El Madrigal
Przed sobotnim spotkaniem na El Madrigal mało kto pomyślałby, że gaz łzawiący może znaleźć zastosowanie podczas wspierania swojej drużyny. A jednak... Po trafieniu Orellany na murawie najpierw pojawił się granat z dymem, który szybko okazał się środkiem trującym, mającym na celu skażenie powietrza. Na stadionie zapanował chaos. Mecz przerwano, kibiców poproszono o opuszczenie trybun, a najodważniejszy okazał się Jonathan Pereira, który w pojedynkę próbował sprostać pojemnikowi z gazem łzawiącym (jego starania na powyższym zdjęciu).
Zanim całe El Madrigal zapłakało od gazu łzawiącego, najpierw ich zespół nie potrafił pokonać bramkarza Celty Vigo, mimo że szans była nieskończona liczba. Podopieczni Marcelino Garcíi Torala przejęli inicjatywę od pierwszej minuty, co chwila zagrażając bramce Celty. Przez całe spotkanie gospodarze oddali aż 19 strzałów, ale cudów dokonywał Yoel. Był to z całą pewnością kluczowy piłkarz w talii Luisa Enrique. Każdy wie, że niewykorzystane sytuacje lubią się mścić, dlatego chyba nikogo nie zdziwiło, że to goście objęli prowadzenie. W 83. minucie strzałem głową do siatki trafił Fabian Orellana, doprowadzając El Madrigal do rozpaczy. Z pomocą gazu łzawiącego płakali już wszyscy. Na 2:0 podwyższył Nolito, ładnym strzałem z rzutu wolnego, ale kto wówczas był myślami przy grze w piłce?
¿Jesélección?
Kwestia powołania Jesé w szeregi seniorskiej reprezentacji w związku ze zbliżającym się mundialem w Brazylii to ostatnio gorący temat w Hiszpanii. Podgrzewa go zaufanie Carlo Ancelottiego, który młodego wychowanka Realu, pod nieobecność Cristiano Ronaldo, chętnie wypuszcza w pierwszym składzie Królewskich. Jednak zaufanie trenera to jeszcze nie wszystko, najważniejsze, że młody Hiszpan wie, jak je wykorzystać, i powoli staje się ważnym elementem w układance Realu Madryt. Sam główny bohater zamieszania nie przekreśla swoich szans na powołanie, choć zdaje sobie sprawę, że nie będzie o nie łatwo.
Wynik meczu Realu z Getafe otworzył właśnie Jesé, który pokonał Moyę już w 4. minucie. Jeszcze przed upływem trzydziestu minut gry na 2:0 strzelił Benzema, zaś w 66. minucie pięknym strzałem z dystansu wynik na 3:0 dla Realu ustalił Modrić. Mimo zapowiedzi zawodników Getafe o walce, którą podejmą w meczu z rywalem zza między, Królewscy zanotowali trzy punkty po łatwym spotkaniu. I to wszystko pod nieobecność zawieszonego Cristiano Ronaldo. Najlepszą sytuację dla gospodarzy miał w niedzielnym spotkaniu Fabrice Colunga, który stanąłby oko w oko z Diego Lópezem, gdyby w ostatniej chwili nie powstrzymała go interwencja Pepe. Prócz tego zrywu piłkarze Getafe nie zdziałali wiele i w ich występie nie sposób było doszukać się szans na przeszkodzenie Realowi w zwycięstwie.
Mecz Królewskich był ostatnim spotkaniem drużyny z Wielkiej Trójki prowadzącej w tabeli La Liga w 24. kolejce. W tej chwili na szczycie tabeli nadal mamy status quo - trzy ekipy notują równo pod 60 punktów i żadna z nich jak na razie nie ma zamiaru oddać pola przeciwnikom.
Upadek katedry
Stało się, w końcu. Estadio Nuevo San Mamés zostało zdobyte w ligowej potyczce. Zwycięskimi najeźdźcami okazali się podopieczni Javierra Agiurre, którzy w Kraju Basków wygrali 2:1 i ograbili gospodarzy z niezwykle cennych, zwłaszcza w kontekście walki o miejsce premiowane grą w Lidze Mistrzów, trzech punktów.
Kolejka 24. była w Hiszpanii kolejką błyskawicznych bramek. W ten trend chwilę po rozpoczęciu spotkania miał szansę wpisać się kapitan Espanyolu, Sergio García, jednak jego strzał sparował Gorka Iraizoz. Bramkarzowi Basków sztuka ta nie udała się kilka minut później i dzięki bramce kapitana Los Pericos w 6. minucie meczu wyszli na prowadzenie. Jeśli mowa o bramce Garcíi, trudno nie wspomnieć o świetnej asyście, którą posłał do niego Simão Sabrosa. Goście poszli za ciosem, wywierając ostry pressing i szukając kolejnego trafienia. W tych poszukiwaniach najjaśniej błyszczał właśnie Sergio García, niekwestionowany bohater meczu na San Mamés. Mimo intensywnej pierwszej połowy do przerwy kolejne bramki już nie padły, nie znaczy to jednak, że brakowało groźnych sytuacji. Najpierw w słupek bramki Kiko Casilli uderzył Aritz Aduriz, chwilę później znów strzałem w słupek, tym razem ten w bramce Iraizoza, odpowiedział Christian Stuani, który uderzał po pięknej akcji zespołowej Espanyolu.
Druga połowa gry przyniosła wyrównanie. Wystarczył rzut wolny wykonywany przez Ibaia Gómeza i Carlos Gurpegi w polu karnym rywala, by San Mamés nadal cieszyło się chwałą niepokonanych w lidze. Przynajmniej w 55. minucie meczu, ponieważ zaledwie dziesięć minut później sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej. Po raz kolejny o wyniku przesądził stały fragment gry, tym razem był to korner wykonany przez Sabrosę. Jego dośrodkowanie wykorzystał Diego Colotto, który skierował piłkę do bramki Iraizoza, dając Los Pericos nieoczekiwany tryumf.
Nowe San Mamés w końcu padło w lidze, jednak pocieszeniem, zarówno dla kibiców, jak i zawodników Athleticu Bilbao może być fakt, że padło po naprawdę zaciętej walce. Dla wygłodniałych Basków to jednak zbyt mało.
Wybierz bramkę kolejki!
Komentarze (26)