Znakomity sezon Romy w Serie A, nadzwyczajny atak drużyn z miasta Beatlesów na czołówkę Premiership z Liverpoolem walczącym o mistrzostwo Anglii i w końcu najbardziej wyrównany od lat bój o tytuł najlepszej drużyny w Hiszpanii. Jeżeli dodamy do tego niespotykaną sytuację, kiedy pierwszy raz w historii Ligi Mistrzów w ćwierćfinałach zameldowali się wszyscy zwycięscy swoich grup, dojdziemy do wniosku, że oglądamy na europejskich boiskach sezon wyjątkowy, w którym możliwym jest każdy scenariusz.
Kiedy w letnim okienku transferowym Hiszpanię opuszczały kolejne gwiazdy, a kluby ledwo były w stanie zamknąć swoje budżety na zbliżający się długi sezon, nikt nie spodziewał się, że to będzie kampania wyjątkowa, a losy tytułu mistrza Hiszpanii będą ważyć się do samego końca. W walce o tytuł rywalizują nie dwie, a trzy wspaniałe drużyny, a Atlético marzy o czymś zdawałoby się niemożliwym - o przerwaniu duopolu Realu Madryt i Barcelony. Primera División ma niespotykaną zdolność tworzenia kolejnych wielkich talentów. Ten sezon po raz kolejny to potwierdza.
Ostatnia kolejka była drugą z rzędu, kiedy trzy zespoły walczące o mistrzostwo Hiszpanii zgodnie wygrały swoje spotkania, a najbardziej efektownie zrobił to Real Madryt. Real Betis, przegrywając z Barceloną na Camp Nou, prawdopodobnie przypieczętował swój los, natomiast ważne wygrane odniosły Málaga i Rayo Vallecano, które oddaliły się od strefy spadkowej. Dla podopiecznych Bernda Schustera było to zwycięstwo wyjątkowe - pierwsze na własnym stadionie od 1 lutego...
Takimi meczami zdobywa się mistrzostwo?
Po spektaklu na Camp Nou Atlético Madryt stanęło przed misją obrony pierwszego miejsca w Primera División. Zadanie tylko z pozoru było proste, ponieważ Los Colchoneros wystąpili bez dwóch największych gwiazd, Diego Costy i Ardy Turana. Dobrą wiadomością dla Diego Simeone był powrót zabójczo skutecznego w tym sezonie Raúla Garcíi.
Spotkanie na Vicente Calderón nie było wielkim widowiskiem, a Atlético od początku kontrolowało spotkanie, ale nie potrafiło przebić się przez szczelną defensywę Żółtej Łodzi Podwodnej. Los Colchoneros rozstrzygnęli losy spotkania w swoim stylu, czyli po stałym fragmencie gry. Dokładne dośrodkowanie z rzutu rożnego Koke i gol niezawodnego Raúla Garcíi, dla którego było to już ósme trafienie w sezonie, a piąte zdobyte głową, co czyni go najskuteczniejszym piłkarzem ligi w tym elemencie. Do końca pierwszej połowy Atlético bardzo skutecznie wybijało z rytmu beniaminka hiszpańskiej Primera División, przez co na boisku więcej było chaosu niż składnych akcji.
W drugiej połowie Villarreal przeszedł do ofensywy, starając się wyrównać wynik spotkania, ale gościom brakowało pomysłu na wykończenie akcji. Gołym okiem widać było brak Giovaniego dos Santosa i Uche, a zastępujący ich Joan Roman i Jeremy Perbet nie byli żadnym zagrożeniem dla Thibaut Courtois. Ostatecznie Atlético Madryt dowiozło skromne 1:0, ale ważniejsze od obrazu gry były kolejne trzy punkty, które przybliżają Rojiblancos do mistrzostwa.
Takimi meczami zdobywa się mistrzostwo - mówi znane powiedzenie. Jeżeli do prawda, to Atlético zrobiło olbrzymi krok w kierunku upragnionego tytułu, dlatego nie dziwi widok Diego Simeone, który w doliczonym czasie gry zagrzewał do dopingu publiczność na Vicente Calderón.
Zwycięskie męki Barcelony
Takiego scenariusza nie wymyśliłby nawet Hitchock - chciałoby się napisać, obserwując, co dzieje się w Barcelonie w tym sezonie. Ostatni tydzień w stolicy Katalonii pokazał, że wszystko jest możliwe, a starcie z Betisem było rozgrywane w cieniu wielkich wydarzeń, dlatego nic dziwnego, że było to spotkanie słabe, a czerwona latarnia Primera División sprawiła mistrzowi olbrzymie problemy. Kibice Barçy jeszcze w środę rano żyli znakomitym bratobójczym bojem z Atlético, kiedy FIFA wydała decyzję o zakazie transferowym na dwa najbliższe okienka. Natomiast w sobotę trzeci raz w historii ligowemu spotkaniu towarzyszyło referendum, które miało zdecydować o przyszłości Camp Nou.
W takich warunkach ciężko myśleć o futbolu, jednak Camp Nou na te wszystkie wydarzenia odpowiedziało drugą najwyższą frekwencją w tym sezonie. Gorzej było z piłkarzami, którzy myślami byli już chyba na Vicente Calderón... Sobotni mecz z pewnością zaskoczył wielu fanów Barcelony, którzy spodziewali się pełnej dominacji swojej drużyny. W pierwszej połowie w grze gospodarzy zabrakło jednak kreatywności i wykończenia akcji. Druga połowa z kolei obnażyła braki w obronie, a Betis pokazał, że mimo ostatniego miejsca w tabeli jest w stanie nastraszyć wielką Barcelonę.
Mimo słabego, momentami wręcz beznadziejnego meczu Barcelona wygrała 3:1 z ostatnią drużyną w tabeli. Oczywiście nie możemy zapominać, że na tym etapie sezonu każde trzy punkty są na wagę złota, a zaoszczędzone siły będą bardzo potrzebne w środowym rewanżu z Atlético, dlatego wszelkie osądy na temat gry Katalończyków są po prostu zbędne. Egzaminem dla zespołu Gerardo Martino będzie starcie na Vicente Calderón i to tam Barça ma zagrać wielki mecz.
Et tui Illarra?
Prędzej czy później ten dzień musiał nadejść. Wiadomo było, że Illarra kiedyś wróci na Estadio Anoeta i to w roli rywala piłkarzy z San Sebastián. Kto by jednak pomyślał, że w debiucie w barwach Realu na swoim dawnym stadionie to właśnie Asier Illarramendi otworzy wynik?
Przed meczem na Estadio Anoeta Real Madryt znów był pod ścianą. Atlético oraz Barcelona wygrały swoje mecze, to oznaczało, że inny wynik niż zwycięstwo w Donostii dla Królewskich po prostu nie wchodził w grę, jeśli nadal chcieli oni pozostać w wyścigu o mistrzostwo. A to, że chcieli (i chcą), nie budzi najmniejszych wątpliwości.
Carlo Ancelotti musiał poradzić sobie bez Cristiano Ronaldo, którego miejsce w składzie zajął Isco. Baskowie mogli objąć prowadzenie, gdyby strzał Carlosa Veli z 42. minuty nie został zatrzymany dzięki świetnej interwencji Diego Lópeza. W 45. minucie, po błędzie Claudio Bravo, wynik otworzył Illarra. Golkiper gospodarzy nieszczęśliwie odbił strzał Benzemy pod nogi swojego byłego kolegi z drużyny, który z zimną krwią wykorzystał tę pomyłkę.
Real wyraźnie rozkręcił się w drugiej połowie, kiedy to kibice Królewskich mogli naprawdę zacząć cieszyć się z gry swoich podopiecznych. W 66. minucie Gareth Bale podniósł prowadzenie przyjezdnych, zaś na kolejne bramki w wykonaniu ewidentnie rozpędzonego Realu czekać trzeba było do samej końcówki meczu. W 85. minucie Claudio brawo został pokonany przez Pepe, któremu piłkę głową podawał Sergio Ramos. Wynik na okrągłe 4:0 ustalił Morata, po podaniu Di Maríi.
Real Madryt wciąż czai się tuż za plecami Barcelony i Atlético, z kolei Sociedad dba o to, by jego oddech na karku stale czuła Sevilla. Baskowie plasują się tuż za Andaluzyjczykami i mają do nich zaledwie trzy punkty straty, co pozwala im jeszcze marzyć o przegonieniu Athleticu Bilbao i Lidze Mistrzów.
Andaluzyjskie tsunami
Powiedzieć, że ostatnim czasie podopieczni Unaia Emery'ego znajdują się na fali wznoszącej, to za mało. W tej chwili Sevilla płynie na grzbiecie prawdziwego tsunami i nic nie wskazuje na to, by miało się ono w najbliższej przyszłości zatrzymać. Pytanie jest w tej chwili jedno: czy uda mu się zanieść Sevillę aż do Ligi Mistrzów? Tym razem do kompletu punktów, które ostatnio Sevilla kolekcjonuje, swoją cegiełkę w postaci kontrowersyjnej decyzji dołożył arbiter, mimo to jednak zwycięstwo Andaluzyjczyków pozostaje bezapelacyjne.
Piłkarze Emery'ego, zmęczeni po wyjazdowym meczu z Porto, w ramach 32. kolejki podjęli na własnym stadionie Espanyol. Jak się później okazało, podopiecznych Javiera Aguirre czekała na Ramón Sánchez Pizjuán prawdziwa egzekucja. Rozpocząć mógł ją Piotr Trochowski, który dwukrotnie, po podaniach Carlosa Bakki, próbował strzelać na bramkę Germána, jednak żaden z tych strzałów nie znalazł się w bramce. Chwilę później okazało się, że tego wieczora Trochowskiemu znacznie lepiej wychodzą asysty - jego dogranie w pole karne w 18. minucie spotkania w pierwszą bramkę dla Sevilli przemienił M'bia. W 27. minucie obraz meczu mógł się zmienić, gdyby sędzia podyktował „jedenastkę" po faulu w polu karnym na Sergio Garcíi, skończyło się jednak jedynie na rzucie wolnym, z którego Simão uderzył w słupek. Tymczasem końcówka pierwszej połowy, zamiast wyrównania, przyniosła kolejną bramkę dla gospodarzy. Jej strzelcem, po asyście Vitolo, został Kevin Gameiro.
Zaraz po zmianie stron padła upragniona bramka dla Espanyolu. Rzut karny, podyktowany po faulu Fazio na Stuanim, pewnie wykorzystał Sergio García. Choć podopieczni Javiera Aguirre zdobyli trafienie kontaktowe, to nie przełożyło się ono na poprawę obrazu gry, wręcz przeciwnie. Los Pericos nie udało się wykorzystać żadnej z wykreowanych szans na wyrównanie wyniku. Espanyol ewidentnie dobiła końcówka Sevillistas, którzy w ciągu ostatnich dziesięciu minut zdołali strzelić jeszcze dwie bramki. Najpierw do siatki powtórnie trafił Gameiro, później wynik na 4:1 ustalił Ivan Rakitić.
Valencia wciąż bezradna
W ostatniej kolejce podopieczni Pizziego ulegli 1:3 walczącemu o utrzymanie Getafe. Spotkanie z Basel w ramach rozgrywek Ligi Europy, które Valencia przegrała 0:3, z pewnością nie poprawiło nastrojów w drużynie. Mimo to można by się spodziewać, że na mecz z Realem Valladolid piłkarze z Estadio Mestalla powinni wyjść podwójnie zmotywowani, pragnąc udowodnić wszystkim, że ostatnie porażki były tylko i wyłącznie wypadkiem przy pracy. Tymczasem na Estadio José Zorilla podopieczni Pizziego zaledwie zremisowali i to bezbramkowo.
Pewnym usprawiedliwieniem dla Valencii może być fakt, że na środku obrony, z przyczyn kadrowych, zmuszona była zagrać para Fuego-Vezo. Jednak problemy w zestawieniu defesnywy, która, co ciekawe, w tym eksperymentalnym składzie zagrała bardzo dobrze, w żaden sposób nie mogą usprawiedliwić niemocy ofensywnej. Królem zmarnowanych okazji stał się Paco; w 45. minucie młody napastnik fatalnie przestrzelił, a w sytuacji z 53. minuty nie zdołał pokonać bramkarza Valladolid. Lepszą skutecznością nie popisał się także Eduardo Vargas.
Mecz na Estadio José Zorilla można by nazwać spotkaniem bez historii. Valencia swój cień szansy na Ligę Mistrzów definitywnie zaprzepaściła już w spotkaniu z Getafe, a obecnie nie podejmuje nawet walki o kwalifikację do Ligi Europy. Z kolei Real Valladolid dzięki zgarnięciu jednego punktu znalazł się tuż nad strefą spadkową, zrównując się punktowo z Azulones, jednak w kontekście walki o utrzymanie to wciąż zbyt mało, by Blanquivioletas mogli spać spokojnie.
Co 52 minuty...
Wydaje się to nieprawdopodobne, ale najskuteczniejszym piłkarzem w Primera División jest Álvaro Morata. Napastnik Realu Madryt strzela gola raz na 52 minuty, co jest najlepszym wynikiem w lidze. Na drugim miejscu jest Leo Messi, który trafia raz na 79 minut, a na trzecim - Cristiano Ronaldo, który zdobywa bramkę co 85 minut.
10 lat minęło...
Spotkanie z Realem Betis było historycznym wydarzeniem dla Barcelony. Barça bez Víctora Valdésa, Carlesa Puyola lub Gerarda Piqué zagrała pierwszy raz od dziesięciu lat. 17 stycznia 2004 roku Barcelona na Camp Nou podejmowała Athletic Bilbao i między słupkami stał Albert Jorquera, a parę środkowych obrońców tworzyli Rafa Marquez i Oleguer.
Koniec passy Leo Messiego
W sobotnim spotkaniu z Betisem zakończyła się kolejna znakomita seria Leo Messiego. Argentyńczyk, zamieniając jedenastkę z 15. minuty na gola, miał na koncie 20 wykorzystanych karnych z rzędu w La Liga, niestety przy drugiej próbie lepszy był już Antonio Adán. Licznik gwiazdy Barcelony zatrzymał się na 20, a lepsi pozostają Cristiano Ronaldo (22 wykorzystane jedenastki z rzędu), Kubala i Maranon (23) oraz Koeman (25).
*Golazo weekendu?
W ostatniej kolejce Primera División ładne bramki można policzyć na palcach jednej ręki, ale być może wszystkich zawstydził Quique Cubas w spotkaniu Tercera División, odpowiedniku czwartej ligi. Arosa pokonało Cultural Ares 2:1, a ozdobą meczu było trafienie Maradony Cubasa. Takie golazo musi znaleźć się w naszym zestawieniu, choćby jako „kandydat 0".
Wybierz bramkę kolejki!
Komentarze (27)