Fragmenty książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou”

Redakcja

26 maja 2014, 19:42

Brak komentarzy

Po ubiegłotygodniowym porozumieniu Gerard Piqué podpisał nowy kontrakt, który z FC Barceloną wiąże go aż do 30 czerwca 2019 roku. Katalończyk złożył podpis w klubowych biurach w obecności swojego agenta Arturo Canalesa, prezydenta Josepa Marii Bartomeu, wiceprezydenta ds. sportowych Jordiego Mestre i dyrektora sportowego Andoniego Zubizarrety. To doskonała okazja, aby zaprezentować Wam kolejne fragmenty książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou". Przypominamy, że jej autorem jest nasz stały felietonista, Mateusz Bystrzycki.

Tutaj można zamówić książkę bez wychodzenia z domu:
http://www.labotiga.pl/pique z kodem rabatowym: FCBARCA2990 taniej o 10 zł!

(...)

26 października 2004 roku Manchester United rozpoczynał rywalizację w ramach Pucharu Ligi. Rywalem Czerwonych Diabłów był Crew Alexandra. Na Alexandra Stadium sir Alex Ferguson zaprosił najzdolniejszych piłkarzy rezerw, których wsparli starsi zawodnicy. Kiedy Geri otrzymał wiadomość o powołaniu na to spotkanie, jego radość nie miała końca. Po smutnym okresie żmudnej pracy nadszedł czas na premierowe założenie koszulki pierwszego zespołu wielokrotnego Mistrza Anglii. Gerard szybko uznał, że skoro lada moment zadebiutuje w pierwszej drużynie, to równie prędko przedrze się do wyjściowego składu i ostatecznie zapomni o barcelońskim niepowodzeniu. W obecności 10 tysięcy widzów Manchester szybko zdobył gola. Po zmianie stron na 2:0 podwyższył Liam Miller, natomiast chwilę później jeden z graczy gospodarzy trafił do własnej bramki, co ostatecznie rozstrzygnęło kwestię awansu. Na początku drugiej odsłony rywalizacji Ferguson wysłał Piqué na rozgrzewkę. Kilkanaście minut ćwiczeń, sprintów i rozciągania zwieńczyło wezwanie do wejścia na murawę. W 67. minucie rywalizacji przejęty Katalończyk zastąpił na pozycji stopera Johna O'Shea. Numer „28" pokazał się z dobrej strony - odebrał kilka piłek, dominując głównie w walkach powietrznych. Co ciekawe, w kilku pomeczowych relacjach pojawiły się informacje o debiucie hiszpańskiego pomocnika. Obok Geriego swoje premierowe minuty w barwach Manchesteru zaliczył tego dnia Sylvan Ebanks-Blake. Obaj zostali ocenieni bardzo pozytywnie. Kilkanaście dni później, w kolejnej fazie rozgrywek, Manchester rywalizował z wymagającym Crystal Palace. Dla Piqué zabrakło miejsca nawet wśród zawodników rezerwowych. Dość powiedzieć, że 90 minut zaliczyli tego dnia Luis Saha, Darren Fletcher czy Wes Brown.

1 grudnia Manchester United stanął do rywalizacji w ćwierćfinale Pucharu Ligi. Do „Teatru Marzeń" przyjechał Arsenal, który wówczas był prawdziwą zmorą Czerwonych Diabłów. Mecze chłopców Fergusona z „Kanonierami" rozpalały wszystkich kibiców na Wyspach Brytyjskich. W kadrze Arsenalu zabrakło tego dnia Cesca Fàbregasa, ale przyjaciele z La Masíi nie omieszkali zamienić ze sobą kilku zdań. Tego typu spotkania sprzyjają snuciu wspomnień. Geri przesiedział całą batalię na ławce rezerwowych, a jego drużyna, dzięki bramce Davida Belliona, skromnie pokonała Arsenal. W półfinale Pucharu Ligi Manchester dwukrotnie mierzył się z Chelsea, w obu przypadkach bez Piqué choćby wśród rezerwowych. Młody stoper na osłodę otrzymał możliwość występu w pierwszym składzie w meczu 3. rundy Pucharu Anglii. Na początku 2005 roku „Czerwone Diabły" podejmowały na własnym obiekcie Exeter City. Co ciekawe, The Grecians zawiesili poprzeczkę wysoko, co zaowocowało bezbramkowym remisem w pierwszym spotkaniu. Geri zachował czyste konto i dobrze współpracował z Wesem Brownem, a na występ miejscowych pupili spoglądało blisko 70 tysięcy wymagających widzów. Na St James Park Manchester dopełnił formalności, a o awansie gości zdecydowały gole Cristiano Ronaldo i Wayne'a Rooneya. Niestety, Piqué nie otrzymał zaproszenia ani na to spotkanie, ani na każde kolejne w ramach Pucharu Anglii. Rozgrywki wygrał Arsenal, a w spotkaniu finałowym wystąpił Cesc Fàbregas, który znacznie lepiej niż Piqué rozpoczął swoją brytyjską przygodę. Geri triumfował wraz z Manchesterem w lidze rezerw, ale z realizacją jego ambicji miało to niewiele wspólnego. Co ważne, w lutym 2005 roku Manchester zaoferował przedstawicielom Gerarda nowy, czteroletni kontrakt, jako efekt uznania dla doskonałych występów Hiszpana w barwach drugiej drużyny. Przedstawiciele obu stron szybko znaleźli konsensus, a zadowolony defensor z chęcią zacieśnił swój związek z Manchesterem. Uznał, że to dobry znak, a także dowód na to, że klub z Old Trafford wiąże z nim długofalowe plany. Szybka renegocjacja umowy uspokoiła nieco Piqué. Katalończyk był skupiony na Manchesterze i dążeniu do sukcesów w barwach seniorskiej drużyny, a jego efektowne popisy w koszulce teamu B stały się oczywistą codziennością. O wychowanku Barcelony prędko usłyszeli niemal wszyscy piłkarscy eksperci na Wyspach Brytyjskich. Na alternatywnym froncie Gerard był prawdziwym liderem. Elegancko i dojrzale powstrzymywał ataki rywali, aby po chwili błyskawicznie wyprowadzić nową akcję albo uruchomić kolegów długim przerzutem. Już wówczas dało się zauważyć główne cechy jego piłkarskiego talentu.

(...)

27 maja 2009 roku Barça rywalizowała w finale Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Piqué znów grał z rozdartym sercem. Cieszył się z możliwości wystąpienia w najważniejszym meczu sezonu, ale z drugiej strony miał zadać śmiertelny cios klubowi, któremu zawdzięczał przyspieszony kurs piłkarskiego dojrzewania. Czerwone Diabły przystępowały do tego spotkania w roli obrońcy tytułu. Ekipie sir Alexa Fergusona towarzyszyła świadomość, że nikt w historii Champions League nie wygrał dwa razy z rzędu. Piqué zdawał sobie sprawę z postępu, jaki wykonał od momentu opuszczenia Old Trafford. W niespełna rok z piłkarza ławki rezerwowych przemienił się w reprezentacyjnego defensora drużyny, która zdobywała kolejne tytuły i podbijała serca kibiców. Finał Ligi Mistrzów był dla niego spełnieniem dziecięcych marzeń. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że do rzymskiej rywalizacji przystępował w bordowo-granatowych barwach, reprezentując miasto i klub swojego życia. Przed rokiem, w Moskwie, był tylko widzem, tym razem jednak miał odegrać jedną z kluczowych ról. Przed wyjściem na rozgrzewkę obrońca z Pedralbes rozgrywał w głowie batalię z Manchesterem. Wiedział na co stać Ronaldo, Rooneya czy Parka. Na płycie gorąco przywitał się z piłkarzami i członkami sztabu szkoleniowego, po czym postanowił nie zadręczać się myślami. Liczyło się tylko to, co na boisku. Cel był jeden: wygrać mecz i zapisać się w historii Barcelony.

Siedem minut przed wyjściem na murawę w szatni Barcelony panowała koncentracja pomieszana z podenerwowaniem. Najbardziej doświadczeni piłkarze instruowali Geriego i Busquetsa, po czym Pep zarządził chwilę ciszy. Zaprezentował swoim podopiecznym kompilację wideo, na której znalazły się fragmenty ich meczów oraz... najciekawsze sceny z filmu Gladiator. Katalończycy poczuli się wzmocnieni i zdeterminowani. Słynna socjotechnika Pepa naprawdę działała. Stadio Olimpico przybrało kształt legendarnego koloseum, a w rolę wojowników wcielili się goście z Les Corts. Guardiola widział w oczach swoich piłkarzy głód zwycięstwa i gotowość do wielkiej bitwy.

(...)

Tutaj można zamówić książkę bez wychodzenia z domu:
http://www.labotiga.pl/pique z kodem rabatowym: FCBARCA2990 taniej o 10 zł!

REKLAMA

Poleć artykuł