Przy Canaletes mówią. Jutro, w czas bitwy, o mnie myśl*

Mateusz Bystrzycki

24 października 2014, 18:06

49 komentarzy

„W Barcelonie - mówił Augustyn - zrobiłeś mi pewnego razu taką samą scenę i nazwałem cię głupcem. Było to wiosną, w nocy, pamiętam bardzo dobrze. Odprowadziłem cię aż do Pedralbes, gdzie mieszkałeś u babki. Powiedziałem ci: musisz być odważny, jeśli chcesz zmierzyć się z sobą samym, i sądzę, że nim jesteś; odczułbym głęboko, gdybyś zawiódł moje zaufanie”**

Przekręty Gurucety, kłamstwa Ortiza czy przechwycenie Di Stéfano - każdy szanujący się culé zna najgłośniejsze historyczne podwaliny odwiecznej rywalizacji pomiędzy FC Barceloną a Realem Madryt. Ta walka nigdy nie była równa. Ale to właśnie sprawia, że z tym większą dumą kibicuję Blaugranie. Bo przetrwała nie dzięki historii, a wbrew niej.

W 1951 roku frankistowski reżim podwyższył ceny biletów tramwajowych. Co oczywiste, w Barcelonie trochę bardziej niż w Madrycie. Katalonia pulsowała wściekłością, ale publiczne manifestacje były wówczas zabronione. Uznano więc, że najlepszym sposobem na wyrażenie dezaprobaty będzie bojkot publicznego transportu. 4 marca FC Barcelona grała mecz na wysłużonym Les Corts. Gubernator miasta postanowił, że zakpi z wszystkich culés i w związku z rzęsistym deszczem oddelegował pod stadion dodatkowe składy tramwajów. Po meczu 40 tysięcy - przemoczonych do cna, ale zadowolonych ze zwycięstwa nad Santander 2:1 - kibiców Barçy bezbłędnie rozszyfrowało prowokację władz. Tramwaje pozostały puste, a Katalończycy wrócili do domów pieszo. Następnego dnia satyryczny El Once napisał: „FC Barcelona pokonała Santander, ale też jakby Madryt. I to na oczach czterdziestu tysięcy pieszych bez parasoli”. Dwa dni później reżim wycofał się z wprowadzonych podwyżek.

Nikogo nie trzeba przekonywać, że rywalizacja FC Barcelony ze stołecznym gigantem od lat wylewa się poza ramy zwykłego meczu piłkarskiego. Kipiące palącymi emocjami spotkania z Realem podszyte są historycznym, politycznym, społecznym i tożsamościowym misz-maszem. Sir Bobby Robson powiedział kiedyś: „Podróżowałem po całym świecie, widziałem najróżniejsze rywalizacje sportowe, ale ta jest szczególna. A wiecie dlaczego? Bo to są dwa oddzielne państwa. W przeszłości toczyli ze sobą wojny za pomocą prawdziwych armii i żołnierzy. Teraz armią Katalończyków są piłkarze Barçy”.

Nie może być inaczej. FC Barcelona była zwykłym klubem sportowym. To historia uczyniła z niej coś znacznie więcej, wpychając w czułe objęcia przeznaczenia. Jego sile musieli sprostać ludzie, nierzadko bohaterscy i ofiarni, wierni swoim nieprzejednanym wartościom. Wielokrotnie w tym miejscu przywoływałem postać Josepa Suñola, katalońskiego polityka, prawnika i prezydenta Barçy. 6 sierpnia 1936 roku wyruszył on w kierunku A Coruñi, by przekazać republikańskim wojskom pieniądze. Kierowca wybrał jednak złą drogę, przez co ekspedycja wpadła w ręce żołnierzy gen. Francisco Franco. Kiedy wydano komendę o rozstrzelaniu, Suñol krzyknął: „Viva la República”! Bo kochał Katalonię. Bo kochał Barçę.

Podobnie jak Nicolau Casaus. W 1939 roku został aresztowany za republikańskie sympatie. W więzieniu spędził pięć lat, w tym 72 dni w tzw. „celi śmierci”, miejscu bez nadziei i dumy. Po wyjściu na wolność został socio FC Barcelony. Do 1977 roku był jednym z najbardziej zaprzysięgłych opozycjonistów ówczesnego zarządu klubu. W końcu został wiceprezydentem Blaugrany i prawą ręką Josepa Lluísa Núñeza. Dzięki niemu liczba barcelońskich penyi wzrosła w tamtym czasie z 60 do ponad 1,5 tysiąca. Zmarł w 2007 roku. Osiem lat wcześniej Casaus otrzymał do FC Barcelony popiersie ze swoją podobizną. - Miłości barcelonismo nie da się kupić. Trzeba na to zapracować. Po wielu latach kontaktów z culés wiem, że ten klub nigdy nie zginie, bo ocalą go ludzie związani z tymi barwami - powiedział wówczas Casaus.

W 1943 roku odwieczni rywale spotkali się w meczu półfinałowym o Puchar Króla. W rozegranym na Les Corts spotkaniu Barça wygrała 3:0, więc o rewanż na Chamartín była stosunkowo spokojna. W dniu meczu włodarze Realu Madryt opublikowali oświadczenie, w którym stwierdzili, że w stolicy Katalonii piłkarze Królewskich byli obrażani i lżeni. Podsyciło to i tak już wrzącą atmosferę. Do każdego biletu madrytczycy dołączyli gwizdki, których przeciągły dźwięk miał zohydzić FC Barcelonie mecz na Chamartín. Tuż przed spotkaniem do szatni Dumy Katalonii wtargnął szef biura bezpieczeństwa frankistowskiego państwa Finat y Escrivá de Romaní. - Nie zapominajcie, że część z was gra w piłkę tylko dzięki wspaniałomyślności reżimu - powiedział. Piłkarze FC Barcelony bezbłędnie odczytali niezgrabnie zakamuflowaną groźbę. Woleli stracić szansę na wygranie Pucharu Generała, zachowując przy tym życie. Po wyjściu na boisko gości przywitał przytłaczający ryk wypełnionych po brzegi trybun. Bramkarz Blaugrany wpuścił aż 11 goli, głównie dlatego, że przez cały mecz musiał trzymać się z dala od własnego pola karnego. Kibice Realu rzucali bowiem w niego petardami, co nie zostało zauważone przez sędziów i delegatów hiszpańskiego związku piłkarskiego. Seansowi nienawiści towarzyszyły okrzyki: „Katalońskie gówna”, „Jestem frankistą i madridistą”, a także „Barça to ku…a”. Noc hańby powinna zostać okryta płaszczem wstydu i odejść w zapomnienie.

Wściekłe batalie z sędziowskimi absurdami to specjalność barcelońsko-madryckiego zakładu. W 1974 roku, głównie dzięki rewelacyjnemu Johanowi Cruijffowi, po 14 latach posuchy FC Barcelona zdobyła mistrzowski tytuł. Rok później szefem sędziowskiego komitetu został José Pedraza, który zasłynął zdaniem: „Dopóki jestem przełożonym sędziów, Barça nie zdobędzie mistrzostwa”. Poinformował o tym jeden z madryckich arbitrów Antonio Camacho, który chwilę później został odsunięty od prowadzenia meczów Primera División. Podobny los spotkał sędziów, którzy w ocenie szefa komitetu arbitrów sprzyjali Blaugranie. Kiedy w 1980 roku Pedraza przestał jednoosobowo decydować o sędziowskiej obsadzie, Real Madryt nie wygrał mistrzostwa Hiszpanii przez pięć kolejnych lat. Uznano więc, że Pedraza musi odzyskać pełnię władzy. Pięć następnych ligowych kampanii zakończyło się spodziewanym triumfem Królewskich.

Wskutek przegranej republikanów w wojnie domowej 12 czerwca 1940 roku ustanowiono nowy statut FC Barcelony. Klub przyjął hiszpańską nazwę, a jego prezydentem został frankista Enrique Piñeyro Queralt, który wcześniej nie miał styczności z futbolem. Artykuł numer trzy stanowił, że na trykotach Barçy mogą znajdować się jedynie dwa, a nie trzy czerwone pasy na żółtym tle. W innym miejscu zapisano, że klub o ponad 50-letniej wówczas historii może zostać rozwiązany jedną decyzją Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej. Aż trudno uwierzyć, że po 35 latach dyktatorskiego drylu i działań mających na celu likwidację jakichkolwiek przejawów katalońskiej tożsamości, na bój przeciwko Realowi wniesiono prawie 100 tysięcy regionalnych flag. W 1975 roku, po dwóch golach Carlesa Rexacha, FC Barcelona wygrała z Los Blancos 2:1, ale największym triumfem barcelonismo nie był sam wynik sportowej rywalizacji, a demonstracja cudem ocalałego ducha. Franco nie żył od miesiąca, podczas gdy Katalonia rodziła się na nowo. Wyrwana z duszącego ucisku nacjonalistycznej tyranii, znów wolna i pełna niczym nieskrępowanych pragnień.

Ale w sobotę powyżej przypomniane wydarzenia nie będą miały bezpośredniego przełożenia na boiskową materię. Liczyć się będzie „tu” i „teraz”, historia usunie się w cień, aby stanowić istotne, choć drugorzędne tło. Bo El Clásico nie byłoby meczem innym niż wszystkie, gdyby nie przywołane w pamięci czarno-białe klisze. Tamci ludzie, tamte dni i tamte emocje - będą daleko, a jednocześnie tak blisko. Niech ich oddech natchnie armię Luisa Enrique do zwycięstwa.

Mateusz Bystrzycki, dziennikarz Sport.pl i autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou”.

---------

*Tytuł w nawiązaniu do wydanej w 1994 roku książki hiszpańskiego pisarza Javiera Maríasa („Mañana en la batalla piensa en mí”).

**Juan Goytisolo, „Popołudnia trędowatych”.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (49)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze