Ostatni weekend ostatecznie udowodnił, że La Liga pięknieje, ale charakterystycznego „szaleńczego” DNA nigdy się nie pozbędzie. I bardzo dobrze! Bez względu na okoliczności zawsze będziemy świadkami niespodziewanych zwrotów akcji i mowa tu nie tylko o wydarzeniach stricte sportowych. Ale chyba właśnie za tę gigantyczną pasję i nieprzewidywalność ją kochamy.
Czy 2015 rok mógł lepiej zacząć się dla sympatyków hiszpańskiej Primera División? Śmiemy wątpić… Enzo Pérez w końcu zawitał do Valencii, a Vicente Calderón było świadkiem powrotu króla, którego na prezentacji przywitało blisko 45 tysięcy kibiców. Jeżeli jeszcze wam mało, to na ławkę trenerską powraca ekstrawagancki Quique Sánchez Flores, który poprowadzi Getafe. Znak lepszych czasów dla zespołu z przedmieść Madrytu? Być może. Ale wielkie transfery były tylko przedsmakiem pasjonującego futbolu, jaki zaserwowała nam La Liga. Atlético znów pokazało, że w powietrzu nie ma sobie równych, i bez większych problemów pokonało Levante. Sevilla po lekkim kryzysie dobrze wchodzi w nowy rok i utrzymuje dystans do czołówki. Ale najciekawsze wydarzenia przyniosła niedziela, kiedy najpierw Valencia w hicie weekendu pokonała Real Madryt, a odrodzony Real Sociedad odprawił z kwitkiem Barcelonę.
Nie ma najmniejszych wątpliwości, że w La Liga wszystko idzie w dobrym kierunku i tylko Barcelona jest jakby oderwana od rzeczywistości. W stolicy Katalonii panuje jeden wielki burdel i nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej. Chyba, że ktoś pamięta czasy Núñeza i Gasparta. Wtedy można dojść do wniosku, że w sumie może być jeszcze gorzej. Ale po kolei…
Powrót Torresa na Calderón. Podniebne Atlético
„Od 24 lipca 2007 roku wszyscy czekaliśmy na ten moment. To nie jest zwykły dzień. To wyjątkowa chwila: Fernando Torres wraca do domu” - powiedział na konferencji prasowej prezydent Atlético Enrique Cerezo. Po ponad siedmiu latach król wrócił tam, gdzie jego miejsce. I nieważna jest obecna forma El Niño. Wypożyczenie hiszpańskiego napastnika to kolejny dowód, że Atléti rozwija się nie tylko pod względem sportowym, ale również marketingowym. Na boisku Los Colchoneros już dorównują Barcelonie i Realowi Madryt, ale żeby stworzyć rozpoznawalną markę, potrzeba czegoś więcej. Potrzeba takich piłkarzy jak Fernando Torres.
Nie było wątpliwości, że dla Los Colchoneros to będzie wyjątkowy dzień. Ale prezentacja Fernando Torresa na Vicente Calderón przeszła najśmielsze oczekiwania.
Komentarze (56)