Podsumowanie La Liga: Powrót syna marnotrawnego

n00stress, Eoren

6 stycznia 2015, 14:41

56 komentarzy

Ostatni weekend ostatecznie udowodnił, że La Liga pięknieje, ale charakterystycznego „szaleńczego” DNA nigdy się nie pozbędzie. I bardzo dobrze! Bez względu na okoliczności zawsze będziemy świadkami niespodziewanych zwrotów akcji i mowa tu nie tylko o wydarzeniach stricte sportowych. Ale chyba właśnie za tę gigantyczną pasję i nieprzewidywalność ją kochamy.

Czy 2015 rok mógł lepiej zacząć się dla sympatyków hiszpańskiej Primera División? Śmiemy wątpić… Enzo Pérez w końcu zawitał do Valencii, a Vicente Calderón było świadkiem powrotu króla, którego na prezentacji przywitało blisko 45 tysięcy kibiców. Jeżeli jeszcze wam mało, to na ławkę trenerską powraca ekstrawagancki Quique Sánchez Flores, który poprowadzi Getafe. Znak lepszych czasów dla zespołu z przedmieść Madrytu? Być może. Ale wielkie transfery były tylko przedsmakiem pasjonującego futbolu, jaki zaserwowała nam La Liga. Atlético znów pokazało, że w powietrzu nie ma sobie równych, i bez większych problemów pokonało Levante. Sevilla po lekkim kryzysie dobrze wchodzi w nowy rok i utrzymuje dystans do czołówki. Ale najciekawsze wydarzenia przyniosła niedziela, kiedy najpierw Valencia w hicie weekendu pokonała Real Madryt, a odrodzony Real Sociedad odprawił z kwitkiem Barcelonę. 

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że w La Liga wszystko idzie w dobrym kierunku i tylko Barcelona jest jakby oderwana od rzeczywistości. W stolicy Katalonii panuje jeden wielki burdel i nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej. Chyba, że ktoś pamięta czasy Núñeza i Gasparta. Wtedy można dojść do wniosku, że w sumie może być jeszcze gorzej. Ale po kolei…

Powrót Torresa na Calderón. Podniebne Atlético

„Od 24 lipca 2007 roku wszyscy czekaliśmy na ten moment. To nie jest zwykły dzień. To wyjątkowa chwila: Fernando Torres wraca do domu” - powiedział na konferencji prasowej prezydent Atlético Enrique Cerezo. Po ponad siedmiu latach król wrócił tam, gdzie jego miejsce. I nieważna jest obecna forma El Niño. Wypożyczenie hiszpańskiego napastnika to kolejny dowód, że Atléti rozwija się nie tylko pod względem sportowym, ale również marketingowym. Na boisku Los Colchoneros już dorównują Barcelonie i Realowi Madryt, ale żeby stworzyć rozpoznawalną markę, potrzeba czegoś więcej. Potrzeba takich piłkarzy jak Fernando Torres.

Nie było wątpliwości, że dla Los Colchoneros to będzie wyjątkowy dzień. Ale prezentacja Fernando Torresa na Vicente Calderón przeszła najśmielsze oczekiwania.

target="_blank">El Niño przywitało blisko 45 tysięcy kibiców, a klub w dwa dni sprzedał dwa tysiące koszulek z numerem 19. „Nadal nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę” - nie krył wzruszenia były napastnik Liverpoolu i Chelsea. Nie ma wątpliwości, że jeżeli ktoś ma przywrócić Torresa do życia, to tym kimś jest Diego Simeone. A przecież kiedyś razem biegali po boisku.

Sobotni pojedynek Atlético z Levante Fernando Torres oglądał jeszcze z wysokości trybun. I od razu mógł podziwiać, jak jego koledzy przywłaszczyli sobie przestrzeń powietrzną w Primera División, górując nad wszystkimi.

target="_blank">W sobotnie popołudnie wygrali 3:1, a wszystkie bramki dla gospodarzy padły po strzałach głową. Imponujące? Nie dla Atléti. Dla Los Colchoneros trafienie Diego Godína z 81. minuty było 18. golem głową w tym sezonie. Po 17 kolejkach wyrównali dorobek z poprzedniego sezonu. Ale przeciwko popularnym Żabom zachwycał przede wszystkim Antoine Griezmann, który po niemrawym początku w stolicy zaczyna pokazywać, jaki ma w sobie potencjał. 2014 rok zakończył hat-trickiem, a 2015 otworzył dubletem. Takiej sztuki nie dokonał jeszcze nikt.

„Yes we can”

Wygrana Atlético smakowała jeszcze lepiej, kiedy okazało się, że Valencia naprawdę potrafi pokonać Real Madryt, a hasło „Yes we can” zaczerpnięte z kampanii wyborczej Baracka Obamy nie jest jedynie pustym sloganem. Plakaty z Álvaro Negredo w roli głównej są kolejnym dowodem, że wraz z nadejściem Petera Lima tworzy się nowa siła, która już wkrótce zamierza rzucić wyzwanie wielkiej trójce. Pokonanie Królewskich jest jedynie początkiem drogi.

Ambicje nowego właściciela Valencii najlepiej obrazują dwa wielkie transfery. Álvaro Negredo przyszedł już w lecie za 30 milionów euro. Saga z Enzo Pérezem trwała trochę dłużej, ale ostatecznie Argentyńczyk trafił na Estadio Mestalla. Benfica dostała za swoją gwiazdę 25 milionów euro. Jeszcze rok temu takie transfery byłyby nie do pomyślenia. A teraz? Teraz już można się zastanawiać, kto będzie kolejną gwiazdą, która trafi do odradzającego się zespołu.

Balonik przed meczem na Mestalla napompowany został do granic możliwości i spotkanie nie zawiodło (

target="_blank">skrót). Fanatyzm i odradzającą się nadzieję na trybunach było widać gołym okiem, a pasję, z jaką walczyli piłkarze, oglądało się z czystą przyjemnością. Nawet trafienie Cristiano Ronaldo z rzutu karnego nie zdeprymowało podopiecznych Nuno. Gaya robił z Carvajala w każdej akcji wiatrak, Ronaldo został całkowicie zneutralizowany, a Otamendi udowadniał, że jest jednym z najlepszych obrońców ligi. Stan rywalizacji wyrównał Antonio Barragan, któremu w czerwcu kończy się kontrakt, a niecałe dziesięć minut później gola zdobył ten, który i bez tego był najlepszy na boisku, Nicolas Otamendi. Jeżeli Negredo to bestia, to należy zadać sobie pytanie - kim jest Argentyńczyk? 

Burdel w Barcelonie

U kibiców pamiętających czasy Gasparta wracają najgorsze wspomnienia. I nie ma się co dziwić. Takiego burdelu, jaki panuje obecnie w Barcelonie, nie widziano od dawna, a przecież już rok temu wydawało się, że gorzej być nie może. Sprzedaż Davida Villi za 2,5 miliona euro, afera przy transferze Neymara czy zarządzenie klubem przez gościa, na którego socios nawet nie głosowali. Chaos, chaos i jeszcze raz chaos. Ale ten chaos przeradza się w burdel, którego nikt już nie ogarnia. Przykro patrzeć, co dzieje się w ostatnich dniach z tym klubem. 

Niewykorzystanie potknięcia Realu Madryt i

target="_blank">klęska w San Sebastián była jedynie początkiem trzęsienia ziemi. Wydaje się, że Luis Enrique kompletnie stracił poparcie wśród piłkarzy, a