Przy Canaletes mówią. Zasłona milczenia i Bartra

Mateusz Bystrzycki

6 marca 2015, 13:48

99 komentarzy

Po raz piąty na przestrzeni ostatnich siedmiu lat Barcelona zagra o Puchar Króla. W decydującym o awansie do finałowej rozgrywki dwumeczu Duma Katalonii pokonała ostatecznie Villarreal aż 6:2. Tym samym drugi raz w historii dotarła do bezpośredniej batalii o krajowy puchar bez choćby zremisowanego spotkania. Ale w środowy wieczór culés otrzymali również kilka złych wiadomości.

Ze względu na ostatecznie imponujący rezultat dwumeczu z Żółtą Łodzią Podwodną spuszczę zasłonę milczenia na:

  • Nonszalancką, niechlujną grę nogami Marca-André ter Stegena, co brzmi jak idiotyczny oksymoron. Statystyki nie pozostawiają jednak żadnych wątpliwości - dokładnie 15 udanych zagrań na 27 podjętych prób. Na El Madrigal Niemiec źle wprowadzał piłkę do gry również ręką.
  • Słabą postawę Martína Montoi, który wobec doniesień o odejściu z Camp Nou Daniego Alvesa powinien zrobić wszystko, aby przekonać kibiców Barçy, że świat nie kończy się na Brazylijczyku. Owszem, nie na tym. Na innym, Douglasie. A potem pora umierać.
  • Kolejny mecz Alby, który jest niezwykle trudny do oceny. Niby po początkowych problemach zdołał zapanować nad pilnowaną strefą; niby Jonathan dos Santos (poza strzeloną bramką) nie dał o sobie szczególnie znać, podobnie zresztą jak duet napastników Villarrealu, nierzadko schodzący do skrzydeł; niby także zanotował dwie interwencje, cztery przechwyty i pięć wybić piłki (dla porównania liczby Montoi to kolejno: 1, 3, 1). W ofensywie 26-latek jednak niemal nie zaistniał. Być może był to efekt przedmeczowych założeń, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Alba jest w ostatnich tygodniach niespójny i nieregularny. Inna sprawa, że dla byłego zawodnika Valencii nie ma realnej alternatywy, Hiszpan po prostu za rzadko siada na ławce rezerwowych bądź na trybunach.
  • Kolejne spotkanie, w którym Javier Mascherano lepiej wygląda na pozycji defensywnego pomocnika aniżeli obrońcy. W tym kontekście kontuzja Sergio Busquetsa nie wydaje się wieszczonym od wczoraj atakiem egipskich plag na stolicę Katalonii. Paradoksalnie jednak fakt, że Argentyńczyk prezentuje się bardziej okazale wyżej od własnej bramki, świadczy o spadku jego formy, nie zaś jej stabilizacji na odpowiednim poziomie. Każdy, kto choć amatorsko kopał piłkę, wie, że braki w dyspozycji łatwiej ukryć z dala od pola karnego rywala, ale również i własnego. Czyli idealnie na pozycji defensywnego pomocnika.
  • Słabą postawę Busquetsa, której niejako zwieńczeniem był incydent z udziałem Tomása Piny i odniesiona kontuzja. W odmętach gromów zsyłanych na głowę pomocnika gospodarzy mało kto jednak zwrócił uwagę na fakt, że w akcji bramkowej Villarrealu Busi był po prostu spóźniony, źle ustawiony, za daleko od rywala. Nie pierwszy zresztą raz. Co więcej, wychowanek Barçy znów bezsensownie holował piłkę pod własnym polem karnym, co skutkowało nieodpowiedzialnymi stratami (który to już raz w skali całego sezonu?). 27-latek jest Blaugranie niezbędny. Ale w formie i pełni koncentracji. Obecność w drugiej linii Mascherano zmieni nieco geometrię gry, ale ogólna suma jakości nie spadnie w sposób drastyczny.
  • Następny do kolekcji anonimowy niemal występ Andrésa Iniesty. Znów bez gola i choćby jednej, marniutkiej asysty. W tym kontekście niepokojący jest również przeciętny występ Rafinhi. Jego potencjał i możliwości są niezaprzeczalne, jednak młodszemu z braci Alcântara po prostu brakuje minut. Aż strach spoglądać w przyszłość, nawet tę najbliższą, choćby przyszłosezonową. Bo jeśli ktoś w tej chwili pomyślał np. o przebywającym na wypożyczeniu w Sevilli Denisie Suárezie, to niech czym prędzej otrzeźwieje. Świeżutka, jeszcze ciepła statystyka - w ostatnich pięciu meczach Andaluzyjczyków młody pomocnik zagrał w sumie 37 minut. O jakość w drugiej linii Dumy Katalonii w kampanii 2015/16 już teraz powinna zadbać… Czarna Madonna z Montserrat.
  • Dyspozycję Neymara, któremu dobrze zrobi przymusowy odpoczynek w meczu z Rayo Vallecano. Na El Madrigal znów był świetny, strzelił dwa gole, oddał trzy celne strzały i posłał dwa kluczowe podania, ale w jego grze brakuje lekkości, świeżości, polotu. A to tak, jakby mieć Neymara tylko w połowie, oskubanego z jego niepodrabialnego DNA. No i ten egoizm…
  • Na absurdalne wędrówki w pole karne rywala stoperów Dumy Katalonii przy rzutach rożnych, podczas gdy ich koledzy niemal każdy stały fragment gry zamieniali w atak pozycyjny ze skrzydła.

W najbliższym czasie Barcelona będzie musiała radzić sobie bez Busquetsa. W związku z przesunięciem Masche otwartą kwestią pozostaje obsada pozycji partnera Gerarda Piqué. I nie mam żadnych, nawet śladowych wątpliwości, że powinien nim być Marc Bartra, nie zaś Jérémy Mathieu. Co więcej, na przestrzeni 26 rozegranych przez Francuza meczów nie pokazał on nic, co można by przedstawiać jako kontrargument przeciwko postawieniu na Bartrę. Jedyną przewagą byłego piłkarza Valencii jest jego ogranie, doświadczenie. Oczywistym jest jednak, że wychowanek Blaugrany już na starcie pozostaje w tej materii z tyłu, choćby ze względu na różnicę wieku. Jedynym sposobem, aby nadrobić dystans do Mathieu, jest po prostu gra, najlepiej kosztem Francuza właśnie. Nie znajduję powodów, dla których Bartra jest czwartym defensorem w hierarchii Enrique, nie zaś co najmniej (podkreślam, co najmniej) trzecim. Gracz z Sant Jaume dels Domenys doskonale gra głową, świetnie kryje rywali i odbiera im piłki, odpowiednio panuje nad futbolówką, co pozwala mu na właściwe rozpoczynanie ataku pozycyjnego. Ba, jego technika użytkowa owocuje aktywnym włączaniem się do ofensywy, co z kolei poskutkowało nie tylko trzema asystami w tym sezonie, ale również skojarzeniami z początkowymi harcami w barwach Barcelony Piqué. Tak, widzę w Bartrze młodego, nieopierzonego Piqué - odważnego, ale przy tym nieco chaotycznego, dynamicznego, czasem jednak nadaktywnego, przesadnie agresywnego, popełniającego proste błędy, także w ustawieniu. Ale aby wyeliminować powyższe przywary, Katalończyk potrzebuje prawdziwej szansy. Nie wymuszonej kontuzjami, jak u Gerardo Martino, a realnej, z pełnym zaufaniem, niezachwianą wiarą w jego umiejętności, nawet w chwilach incydentalnej słabości.

Umiejętności Mathieu i Bartry już teraz są porównywalne. Ba, w niektórych aspektach Katalończyk jest znacznie lepszy, choćby jeśli idzie o tak ważne w Barcelonie wyprowadzenie piłki spod własnej strefy obronnej. Defensor z Sant Jaume dels Domenys jest bardziej perspektywiczny, lepiej rokuje, trudno bowiem spodziewać się oszałamiającego progresu 31-letniego Mathieu, który pozwoli mu na wspięcie się na poziom Blaugrany. Bo trzeba wreszcie otwarcie odtrąbić, że Francuz jest solidnym ligowcem, racjonalną alternatywą, sensownym zabezpieczeniem, ale nikim i niczym więcej. Nie da Barcelonie gwarancji jakości w tyłach, spokoju, odpowiedzialności, jednocześnie dbając o ekstradodatek w ofensywie. Czasem Mathieu wygląda jak tykająca bomba, odbezpieczony granat, przechadzający się po polu karnym Barçy. Jest niechlujny, niedokładny, toporny, nieco kanciasty, jakby tuż przed chwilą urwał się z choinki. I spadł prosto na Camp Nou.

Nie ma sensu porównywanie statystyk Bartry i Mathieu z trwającego sezonu, choćby ze względu na różną liczbę rozegranych meczów i ich rangę. Jednak kolejnym niebagatelnym argumentem przemawiającym za Katalończykiem jest fakt, że jest on wychowankiem Barcelony, chłopakiem stąd. W końcu to Barça, szczycąca się etosem klubu ponad wszystkie inne, także ze względu na nienaganne szkolenie młodzieży i jej masowe wprowadzanie do pierwszej drużyny. Różnicę w zachowaniu poza boiskiem pozostawię bez szerszego komentarza. Zestawcie sobie wypowiedzi obu piłkarzy (Mathieu o grze na lewej flance podczas październikowego El Clásico, konflikcie Lucho z Messim czy… paleniu papierosów).

W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć nieodżałowanego Andoniego Zubizarrety. Dokładnie 1793 dni (od pozyskania Dmytro Czygrynskiego) musieli czekać kibice Barcelony na transfer nowego stopera. I tak, Blaugrana przebyła drogę od Thiago Silvy, przez Davida Luiza, Marquinhosa, Matsa Hummelsa, Eliaquima Mangalę i Fabiana Schära aż po Daleya Blinda. W międzyczasie Mathieu był do wzięcia za 10 mln euro. Po roku zwłoki Blaugrana wyłożyła na stół drugie tyle, czym pobiła rekord transferu stopera po trzydziestce. Dotychczas wynosił on 8 milionów euro, jakie w 2006 roku Real Madryt zapłacił Juventusowi za 33-letniego Fabio Cannavaro. Co ciekawe, w lipcu 31-latek wystosował oficjalny list do włodarzy Valencii z prośbą o zgodę na transfer i odmówił gry w dwóch sparingach, a byłych już kolegów opuścił w drodze na zgrupowanie, w trakcie międzylądowania w Madrycie. W takich oto okolicznościach Barcelona łatała powstałą przez lata zaniedbań wyrwę na środku defensywy. Na to również należy spuścić zasłonę milczenia.

Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou"

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (99)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze