To był dziwny mecz. Szarpany, nieregularny, o kilku odmiennych twarzach. Tym trudniej ocenić i skomentować to, co w niedzielny wieczór wydarzyło się na pulsującym od emocji Camp Nou. Bo Barça zagrała jak nie Barça. Ale wygrała mecz, który nie tak dawno temu prawdopodobnie by przegrała. Tym razem, tradycyjnie powielane błędy z przeszłości, uszły Barcelonie „na sucho”.
Przed niedzielnym klasykiem Carlo Ancelotti powiedział, że takie mecze wygrywa się głową. Na Camp Nou okazało się (który to już raz?), że w wielkich bataliach, gdy o wyniku decydują mikroskopijne detale, kluczowy może być aspekt pozornie drugoplanowy. Bo Real Madryt dominował w środku boiska (i w całym meczu) do chwili, gdy jego płuca - w osobie Luki Modrića - oddychały miarowo i spokojnie. Przewaga osiągnięta w centralnej strefie boiska pozwalała dobrze przygotowanym taktycznie do spotkania Królewskim na dyktowanie warunków i tempa wyczerpującej rywalizacji. Trio Modrić-Isco-Kroos zdominowało boiskowe wydarzenia do tego stopnia, że przy nich gladiatorscy pozornie Javier Mascherano i Ivan Rakitić wyglądali na zlęknionych członków Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Ale już przed meczem, podczas lektury wyjściowych składów, nabazgrałem w zeszycie luźne hasło: „Real nie ma ławki”. Zmęczonym, mającym w nogach więcej minut piłkarzom z Madrytu po prostu zabrakło pary. Naturalnym wydaje się więc sięgnięcie po rezerwowych, ale podejrzewam, że Ancelottiemu odechciewało się korekt dokładnie w chwili, gdy odwracał się za siebie i spoglądał na potencjalnych zmienników.
Inna sprawa, że Barça zadawała rywalowi ciosy akurat w momentach, gdy ten nabierał rozpędu. Mający w głowach ostatnie niepowodzenia goście musieli więc na nowo układać sobie grę i „wchodzić” w mecz (Modrić przyznał po spotkaniu: „Druga bramka dla Barçy zabiła nas mentalnie”). I tak przychodziło im to wyjątkowo łatwo. Z kilku powodów. Mascherano zagrał jeden z najsłabszych meczów na pozycji defensywnego pomocnika w barwach Barcelony. Argentyńczyk zanotował raptem jedną interwencję. Ponadto, zero odbiorów, zero zablokowanych strzałów i zero wybić. Nic dziwnego, że stołeczni zawodnicy zbierali niemal wszystkie tzw. „drugie piłki”, a w okolicach koła środkowego po stronie gospodarzy straszyła ogromna dziura. Tym bardziej, że doskonały w ostatnich tygodniach Rakitić tracił wigor przy bezsensownym bieganiu za swobodnie przesuwaną przez Real piłką. Od Andrésa Iniesty trudno wymagać efektywnej gry w destrukcji, choć w niedawnej batalii z Manchesterem City uzbierał cztery odbiory. Gorzej, że ostatnią ligową asystę Don Andrés zanotował niemal równo przed rokiem - 26 marca, w rywalizacji z Celtą Vigo. Niedzielny klasyk był kolejnym spotkaniem, w którym liczby nie obronią odchodzącego mistrza. Niby ciągle ma „to coś”, ale magii w tym coraz mniej, a wymiernych korzyści niemal w ogóle.
W związku z powyższym z utęsknieniem oczekiwałem na wejście Sergio Busquetsa (Luis Enrique dokonywał odpowiednich zmian, choć były one nieco spóźnione). Znów okazało się, że Busi jest dla Barcelony niezbędny, nieoceniony. Tempomat, barometr gospodarzy zagrał raptem 15 minut, ale w tym czasie podawał ze stuprocentową celnością i zaliczył jeden odbiór. Można domniemywać, że przy obecności Busquetsa w wyjściowym składzie niedzielny szlagier wyglądałby nieco inaczej. Choćby w aspekcie porządkowania gry i posiadania piłki. 51% trzymania futbolówki przy stopie to najsłabszy wynik Dumy Katalonii od czasu pamiętnego meczu przeciwko Rayo Vallecano za kadencji Gerardo Martino.
Ale nie mam pewności, że przy golu Cristiano Ronaldo 27-latek zachowałby się lepiej aniżeli Mascherano. Gol dla Realu idzie na konto Argentyńczyka i Jérémy’ego Mathieu, bo Gerard Piqué podążył za świetnym tego dnia Karimem Benzemą. Francuskiego obrońcę ratują pozostałe interwencje i przede wszystkim gol, który dał gospodarzom możliwość złapania głębszego oddechu. Mathieu zaliczył trzy interwencje, trzy przechwyty, sześć wybić piłki i jeden blok. Ale jego osiągnięcia kurczą się przy dokonaniach powracającego do doskonałej formy Piqué. W niedzielę można było odnieść wrażenie, że Katalończyk został sklonowany, bo był zawsze tam, gdzie Real stwarzał zagrożenie. 28-latek bezbłędnie krył ruchliwych przecież rywali, świetnie odbierał im piłkę, także dzięki mądremu ustawianiu się. Wykonywał też imponująco skuteczne wślizgi, co przy jego parametrach wzrostowo-wagowych musi budzić szacunek. Liczby sześciu odzyskanych futbolówek, pięciu wybić i dwóch bloków dopełniają obrazu bezbłędnego występu Geriego. A wisienką na torcie jest jego wkład w grę ofensywną Barcelony. Chodzi głównie o odpowiednią dystrybucję piłki i… próbę oddania strzału przewrotką po jednym ze stałych fragmentów gry. Nic dziwnego, że Carles Puyol napisał po meczu na jednym z portali społecznościowych: „Wielki Piqué, jesteś najlepszy!”.
Oprócz elementów cokolwiek zaskakujących, niedzielny mecz pozwolił także na potwierdzenie kilku obserwacji. Że Barça świetnie broni i atakuje przy stałych fragmentach gry (do wczoraj Barcelona nie zdobyła bramki po strzale głową na Camp Nou w El Clásico od prawie 12 lat); że Iniestę stać już tylko na incydentalne zrywy; że Dani Alves potrafi być nieoceniony z przodu, ale również wyjątkowo uczynny w stosunku do rywali z tyłu; że bramka Barcelony dawno nie miała tak dobrej obsady; że Neymar jest ostatnio w słabszej dyspozycji, co niestety idzie w parze z jakby bardziej ekscentrycznym wizerunkiem; że Barcelona Lucho potrafi cierpieć bez piłki, grać schowana za podwójną gardą i atakować z kontry oraz prostymi środkami; że Luis Suárez jest wart wielkich pieniędzy i jest snajperem pełną gębą, który potrafi wyczarować coś z niczego.
I fakt najważniejszy, przy którym należy pochylić się jakby z głębszą atencją. Otóż Barcelona była w niedzielny wieczór wyjątkowo nieskuteczna. Identycznie, jak w październikowym starciu w Madrycie, mogła zdobyć gola na 2:0. Nie zdobyła, a za chwilę na tablicy świetlnej widniało przykre 1:1. Znów zabrakło precyzji, chłodnych głów, wykończenia, co mogło przysporzyć gospodarzom sporo problemów. Podobnie zresztą jak w środowym starciu z Manchesterem City. Barça musi być bezwzględna i szybciej „zamykać mecze”, bo niewykorzystane okazje mogą zemścić się w najmniej sprzyjającej chwili. Np. w walce o półfinał Ligi Mistrzów.
I na koniec jeszcze jeden dowód na to, że w niedzielę wszystko było jakby na odwrót. W wyjściowym składzie Blaugrany zagrało raptem czterech wychowanków. To znaczący regres w porównaniu do rekordowych w tej jakże barcelońskiej kwestii półfinałów Copa del Rey z 2013 roku, kiedy to w tzw. „podstawie” znalazło się aż dziewięciu canteranos. Co więcej, po raz pierwszy od 13 grudnia 2008 roku w pierwszym składzie Realu znalazło się więcej Hiszpanów niż w jedenastce gospodarzy. Czy wygrywanie wielkich meczów przy pomocy wychowanków nie jest możliwe w chwili, gdy przedstawiciele złotego pokolenia, choćby w osobach Iniesty i Xaviego, brną w smutną dekadencję? Czy Barça jest skazana na powtarzanie operacji podobnych do transferów Neymara i El Pistolero? To zasadne pytania, choćby w kontekście dramatycznej w ostatnich miesiącach postawy drugiego zespołu.
Podejrzewam jednak, że dziś radość z wygranej z odwiecznym rywalem spycha powyższe zagadnienie na margines. Barcelona wygrała 18 z pierwszych 20 gier w 2015 roku, co jest jej klubowym rekordem. Dziewiąte na przestrzeni ostatnich 14 meczów zwycięstwo z Królewskimi nie zostało odniesione w wielkim stylu, ale w końcu Giuseppe Verdi już w XIX wieku zauważył w słynnej „Traviacie”, że „umieranie to też życie”. Dobrze wiedzieć, że Barça potrafi cierpieć i wygrywać. To niecodzienna sytuacja.
Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou”.
Komentarze (78)