Król zaprosił Damę do tańca, a przy stole nerwowe spojrzenia

Dawid Kutryn

5 maja 2015, 18:08

58 komentarzy

Zaczęło się! Półfinałowy taniec z futbolowymi gwiazdami jawi się jako crème de la crème dla kibiców i dziennikarzy z całego świata. Jak co roku panowie Míchel Platini, Gianni Infantino i Giorgio Marchetti organizują swój doroczny, wielki półfinałowy bal, który rozmachem i splendorem może się równać tylko z przyjęciami organizowanymi przez Wielkiego Gatsby’ego.

Gra tutaj najlepsza orkiestra, gotują najwspanialsi kucharze, barmani serwują najszlachetniejsze alkohole. Wszystko odbywa się w niezmierzonej wzrokiem rezydencji, wypełnionej majestatycznymi portretami mitycznych bohaterów takich bali sprzed lat, jak Koeman, Zidane, Maldini, Raúl, Seedorf czy Kahn. Zaproszenie tu otrzymują tylko ci najwięksi, najsłynniejsi, po prostu najdostojniejsi goście. Rok rocznie muszą oni jednak udowadniać trójce organizatorów, w wielomiesięcznych etapach selekcji, że to właśnie ich obecność na tym przyjęciu doda niewysłowionego prestiżu całej imprezie, która na zewnątrz sprzeda się w jednostce prawami telewizyjnymi mierzonej. Na pozór, cztery zaproszone delegacje są tak wspaniałe, że żywione samouwielbieniem śmiało mogłyby pomyśleć : „Po co nam wyścig po te zaproszenia. Bez nas ta zabawa i tak nie ma sensu”. Jednak błyskotliwość i wspaniała historia tych czterech reprezentantów nie oznacza ich samowystarczalności. Żeby dostać się na ten bankiet są gotowi na wszystko. Takie już tej gry reguły, że uczta bez ich obecności traci, ale oni bez zaproszenia od Platiniego i spółki, zakończonego zwrotem RSVP, też żyć nie mogą. Nie weszli na tę imprezę szejkowie z Paryża czy Manchesteru. Tutaj nie każdy może wykupić sobie po prostu pulę biletów. Na takiej gali trzeba zwyczajnie pasować do towarzystwa. Nam jednak udało się wejść na to przyjęcie z kamerą. Oto co widzimy.

Kto kogo w tańcu poprowadzi?

Stara Dama, nieco już zapomniana, porusza się po sali dostojnym, charakterystycznym dla siebie krokiem. Odświeża sobie atmosferę takiej uroczystości, wszak ostatni raz zjawiła się na niej dwanaście lat temu. Dziś w głębi duszy cieszy się już samym uczestnictwem w imprezie. Pamięta jak okrutne były dla niej ostatnie wykluczenia od razu po ‘before party’. Podczas przechadzki spogląda na wszystkie detale pałacowego wnętrza. Dociera do niej jak wiele zmieniło się przez długie lata jej absencji. Z rozrzewnieniem wspomina drugą fazę grupową w drodze na półfinałową zabawę czy też Lennarta Johanssona, który jako ostatni wysłał jej invite na uefowski wieczorek. Sprawdziła listę pozostałych gości, ale nie chce zwracać na nich uwagi. Koncentruje się na sobie ciesząc się z każdej chwili na świeczniku. Orkiestra zaczyna już swobodnie przygrywać pierwsze rytmy, kiedy to nagle, zupełnie przypadkowo, lekko szturchnął ją z boku inny z zaproszonych gości, to Król. Bawiący się już po raz piąty z rzędu na tym evencie monarcha zyskał podwójnie na znaczeniu. Jako najczęściej w historii koronowana głowa tych przyjęć zyskał sobie prawo do wiecznego szacunku. Ponadto, jest także obecnie panującym królem sztandarowego wydarzenia UEFY, który odzyskał to miano po nadzwyczaj długim okresie wyczekiwania. Początkowo władca jest lekko zmieszany, ale w formie przeprosin postanawia oficjalnie zaprosić Damę do tańca, na co ta przystaje bez wahania. Oboje cieszą się, że na siebie trafili. Podświadomie zdają sobie sprawę, że tango z pozostałymi zaproszonymi mogłoby się skończyć dla nich czymś w rodzaju breakdance’a i połamaniem kończyn, co na takiej imprezie naturalnie nikomu nie przystoi.

Król myśli, że to on będzie w tym tańcu prowadził, bo Stara Dama pewnie zdążyła już zapomnieć jak należy zachowywać się na tego typu przyjęciach – „To moja przewaga”– pomyślał. Zapomniał przy okazji, że seniorka, ubrana w suknię w biało – czarne pionowe pasy, już zakończyła w przeszłości ich kilka wspólnych tańców wypłacając możnowładcy siarczysty policzek za zbyt zuchwałe podejście wobec starszej pani. Jej poprzedni półfinałowy bal to zarazem jeden z jej ostatnich najpiękniejszych pląsów przed widownią Stadio Delle Alpi. Choć ze wszystkich odprowadzających ją na tamten wieczór wnuków, pamięta to tylko Gianluigi Buffon, nie można oprzeć się wrażeniu, że tamta historia wciąż wyznacza rytm bicia romantycznego serca La Vecchia Signora. Król już dawno wyparł to ze swojej pamięci i dumnie pręży muskuły, podejrzewając imperialnie, że to on za chwilę będzie rozdawał karty. Ona zaś pozostając w zgodzie ze swoją elegancją grzecznie się uśmiecha, wypatrując swojej szansy w tym, że za chwilę panowanie nad orkiestrą przejmie jej najwytworniejszy dyrygent, Andrea Pirlo. Jeśli tak się stanie, to wiecznie młody Andrea zagra taką melodię, która sprawi, że taniec odbędzie się na warunkach Starej Damy. A wtedy nawet Król będzie musiał wytoczyć najcięższe, ale zawsze szarmanckie działa, aby nie opuścić zabawy wcześniej niż jego partnerka.

A kto kogo z przyjęcia wyrzuci?

Nieco dalej od parkietu, na którym próbują swych sił Dama i Król, znajduje się ogromny stół dla pozostałych dwóch gości. Skojarzono tam całą delegację monachijskiego Césarza Uliego, który z powodów prawnych nie mógł się zjawić osobiście, oraz całą gamę osób towarzyszących Gwieździe Wieczoru, której na imię Barça. De nomine wszystko jest w porządku, wszyscy prawią sobie nawzajem komplementy, ale oba obozy czują się w swoim towarzystwie bardzo nieswojo. Wszystko przez szykownego jegomościa – Pepa Guardiolę, który ma na tych balach stuprocentową frekwencję. Kiedyś pojawiał się tu w garniturze nosząc bordowo – granatową poszetkę i herb Barçy na klapach marynarki. Wtedy nie miał sobie równych na parkiecie przy rytmach zatytułowanych "Cant del Barça" czy "Que tinguem sort". Dziś jest naczelnikiem wyprawy bawarskiego giganta, co zarówno jednym, jak i drugim nie jest w smak. Sam Pep sprawił, że Barça może dzisiaj wprowadzić na salony niezliczoną paletę towarzyszy. Wzięła więc dziś ze sobą Messiego, Iniestę, Xaviego, Neymara czy Suáreza. Césarza oprócz Pepa reprezentują między innymi: Xabi Alonso, Müller, Alcântara, Lahm, Lewandowski. Jednak Guardiola nie czuje się bezpiecznie z takim wsparciem. Najchętniej wysłałby obecnego konsjerża po Arjena Robbena, lecz doskonale wie, że tej zachcianki dystyngowany kamerdyner spełnić nie może.

Obie strony nie chcą za żadne skarby wyjść do siebie z inicjatywą tańca. Odwlekają to w czasie jak tylko mogą. Chcieliby udać się na werandę lokalu uciąć sobie pogawędkę z barmanem. Woleliby zatańczyć z panującym Królem lub powracającą do łask Starą Damą, byleby tylko nie dopuścić do tak nietypowej sytuacji. Wszystkie ich pomysły ucieczki od przeznaczenia są nierealne. Nie w tej grze, nie w tej zabawie, nie w tej scenerii. Kurtuazje będą miały swój kres w momencie, gdy Gianni Infantino poprosi orkiestrę o zagranie ponadczasowego przeboju zaczynającego się od słów: "Ils sont les meilleurs", który będzie znakiem dla obu ekip, niczym trzy dzwonki w teatrze, że spodziewamy się ich na parkiecie i nie będzie już od tego odwrotu. Oboje wiedzą, że ktoś w tym tańcu, wcześniej czy później, postawi nogę nie pod takim kątem jak podręcznik nakazuje. Półfinałowy partner to wykorzysta uzyskując przewagę sytuacyjną. Posłuży to wyrzuceniu niewygodnego dla siebie gościa poza mury rezydencji, żeby nie frasować się z nim dłużej przy jednym stoliku.

---

Półfinałowe tańce na włościach UEFA to jedna z metafor sportu. Pech jednego jest szczęściem drugiego. Okrutne reguły tego bankietu mówią wprost: na tegoroczne berlińskie afterparty pojedzie tylko dwóch z czterech zaproszonych gości. Przed wejściem każdy dobrowolnie się pod tym podpisuje. Do samego końca, jak na Titanicu, zostanie też orkiestra. Kawałek "We are the champions" zostawi sobie na Berlin. Półfinałowe party zakończy numerem "Show must go on".

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (58)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze