Dla Barçy jest jak Cotton Club dla jazzu. Albo Cavern Club dla Beatlesów. Napisał jej najlepszą historię, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że jakby z tylnego siedzenia. Na afiszach byli inni, ale kierownica niemal zawsze należała do niego. - Nawet w restauracjach wybieram stoliki z najlepszym widokiem na całe pomieszczenie. Chcę mieć kontrolę, przekrój - mówi. Xavi Hernández - legenda Barcelony, symbol jej złotego pokolenia, ikona La Masíi. I wreszcie chyba najważniejsze - uosobienie boiskowej tożsamości Blaugrany. Wielkimi krokami zbliża się pożegnanie z mistrzem.
W „trypletowym” gwarze barcelonismo jakby nieco zapomniało o skomplikowanej sytuacji Xaviego. Od początku roku, kiedy to Creus został przyłapany na swoistym rekonesansie w katarskim Al-Sadd, spekulowało się o odejściu jednego z najwybitniejszych piłkarzy w historii hiszpańskiego futbolu. Blisko rozstania było już latem, ale ostatecznie Luis Enrique przekonał Xaviego do pozostania na Camp Nou przynajmniej na sezon 2014/15. Jakby wiedział, że w drodze do finalnego sukcesu 35-letni pomocnik odegra ważną rolę. Już nie kluczową, bo zmieniające się futbol i boiskowy rys Barçy coraz rzadziej mieszczą w swoich ramach dostojnego, eleganckiego dyrygenta drugiej linii. Z biegiem czasu, z oczywistych przyczyn biologicznych, Creus stał się zawodnikiem o rysie nieco archaicznym - mniej biegającym, słabszym w odbiorze, kryciu i pressingu, o spowolnionej decyzyjności i blaknącej pewności siebie. Pomimo niezaprzeczalnej - choć już nieco wypłowiałej - klasy i osiągnięć, Xavi stał się dla Barcelony ostatnich dwóch lat jej ciężarem, nie zaś zbawieniem, jak jeszcze do niedawna. Ale Lucho doskonale zdiagnozował przypadłości pogrążającego się w chorobie pacjenta, coraz bardziej wyalienowanego, nieprzystającego do zmieniającego się, pędzącego świata futbolu. Asturyjczyk przesunął Creusa na pozycję zajmowaną zazwyczaj przez Andrésa Iniestę, nieco wyżej, bliżej bramki przeciwnika, usuwając z jego barków niewygodne zadania destrukcyjne. Dziś Xavi to ofensywniej usposobiony regulator tempa gry, dbający o dokładność rozegrania, panujący nad posiadaniem futbolówki, ale ciągle przecież zdolny do posłania decydującego, kluczowego podania - tego krótkiego i prostopadłego albo też dłuższego i krzyżowego. Bez wątpienia mistrz z Terrassy starzeje się niezwykle pięknie, z klasą i elegancją, jakby ten niemożliwy do odegnania okres schyłku miał spiąć jego bogatą, imponującą karierę błyszczącą klamrą. Oby świeciła ona blaskiem trypletu. Na inne pożegnanie Generał po prostu nie zasłużył.
Początki w taksówce
Xavi Hernández urodził się w Terrassie. Jego ojciec, Joaquim, był piłkarzem Sabadell. To on wpoił Creusowi miłość do futbolu i Barçy, ale również udzielił najcenniejszej lekcji. - Gdy jesteś piłkarzem Barcelony, czujesz się wyjątkowo. Jesteś ważny, inny niż wszyscy. I właśnie dlatego, zwłaszcza na początku, potrzebujesz kogoś, kto wskaże ci szanse i zagrożenia. Moją przewagą było doświadczenie mojego ojca, który mógł grać w ekstraklasie, a skończył w trzeciej lidze - wspominał w niedawnej rozmowie z El Periódico Xavi. Podczas turnieju przeciwko penyom Blaugrany wypatrzył go słynny Oriol Tort, ale rodzice Generała nie chcieli, aby opuszczał rodzinny dom. Dwa lata później pojechał na testy, które przeprowadzano na boisku obok Mini Estadi. - Na tym samym, na którym sprawdzano Messiego. Bardzo się denerwowałem - wraca pamięcią Xavi. Zagrał jako „fałszywa dziewiątka”, strzelił dwa gole.
No i zaczęło się. - Klub wynajmował taksówkę, która zabierała chłopców z miejscowości położonych pod Barceloną. Nierzadko odrabiałem pracę domową w samochodzie. Najgorszym momentem był koniec sezonu. Wtedy okazywało się, kto zostanie w drużynie, a kto odejdzie. Ci drudzy płakali, bo wydawało nam się wtedy, że świat kończy się na Barcelonie - opowiada Xavi. Przebrnął przez wszystkie szczeble juniorskie. W sezonie 1997/98 dostał się do bezpośredniego zaplecza Barçy, z którym awansował do Segunda División. Po powrocie z mistrzostw świata U-18 Louis van Gaal włączył go do pierwszej drużyny. - Od razu wiedziałem, że to będzie dobry piłkarz. Planowałem wprowadzić go w dorosły futbol powściągliwie, ale on natychmiast chciał dostawać każdą piłkę - wspominał po latach Holender w rozmowie z De Telegraaf.
Xavi był ważnym zawodnikiem Barcelony w kampanii 1998/99, która zakończyła się triumfem w Primera División. Kiedy wydawało się, że w związku z powrotem po kontuzji Pepa Guardioli van Gaal odstawi od składu młokosa, ale pomocnik z Santpedor doznał kolejnego urazu. Xavi skorzystał więc na pechu swojego przyszłego szkoleniowca. - Czułem na plecach jego oddech. Wtedy istniało stanowisko, że Pepa może zastąpić tylko ktoś stąd. Kiedy zaliczałem udane mecze, wszystko było w porządku, ale po słabszym spotkaniu przywoływano Pepa. Wówczas poczułem, ile tak naprawdę znaczył Guardiola. Wszyscy go kochali - mówi Xavi. Brzemię następcy obecnego trenera Bayernu Monachium stało się trudniejsze do zniesienia, kiedy ten odszedł do Brescii Calcio. W sezonie 2001/02 Xavi zanotował 35 ligowych występów, zdobywając w nich 4 gole i notując 9 asyst. - Wszystko szło dobrze, ale potem nastała epoka Gasparta i pięć lat bez żadnego tytułu. Zaczęła się dyskusja o zmianie stylu, który w jakimś sensie ja uosabiałem. Kiedy przychodzą porażki, w Barcelonie rozważa się korektę sposobu gry, postawienie na fizyczność i walkę. Nie kwestionuje się zaangażowania, tylko styl. To był trudny czas. Mówili, że gram staroświecko, że Davids jest lepszy, że podaję tylko w poprzek… - rozpamiętuje Generał.
Xavi i dziesięciu Japończyków
Sezon 2004/05 był już lepszy. Creus znów stał się ważną częścią Barcelony, choć centralną postacią drużyny był Ronaldinho. Blaugrana odzyskała panowanie w Hiszpanii, a z Ligi Mistrzów w 1/8 finału wyeliminowała ją Chelsea. Następny rok był jednak dużym rozczarowaniem. Co prawda drużynowo Barça osiągnęła niemal wszystko, ale z powodu kontuzji Xavi zagrał tylko 15 meczów ligowych, zaś finał Ligi Mistrzów z Arsenalem w całości spędził na ławce rezerwowych. Przełom nastąpił w chwili, gdy reprezentację Hiszpanii objął Luis Aragonés. - Wtedy zaczęły się moje najlepsze lata. Luis ciągle powtarzał mi: „Moja drużyna to dziesięciu Japończyków i pan. Dajcie mi dziesięciu przypadkowych ludzi, wszystko mi jedno. Oby pan był blisko piłki i czuł się komfortowo”. Wyobrażacie sobie, ile to dla mnie znaczyło? - pyta retorycznie Xavi. Nic dziwnego, że po śmierci Aragonésa napisał na łamach El País: „Wiem, że będę za nim tęsknił. Bardzo kochałem Luisa Aragonésa. (…) Żegnaj Trenerze, dziękuję za wszystko. I niech pan pamięta - ani pan, ani ja nigdy nie byliśmy Japończykami”.
A potem? Potem to już wszyscy wiecie. „Barça sześciu pucharów”, era Guardioli, wielkie sukcesy La Roja i podium Złotej Piłki. W sezonie 2008/09 Xavi uzbierał we wszystkich rozgrywkach obłędną liczbę 10 goli i 30 asyst! Kłopoty nadeszły wraz z odejściem Guardioli, u Gerardo Martino było już całkiem źle. Generał grał coraz mniej, nierzadko przesiadując całe spotkania wśród rezerwowych. Nikł w oczach, gasł także poza boiskiem, gdzie dopadały go głosy o końcu jego ery i koniecznym rozstaniu z Barceloną. Zanotował raptem 4 gole i 6 asyst. Punktem kulminacyjnym był ostatni mecz ligowy i tylko 13 minut w starciu o mistrzostwo Hiszpanii z Atlético Madryt. Następnie przyszedł mundial i blamaż w Brazylii, który tylko utwierdził Creusa w nostalgicznym zwątpieniu. Chciał odejść. Kiedyś miał oferty z Manchesteru United i Bayernu Monachium, teraz w grę wchodziły Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie lub MLS. W styczniu 2010 roku portal transfermarkt.de wyceniał go na 65 milionów euro. Dziś jest to raptem 5 milionów. Ale Xavi jest bezcenny, niewymierny i niepoliczalny, to ktoś znacznie większy od liczb i pieniężnych kwot. Postać pomnikowa, która naznaczyła swoją epokę, torując Barcelonie drogę do największych triumfów w 115-letniej historii klubu.
Właśnie zaliczył 150. mecz w Lidze Mistrzów i wygrał 8. tytuł mistrza Hiszpanii. Jego gablotę zdobi w sumie 29 różnych trofeów drużynowych, to najbardziej utytułowany zawodnik w historii Barçy i całego hiszpańskiego futbolu. O laurach indywidualnych nie ma nawet sensu wspominać. Kiedyś zastąpił Guardiolę, teraz odchodzi tak jak on, w 2001 roku. Oby powrócił do domu tak, jak Pep - w wielkim, niepodważalnym, triumfalnym stylu.
I na koniec jeszcze raz Xavier Xavi Hernández i Creus: „Od taksówki aż do tutaj… To wszystko przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ja chciałem tylko być piłkarzem, najlepiej - jak się uda - to Barcelony. Widziałem zawodników o wiele lepszych ode mnie, z warunkami do gry jak Messi, ale czegoś im zabrakło. Ja miałem cierpliwość i szczęście, ale wiem, że nie kochając mocno Barçy, nie dasz rady. Czuję się zwycięzcą, że dotarłem aż tutaj. Patrzę wstecz i myślę: ale jestem zadowolony”.
Dziękujemy za wszystko, mistrzu. Wracaj do nas szybko.
Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou"
Komentarze (54)