Cruyff: Tutaj albo robisz coś dobrze, albo jesteś martwy

Eoren

3 czerwca 2015, 14:13

El Periodico

15 komentarzy

Johan Cruyff, legendarny piłkarz i trener FC Barcelony, udzielił wywiadu dla El Periódico. To Holender został pierwszym szkoleniowcem Barçy, który sięgnął po Puchar Europy. Europejska historia Barcelony, przynajmniej ta pełna sukcesów, rozpoczęła się na Wembley w momencie, gdy Cruyff powiedział do zawodników „Wyjdźcie i cieszcie się grą”. I tak zrobili. Dziś Holender komentuje zbliżający się finał Ligi Mistrzów, w którym Barcelona będzie mogła sięgnąć po to trofeum po raz piąty w historii.

El Periódico: Minęły 23 lata...
Johan Cruyff: Cholera, jak ten czas szybko leci.

A teraz drużyna zmierza po La Quintę, piąty Puchar Europy. Czy można go porównywać z tym pierwszym?
Jeśli weźmiemy pod uwagę presję, to nie. Za pierwszym razem presja była o wiele większa. Mieliśmy w pamięci finał w Sewilli [w 1986 roku, przegrany w rzutach karnych ze Steuą Bukareszt – przyp. Eoren], nie wygraliśmy jeszcze żadnego Pucharu Europy i mieliśmy mentalność... cóż, była, jaka była.

Jaką mentalność?
Chodzi o strach. Baliśmy się przegrać kolejny finał. Nuñez na przykład, powtarzał: „Niech to szlag, po jaką cholerę gramy kolejny finał, skoro wszystkie przegrywamy?”. A ja na to: „Do jasnej cholery, po to, żeby go wygrać!”. Chciałem dotrzeć do finału w każdych rozgrywkach: jeśli jakiś przegrasz, cóż – szkoda. Ale inne wygrasz.

To bardzo odmienna mentalność od tej, którą znamy.
Tak, bo dominował strach przed kolejną porażką.

A jak to wyglądało w szatni?
Nie, w szatni było inaczej. Mieliśmy wielu nowych zawodników, którzy nie wygrali, ani nie przegrali jeszcze żadnego finału. Oni mieli więcej entuzjazmu, niż strachu.

Czyli problemem było entorno, otoczenie...
O tak, zarząd, wszyscy ludzie, którzy znajdują się blisko klubu. To trwało tygodnie przed meczem. Ale potem odcięliśmy się od nich, nie mogli nachodzić nas w hotelu.

Pamięta pan moment, gdy wyszliście na stadion?
To była niezwykła atmosfera. Pamiętam, że myśleliśmy tylko o tym: wygrać, ten jeden raz. Wiemy, że porażka to coś, z czym trzeba się liczyć. Ale trzeba iść i zrobić wszystko, by wygrać a nie oczekiwać na zwycięstwo. To najczęstszy błąd, zarówno w futbolu, jak i innych sportach. To krzyż, który muszą nieść na ramionach wszyscy wielcy: kiedy rozpoczyna się mecz, na wyświetlaczu jest 0:0 wiesz, że tracisz dwa punkty i musisz je zdobyć. Taka powinna być mentalność.

Od tej chwili Barça stała się europejskim potentatem.
Teraz nie musi już żyć w strachu przed porażką. Wiele się zmieniło i skierowało na właściwe tory, choć były momenty, gdy nie brakowało „czarnych dziur”. Najpiękniejsze dla mnie jest to, jaki udział w ostatnich europejskich finałach miał hiszpański futbol. Zmienia się piłka we Włoszech, w Niemczech, w Anglii... a Hiszpania wciąż podąża tą samą ścieżką. Wśród ośmiu półfinalistów Ligi Mistrzów i Ligi Europy znalazły się trzy drużyny z Hiszpanii i trzy z Włoch. Sevilla sięgnęła po puchar grając bardzo dobrze, grając wspaniale. Ale calcio też wraca do gry i prezentuje się naprawdę nieźle. Dla odmiany – zabrakło Anglików.

Jakby to pan wytłumaczył?
Sądzę, że to efekt działalności firm, które nie są zainteresowane futbolem. Interesują je tylko własne interesy, nie piłka nożna. To właśnie mogło się przydarzyć w Anglii, ponieważ ludzie są tam bardzo wierni swoim drużynom, są w stanie tolerować wiele kwestii. Na Wyspach praca jest łatwiejsza, nie to, co w Holandii czy Katalonii. Tutaj albo robisz coś dobrze, albo jesteś martwy. Czasownik „pomagać” nie istnieje w słowniku. Ani w Ajaxie, ani w Barcelonie.

I przede wszystkim – nie istnieje w futbolu. Zawsze znajdzie się ktoś, kto postanowi wynaleźć koło. Ale koło już zostało wynalezione! Trzeba tylko poprawiać to, co z jakiegoś powodu nie funkcjonuje właściwie. Tutejsza kultura jest bardzo wymagająca i nie skłania do eksperymentów.

Ale pan wynalazł koło, gdy wrócił do Barcelony.
Dobra, ale nie przyniosło to rezultatów. Nie przyniosło niczego.

I tak nakręca się odwieczna debata pomiędzy tymi, którzy chcą kontynuować dawne idee i tymi, którzy po porażce pragną totalnych zmian.
Lubię słychać tych opowieści o „końcach cyklu”. Cykle, które się kończą, wyznaczają zawodnicy, gdy wiek zmienia ich możliwości i sposób gry. Nie ma na to lekarstwa. Trzeba to przeanalizować, znaleźć właściwe rozwiązania, których drużyna potrzebuje. Nie po to, by szukać nowej drogi, co doprowadzi do skrajnych zmian. Nie można też zmienić dynamiki tworzenia drużyny, po prostu iść na zakupy na rynek transferowy, jak zwykli to robić w Anglii. Dokonywanie transferów to jedna z najtrudniejszych rzeczy. Łatwo zakontraktować zawodnika, który w poprzednim klubie był bardzo dobry. A potem okazuje się, na przykład, że jego charakter zupełnie nie pasuje do nowej drużyny. No i, oczywiście, presja ciążąca na największych klubach jest ogromna.

Zawsze tak było...
Ale teraz jest trochę inaczej. Jeśli Madryt nie wygra niczego odbije się to echem nie tylko wśród mieszkańców stolicy, o nie! Teraz takie kluby mają kibiców na całym świecie. Mamy Twittera, Facebook, wszystkie te rzeczy... I dlatego stopień rozczarowania i odczucie upokorzenia są znacznie większe. A presja wraz z nimi. Ta presja sprawia, że trzeba kupować, a jeśli do drużyny przybędą gwiazdy, które kosztowały klub bardzo dużo, ale nie potrafią zintegrować się z ekipą, cóż... wtedy ich koszt jest jeszcze wyższy.

A potem nie ma już szans na związek emocjonalny takiego zawodnika z klubem.
Tak, dokładnie. To szczegół, który wydaje się drobny, jednak wraz z czasem nabiera znaczenia. Gdy piłkarz przychodzi do Barçy, po co to robi? Co jest jego celem? Przychodzi, bo chce grać w wielkim klubie, we wspaniałym mieście, na pięknym stadionie i zarobić przy tym niezłą kasę... Ale po dwóch latach wszystko zaczyna ci się wydawać zwyczajne. Mieszkanie w Barcelonie staje się zwyczajne, cudowny klimat staje się zwyczajny. Gra przy pełnych trybunach, ogromna pensja – norma. Co wtedy zostaje? Nie ma nic, co można widzieć jako pozytyw. I tym właśnie można przegrać. Dlatego tak dużą uwagę zwracam na canterę. Szkółka jest niezwykle ważna. Nie tylko po to, by mieć zaplecze, ale by budować więź emocjonalną między klubem, socios, kibicami. Wtedy złe chwile nie wydają się tak straszne i ludzie, którzy są wokół klubu, stają się bardziej twórczy.

Zatem tę więź trzeba utrzymać. Sprawić, żeby się nie zmieniła.
Dokładnie. To skarb, którego trzeba strzec i bronić. Nie tylko dla niego samego, bo on zaprocentuje i przyniesie sukcesy.

Xavi powtarzał to wielokrotnie: „Gdybyśmy nie podążali ścieżką, którą wyznaczył Johan, nie grałbym w Barcelonie”.
To powinna być podstawa każdego klubu: dbałość o szkółkę. Transfery są konieczne, to oczywiste, nie jesteś w stanie wychować wszystkich piłkarzy, których potrzebujesz. Ale szkółka zawsze będzie twoja.

Tak właśnie było w ostatnich latach, gdy Barça wygrała tak wiele: za Rijkaarda, za Guardioli. I teraz też tak jest.
Milan trzech Holendrów też, mimo wszystko, pełen był Włochów. Baresi, Ancelotti, Maldini, Costacurta... Ajax zawsze trzymał się swojej szkółki. Myślę, że tak właśnie powinno być: własna akademia jako podstawa, inni zawodnicy, jako dopełnienie wizji.

Jak widzi pan dzisiejszą Barcelonę?
Drużyna jest świetna, bardzo mocna. To dla mnie żadne zaskoczenie, ponieważ ma w szeregach wspaniałych piłkarzy, którzy przeszli przez rok posuchy. W tym kontekście już teraz możemy podejrzewać, że w przyszłym sezonie Madryt będzie bardziej niebezpieczny, ponieważ nie będzie chciał znów przegrać. Ta Barcelona jest niezwykle bramkostrzelna. To kolejny ważny szczegół, ponieważ daje nam wiele radości.

Ostrzegał pan przed dwoma kogutami w jednym kurniku, mówiąc, że pomysł z Messim i Neymarem w jednej drużynie nie zadziała. Pomylił się pan?
Tak, to funkcjonuje świetnie. Jednak, choć nie chcę się w tej kwestii usprawiedliwiać, zobaczymy jak to będzie w przyszłym roku. Czy jeśli drużyna wygra triplete każdy z nich skupi się bardziej na sobie? Przeszli przez zły rok. Ten, który jest przed nimi, nastąpi po wspaniałym sezonie.

Messi jest ponad całą resztę?
To oczywiste. Teraz znajduje się już w fazie, w której jest zaangażowany w organizację drużyny. Nie martwi się tym, że musi być decydujący. Jego zadaniem jest pomoc kolegom, by wspólnie rozwiązać boiskowe problemy. Trzeba zwrócić uwagę, że wciąż robi postępy, jest jednym z kapitanów i to kolejny ważny szczegół.

Niezwykłe, prawda?
Piłkarska bestia. Jest niezwykle utalentowany w prowadzeniu piłki przy nodze a jego ogromną przewagą, poza techniką, jest szybkość zmian rytmu. To nie jest szybkość jaką niektórzy rozwijają na wolnym polu, ale Messi potrafi zacząć akcję pierwszy a potem już nie masz z nim szans. Niski wzrost to kolejna przewaga w starciu z obrońcami, ponieważ Leo używa balansu ciała do ochrony piłki i jest w stanie co pół metra zmienić kierunek biegu. Kiedy obrońca zrobi jeden krok on już zrobił dwa. W dwóch różnych kierunkach.

Niewielu piłkarzy utrzymuje tak wysoki poziom, przez tak długi czas.
Bardzo niewielu. Jak dotąd nie musiał się przejmować niczym innym i mógł skupić się tylko na ataku, ponieważ miał za plecami Xaviego, Busquetsa i Iniestę. Wraz z wiekiem, nie mam co do tego wątpliwości, coraz częściej będzie skupiać się na innych aspektach gry.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (15)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze