Pedro, zawodnik tak mocno kojarzony z najlepszą Barçą w historii, trafił pod skrzydła Mourinho. Wydaje się, że to właśnie tam, w londyńskiej Chelsea, Kanaryjczyk wreszcie może głębiej odetchnąć. To coś, czego w ostatnim czasie brakowało mu w klubie jego życia. Teraz, szczęśliwy i pewien, że podjął słuszną decyzję, w wywiadzie dla dziennika Marca opowiada o swojej nowej rzeczywistości.
MARCA: Jakie było dla ciebie to lato?
Pedro: Intensywne, męczące. Dużo się o mnie mówiło w mediach, o tym, do jakiego klubu trafię, co mam zamiar zrobić... Sądzę, że podjąłem słuszną decyzję, wybierając Chelsea.
Poprzedziło ją wiele bezsennych nocy?
Tak, masz rację. Nie wiesz, gdzie będziesz grać, gdzie będziesz mieszkać, do jakiej szkoły pójdą twoje dzieci... To wszystko powoduje nerwowość i niepewność.
Wydaje się jednak, że udało ci się oczyścić myśli i odzyskać spokój. Odkąd trafiłeś do Chelsea w dwóch meczach zdobyłeś bramkę i dwie asysty.
Od samego początku wszyscy mnie tu dobrze przyjęli. Dzięki temu udało mi się tak szybko i dobrze zaadaptować.
Czym najbardziej zaskoczyła cię Premier League?
Tempem gry. Byłem przyzwyczajony do jej stopniowego rozwoju w Barcelonie, do ataku pozycyjnego. Tu, w Anglii, wszystko dzieje się szybciej, przejścia z obrony do ataku są szybsze, wszystkie drużyny grają bardziej siłowo...
Ale to jest dla ciebie dobre, prawda?
Tak, tak, jasne. Sądzę, że dla mnie to bardzo dobra liga, ponieważ jest tu sporo wolnej przestrzeni na boisku, dużo gra się z kontry, cały czas kreuje okazje. Mam nadzieję, że będę mógł się cieszyć udziałem w tych wspaniałych rozgrywkach.
Co zrobiłeś ze swoją ostatnią koszulką z Barcelony?
To będą te, w których grałem w Superpucharze Hiszpanii przeciwko Athleticowi. Jedną dałem rodzicom, drugą zostawiłem dla siebie.
W czasie twojego pożegnania można było odnieść wrażenie, że znów jesteś niezwykle ważną osobą w klubie. Może nawet tak ważną jak nigdy dotąd.
To było bardzo dziwne uczucie. Dla mnie to wszystko było niezwykle trudne. Wiele lat spędziłem w tym klubie, jestem jego kibicem. Było naprawdę trudno, czułem się cholernie źle, odchodząc.
Jak przekazałeś to trenerowi?
Po triumfie w Lidze Mistrzów wytłumaczyłem mu moją sytuację. Powiedziałem, że nie mogę kontynuować tu mojej kariery. Na początku presezonu przekazałem mu, że zdecydowałem się odejść. Zrozumiał i wspierał mnie w tej decyzji.
Nie da się konkurować z linią ataku, w której grają Messi, Neymar i Luis Suárez?
Barça dysponuje spektakularnym tridente. W tym klubie zawsze jest trudno o grę. Ale w moim przypadku bardziej niż o konkurencję z nimi chodziło o moją własną możliwość kontynuacji kariery. Gdybym ją miał, być może wszystko potoczyłoby się inaczej.
W Tbilisi było najtrudniej?
Tak. Było bardzo trudno od samego początku, od chwili, gdy byłem pewien, że nie zagram. Ta bramka i ten tytuł... były bardzo dziwne. Inne niż pozostałe celebracje, które przeżyłem z Barçą. Ale tak czy inaczej to kolejny puchar.
Co przeszło ci przez myśl, gdy zdobyłeś bramkę na 5:4?
Wiele gniewu, wiele spraw do rozwiązania. Przeszedłem przez bardzo skomplikowaną sytuację, w głowie miałem dużo scenariuszy. To był moment, w którym wiedziałem, że nie mogę tego dalej ciągnąć.
Wyjaśniłeś Robertowi Fernándezowi, co stało się tamtego dnia?
Tak. Wtedy i później, podczas pożegnania. Nie mam do niego żalu, wręcz przeciwnie. Miał prawo powiedzieć to, co powiedział. Ale wytłumaczyłem mu, że nie było to potrzebne. To ja jestem pierwszą osobą, która powinna tłumaczyć powody, dla których postanowiłem opuścić Barçę. Porozmawialiśmy w cztery oczy. To było nieporozumienie i Robert nie ma mnie za co przepraszać. Kiedy jego słowa do mnie dotarły, byłem bardziej rozemocjonowany niż jestem zazwyczaj. Ale już wszystko naprawiliśmy.
Thiago, Pedro i Montoya odeszli z Barçy. Czy model oparty na La Masíi uległ zmianie?
Nie. Barcelona zawsze produkowała świetnych zawodników, co udowodniła. Teraz w klubie są Munir, Sandro, Sergi Roberto, Bartra, Samper... To prawda, że za każdym razem jest coraz trudniej i wymagania są coraz wyższe wobec zawodników, którym przyjdzie grać w klubie tak wielkim jak Barça. Jeśli niektórzy nie dostają szans, wtedy decydują się na odejście.
Pierwszym klubem, który się po ciebie zgłosił, był Manchester United. Czy na twoją decyzję wpłynęło to, co dzieje się pomiędzy van Gaalem a Víctorem Valdésem i De Geą?
Nie. Prawda jest taka, że nie podoba mi się, jak są tam traktowani moi koledzy. Zwłaszcza Víctor, który zawsze był dla mnie wzorem, zarówno jako przyjaciel, jak i profesjonalista. Sądzę, że taka sytuacja nie jest sprawiedliwa, ale nie miała wpływu na moją decyzję. Widziałem, że Manchester nie popychał negocjacji do przodu, przeciągał sprawę, a ja potrzebowałem drużyny, by grać. Chelsea okazała się bardziej zdecydowana.
Rozmawiałeś z Valdésem?
Tak, sporo. Mówił mi, że klub jest świetny i ma wspaniałych kibiców, a jego jedynym problemem jest sytuacja z trenerem.
Doradzał ci, żeby nie iść do ekipy van Gaala?
Nie, absolutnie nie. O klubie mówił w samych superlatywach. Wiem, że to świetne miejsce, ale sądzę, że wybrałem dobrze, stawiając na Chelsea. Jestem przekonany o słuszności tego wyboru.
I nagle dzwoni telefon, a po drugiej stronie odzywa się Mourinho...
Odbyłem z nim ważną rozmowę. Wytłumaczył mi, czego chce, że będę dobrym wzmocnieniem ofensywy. Usłyszałem wiele rzeczy, które przypadły mi do gustu. Do tego doszła jeszcze możliwość zamieszkania w Londynie. I podjąłem decyzję.
Czy Mourinho jest inny, gdy znasz go osobiście, a nie tylko z mediów?
Twarzą w twarz, choć dla wielu zabrzmi to dziwnie, jest zupełnie inny. Traktuje cię jak członka rodziny. Kocha, docenia i bardzo szanuje swoich piłkarzy. I wiele od nich wymaga. Kiedy przegrywamy, widać po nim wybuchowy charakter, mentalność zwycięzcy. Jego krytyka ma na celu wzmocnienie nas i nie przyjmujemy jej jako czegoś złego. Nie można tego rozumieć negatywnie. Nasza współpraca zaczęła się bardzo dobrze.
Czy twoja opinia o Mou jest inna niż ta, którą miałeś na podstawie jego zachowania podczas Klasyków?
Bez wątpienia tak. Istnieje przeszłość, której nie da się już zmienić, ale odkąd trafiłem do Londynu czuję się u jego boku komfortowo.
Jesteś świadom faktu, że niektórzy kibice Barcelony wcale nie czują się komfortowo, słysząc, jak mówisz o nim w ten sposób?
Jestem w stanie to zrozumieć. Znamy jego przeszłość, ale ja chcę grać w Chelsea i ta drużyna jest dla mnie dobra. Odkąd tu jestem nie spotkały mnie żadne problemy.
Wyobrażasz sobie grę na Camp Nou w barwach Chelsea? I zdobycie dla niej bramki?
Nie, szczerze mówiąc, nie. To byłoby coś bardzo dziwnego, ale jeśli będzie trzeba, będę bronić z całych sił koszulki, którą noszę.
Świętowałbyś taką bramkę?
Nigdy nie świętowałbym bramki przeciwko Barcelonie. Ani na Camp Nou, ani na stadionie Chelsea. Byłem tu bardzo szczęśliwy, dzięki temu klubowi wygrałem i osiągnąłem wszystko. Nigdy nie celebrowałbym takiej bramki.
Przez długi czas reprezentacja Hiszpanii wydawała się dla ciebie ucieczką...
Tak, to był sposób, by się odłączyć, zmienić miejsce. Dzięki temu mogłem przejść przez bardzo trudne momenty z moim klubem. To dla mnie coś bardzo ważnego.
Ostatnio praktycznie nie grałeś w Barcelonie, a mimo to wystąpiłeś w aż sześciu meczach kwalifikacji do mistrzostw Europy.
Míster zawsze miał do mnie wiele zaufania. A ja staram się za to odwdzięczyć na boisku.
Przeciwko Słowacji...
Liczy się dla nas tylko zwycięstwo. I wcale nie będzie łatwo. Mam nadzieję, że będę mógł pomóc drużynie wygrać.
Teraz jesteś kolegą z drużyny Diego Costy. Co powiedziałbyś tym, którzy podają w wątpliwość jego wkład w reprezentację Hiszpanii?
Że powinni być spokojni, bo Diego jest zaangażowany w grę w kadrze od pierwszej do ostatniej minuty. Chce sięgnąć z Hiszpanią po wielkie rzeczy. To wspaniały napastnik, o silnym charakterze. Prawdziwy zwycięzca.
Rozmawiałeś z Ikerem o zbliżającym się starciu w Lidze Mistrzów.
Nie. Powiedziałem mu tylko, że się zmierzymy.
A Mou, mówił coś o Ikerze?
Nie, rozmawiałem z nim tylko o meczach.
A jak ma się De Gea?
Jest spokojny. To bardzo delikatna sytuacja. Musisz o to zapytać jego, ponieważ na boisku wszyscy mamy się dobrze.
Komentarze (46)