Cykl „La Otra Liga” tworzymy we współpracy z portalem Ole Magazyn, na którym znajdziecie jeszcze więcej informacji dla fanów La Liga.
Celta Vigo rozpoczęła rejs po sezonie 2015/16 w sposób fantastyczny. Po złapaniu wiatru w żagle za nic nie chciała zwolnić. Grała świetnie, nie tylko nad własną, gościnną zatoką Ría de Vigo, gdzie pokonała m.in. Barcelonę, ale też na obcych wodach – choćby w starciach z Sevillą czy Villarrealem. Zatrzymał ich dopiero Real Madryt z niesamowitym Keylorem Navasem w bramce, ale Galisyjczycy szybko się po tym pozbierali. Rok 2016 zmienił jednak kierunek i siłę wiejącego wiatru.
Dowódco, co robić?
Jeszcze w 2015, na sam jego koniec, Celta odniosła pierwszą porażkę od ponad miesiąca. Mimo że przegrali na własnym terenie, to nikt nie zamierzał z tego powodu drzeć szat – rywalem był bowiem Athletic. Zaniepokoić mogły za to kolejne spotkania: 0:2 z Málagą i Atlético Madryt, przedzielone co prawda pucharowym zwycięstwem nad Cadízem. Na krótko uspokoiły kibiców wygrane w rewanżowym starciu Copa del Rey i pokonanie, po bardzo zaciętym meczu, Levante. Po porażkach z Rayo i Las Palmas nikt nie mógł jednak udawać, że wszystko jest w porządku.
W tym momencie oczy wszystkich fanów Celestes zwróciły się w stronę Eduardo Berizzo. Czekali na jeden, krótki komunikat, rozkaz, który wszystko by odmienił, a Celta znów wróciła na właściwy kurs. Tak, jakby busola nigdy się nie popsuła i prowadziła ich bez przerwy w stronę wymarzonych pucharów. Nic podobnego się jednak nie stało, mimo że szkoleniowiec zespołu z Vigo próbował wielu rozwiązań. Pytanie: czy nie zbyt wielu? Rotacje składem, których wcześniej unikał, nagle stały się normą. Wyglądało to jak akt desperacji, przerażenia, po kilku słabszych wynikach – najdobitniej pokazał to mecz z Rayo. Jaki to wszystko dało efekt, wiemy doskonale.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Berizzo nie miał (i w dalszym ciągu nie ma) łatwego zadania. W miesiąc utracił dwóch najważniejszych zawodników, bez których wcześniej trudno było sobie wyobrazić ten zespół.
Statek bez kapitanów
Mowa oczywiście o Nolito i Augusto Fernándezie. Najpierw, z powodu urazu, Celta utraciła pierwszego z nich. Stało się to w wygranym 1:0 starciu z Espanyolem, 12 grudnia. 29-latek nie wrócił do składu do tej pory, a jego nieobecność daje się Celcie mocno we znaki. To właśnie Nolito był tym zawodnikiem, który z przodu kreował grę, szukał rozwiązań, biegał, kombinował, strzelał (osiem bramek), asystował (pięciokrotnie). Harował nawet w defensywie. Innymi słowy: robił wszystko, co tylko mógł, by to jego drużyna schodziła z boiska z kompletem punktów. I często tak było.
Fakt, zawodnicy, których miał obok siebie, też potrafili rozegrać wspaniałe zawody (najlepszym tego przykładem mecz Iago Aspasa przeciwko Barcelonie), ale to Nolito sprawiał, że mogli oni rozwijać skrzydła. Nie tylko tym, ile robił na boisku, ale też samą swoją obecnością, natychmiast skupiając na swej osobie uwagę obrońców. A potem znajdując sposób, by wyprowadzić ich w pole. Był prawdziwym liderem, kapitanem bez opaski i wszyscy w Vigo niecierpliwie czekają na to, by na boisko wrócił i znów kimś takim się stał. Zwłaszcza, że sam Nolito walczy przecież o wyjazd na Euro. I, być może, transfer do innego, lepszego klubu. Skoro zimą chciała go sama Barcelona, to czemu nie miałby gdzieś przenieść się w lecie?
Przypadek Augusto Fernándeza jest nieco inny. Tu ten „właściwy” kapitan, człowiek, który przed sezonem jasno mówił, że Celta chce walczyć o puchary, pożegnał się z klubem w zimowym okienku transferowym. Trudno mu się dziwić. O pół roku starszy od Nolito zawodnik otrzymał zapewne ofertę życia, jaka prawdopodobnie nigdy więcej by się nie powtórzyła. Zresztą, gdyby nie kontuzja Tiago, to nie byłoby o niej mowy. Skorzystał, podobno wywołując tym samym złość u niektórych z jego kolegów z szatni.
W teorii Celta ma kilku zawodników, którzy powinni zastąpić Augusto. W praktyce żaden z nich nie sprawdza się w stu procentach. Będąc bardziej dosadnym: na razie żaden z nich nie sprawdza się choćby w połowie. Niestety dla Celestes, ani Daniel Wass (awizowany jako bardzo dobry transfer klubu z Vigo przed sezonem), ani Pablo Hernández, ani, tym bardziej, Nemanja Radoja nie byli w stanie wejść w skórę człowieka, który był prawdziwym generałem środka pola. Kontrolował grę, nadawał jej odpowiednie tempo, rozdawał piłki kolegom. Robił wszystko to, co człowiek na jego pozycji robić powinien. Jego odejście rozerwało kadłub okrętu o nazwie „Celta Vigo” i na razie nic nie wskazuje na to, by udało się go załatać na stałe.
Młodości, dodaj mi skrzydeł
Cudownie jest mieć w zespole młodych, perspektywicznych zawodników. Jeszcze lepiej, gdy są oni wychowankami – czują się związani z klubem, zobowiązani wypluwać wręcz płuca w trakcie meczu, byle tylko trzy punkty wpadły na konto ich drużyny. Problem w tym, że brak im tego, co nabyć można tylko podczas wielu lat gry – doświadczenia. Fakt, trafiają się zawodnicy, którzy z miejsca wchodzą do wielkiego futbolu i grają, jakby debiut zanotowali dziesięć lat wcześniej. Częściej jednak brakuje im ogrania nawet po sezonie czy dwóch.
Celta nie ukrywa swej filozofii, której podstawą jest właśnie stawianie na młodość. Świetnie, że to robi, należy tylko się cieszyć, bo jest to jedna z najlepszych postaw, jaką kluby „nie za dobre, nie za słabe”, mogą przyjąć. Ale szczypta doświadczenia też by się przydała. Zwłaszcza w defensywie, a to tam leżą główne problemy Galisyjczyków w tym sezonie. W ostatnim, zremisowanym, meczu z Sevillą ich obrona wyszła do gry w następującym zestawieniu: Carles Planas (24 lata), Sergi Gómez (23), Gustavo Cabral (30), na dobrą sprawę jedyny „wyjadacz” w tej formacji, i Jonny (21 lat). Nie odbieram tym zawodnikom klasy, ale dobrze dla Celty i trenera Berizzo byłoby, gdyby miał w odwodzie jeszcze kogoś doświadczonego. Kogoś, kto nie tylko mógłby zespolić stosunkowo dziurawą, defensywę zespołu z Vigo, ale też byłby mentorem dla młodszych kolegów.
O ile w pierwszej, bardzo dobrej dla siebie, części sezonu, błędy z tyłu nie wpływały specjalnie na przebieg poszczególnych spotkań, bo ofensywa potrafiła je nadrobić i to głównie za jej sprawą Celta wygrywała spotkania (nie chodzi tu tylko o zdobywane gole, ale też o kontrolę piłki, utrzymanie się przy niej, pressing itp.), o tyle w roku 2016, gdy z przodu gra zawodzi, mamy do czynienia wręcz z kumulacją, przez którą Galisyjczycy oddalają się od upragnionych pucharów. Wciąż oczywiście można to wszystko naprawić. Ale jeszcze kilka słabszych kolejek i może się okazać, że – jak w zeszłym sezonie – czegoś zabraknie.
Na spotkanie Wielkiej Armady
Nie ma w tej chwili w hiszpańskim, a prawdopodobnie i światowym, futbolu, drużyny bardziej niszczycielskiej niż Barcelona. Jej siła rażenia może tylko wzbudzać podziw, szacunek i strach u potencjalnych rywali. Z tyłu też wszystko wygląda dobrze. Nawet, gdy w poczynania obrońców wkradnie się lekka opieszałość, na posterunku jest zwykle Claudio Bravo. Prawdziwa Wielka Armada.
Wydaje się, że Celta nie ma w tym starciu szans i powinna skupić się już na kolejnych spotkaniach. Tych, które jest w stanie wygrać – choćby z Eibarem i Getafe. Futbol jest jednak nieprzewidywalny, podobnie jak drużyna z Galicji, która już przecież raz Barcelonę pokonała. Mecz ten może być więc doskonałą okazją dla Berizzo na ugaszenie pożaru, załatanie dziur, zszycie żagli i zboczenie ze złego kursu, który jego drużyna obrała.
Jeśli tak się nie stanie, cóż… tym razem nikt nie będzie miał o to do Celestes pretensji. Ale presja rośnie. A czasu do końca sezonu jest coraz mniej.
Komentarze (6)