Przed piłkarzami Luisa Enrique historyczna szansa pobicia rekordu passy bez porażki w wykonaniu Realu Leo Beenhakkera. Dzięki zwycięstwu z Sevillą Barcelona powiększyła swoją przewagę nad trzecią w tabeli drużyną i jednocześnie zanotowała 34. mecz z rzędu bez przegranej. Kolejne punkty zapewnią Katalończykom nie tylko umocnienie się na pozycji lidera, ale też przyniosą jeszcze jeden rekord. Jednak by to osiągnąć, trzeba się wyprawić na pirackie wody.
Rutyna
Na pirackie wody, znane powszechnie pod nazwą Estadio de Vallecas, Barça pojedzie, ciesząc się pozycją niekwestionowanego lidera. Katalończycy mają pięć punktów przewagi nad drugim w tabeli Atlético i aż dziewięć nad trzecim Realem Madryt (oba kluby ze stolicy rozegrały już spotkania 27. kolejki). Najtrudniejszym wyzwaniem, jakie stanie przed Barceloną, wydaje się w tej chwili napięty terminarz. Piłkarze Luisa Enrique będą musieli zmierzyć się z Rayo w czwartek, po to, by już w niedzielę udać się do Kraju Basków na spotkania z Eibarem. I to o godzinie 16.00. Z tej perspektywy Rayo wydaje się zarówno przeciwnikiem idealnym, by grać z nim w takim momencie, jak i najgorszym z możliwych. Idealnym, ponieważ Barcelona pojedzie na Estadio de Vallecas w roli zdecydowanego faworyta. Właściwie trudno szukać w ostatnim czasie w La Lidze pojedynków, w których zwycięzca byłby łatwiejszy do przewidzenia, niż te Barcelony z Rayo. Odkąd w 2011 roku Piraci, jeszcze pod wodzą Sandovala, powrócili do najwyższej klasy rozgrywkowej, nie udało im się urwać Barcelonie choćby jednego punktu. Ostatnie pięć spotkań pomiędzy tymi klubami przyniosło wyniki 5:2, 6:1, 2:0, 6:0 i 4:0. Bilans bramkowy 21:3 dla Barcelony. Wygląda na to, że drużynie, którą obecnie prowadzi Luis Enrique, z nikim nie gra się tak łatwo jak z piłkarzami Paco Jémeza. To jednocześnie prawda i nieprawda. Otwarta piłka, jaką prezentuje Rayo, wystawia je na goleady ze strony Barcelony, dysponującej znacznie lepszymi pod względem sportowym zawodnikami. Jednocześnie bezkompromisowość Piratów jest cechą, która nawet pomimo ich wysokiej przegranej może wyniszczyć fizycznie przeciwnika. W końcu mamy w pamięci fakt, że to właśnie Rayo Vallecano zostało pierwszą ekipą, która od czasów Pepa Guardioli zdołała wygrać z Barceloną pod względem posiadania piłki. Drużyna ze wschodniego Madrytu zmusza przeciwnika to nieustannej czujności, stawia wysokie wymagania fizyczne i nie daje chwili oddechu. Efekt? Rayo jest trzecie, za Realem i Barçą, pod względem strzałów oddawanych na mecz. Co spotkanie posyła ich średnio aż trzynaście. Nie przewiduję w tym pojedynku innego rezultatu niż zwycięstwo Barçy, w szczególności, że Rayo przed własną publicznością bynajmniej nie gra skuteczniej niż na wyjazdach. Mimo to nie jest to w tym momencie dla Barcelony przeciwnik tak wygodny, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. W końcu margines czasowy przed meczem z Eibarem będzie dla Katalończyków minimalny. Zaś jednego możemy być pewni: Rayo nie odpuści.
Rozpacz
Na Estadio de Vallecas panuje teraz sytuacja, którą najlepiej nazwać ambiwalentną. Fakt wymiany większości kadry podczas letniego mercado to już w Rayo status quo, do którego drużyna przywykła. O dziwo w takich okolicznościach Piraci po raz piąty z rzędu rozgrywają sezon w Primera División, co stanowi klubowy rekord. Za każdym razem Paco udaje się jakoś skleić tę drużynę, choć pierwsza runda i tym razem wyglądała fatalnie. Niejeden rayista znalazł się na skraju rozpaczy, widząc już oczyma wyobraźni swój zespół w otchłani drugiej ligi. To jednak znany schemat w przypadku Rayo. Mocny początek w lidze, później głęboki kryzys, w czasie którego wszyscy wieszczą, że nadszedł koniec magii Jémeza i Rayo w końcu wróci do Segunda. A potem znów ciepła wiosna w Vallecas. Podobnie było tym razem.
Do zimowego kryzysu Rayo, prócz standardowych problemów ze stabilizacją składu, przyczyniły się w tym roku kontuzje. W szczególności bolesne było zerwanie więzadeł przez Toño, który w początkowej fazie sezonu był prawdziwym klubowym bohaterem. Ba, bramkarz Rayo prezentował się jako jeden z najlepszych golkiperów La Ligi i nie ma w tym stwierdzeniu mojej kibicowskiej przesady. W obliczu jednoczesnej kontuzji Cobeño Rayo zostało na lodzie, to znaczy z Juanem Carlosem w bramce i nikim więcej. Felipe Miñambres próbował ratować sytuację, sprowadzając na Estadio de Vallecas Yoela. Valencianistas pożegnali go bez żalu, zaś rayistas powitali bez radości. Były zawodnik Los Ches, deliktanie mówiąc, nie jest najpewniejszym punktem obecnego składu Rayo. Kontuzje nie ominęły też innych formacji. Od niepamiętnych czasów w kadrze nieobecni są Razvan Rat i Patrick Ebert, którzy przed urazami byli zawodnikami podstawowego składu.
Tak trudna sytuacja kadrowa wymusiła wzmożoną ofensywę na zimowym rynku transferowym. Powrócił Piti, legenda Vallecas, facet, który zdobył najwięcej bramek w historii tego klubu. We wschodnim Madrycie stawili się też Iturra i Aras Ozbiliz. Problemy Rayo to jednak nie tylko sytuacja kadrowa. Roberto Trashorras, wychowanek Barcelony, idealny wykonawca stylu Jémeza, zalicza już drugi sezon, w którym nie jest sobą. To o tyle trudna sytuacja dla Rayo, że właśnie na Trashorrasie opiera się kreacja gry całej drużyny. Roberto jednak coraz bardziej zbliża się do piłkarskiej emerytury i możemy się spodziewać, że jego udział w grze Rayo powoli będzie ulegać stopniowemu zmniejszeniu. W tej smutnej czy może bardziej sentymentalnej sytuacji jest jednak dla Rayo promyk nadziei. Na imię mu Jozabed.
Nadzieja
Ciepła wiosna w Vallecas? O tak, zaś w znaczącym stopniu przyczynił się do niej właśnie Jozabed Sánchez. Wielu kibiców widzi w nim następcę Trashorrasa i nic dziwnego. W ostatnim czasie pomocnik Rayo niespotykanie rozkwitł, zaś kontuzja Javiego Guerry, który na początku był głównym snajperem klubu, otworzyła mu drogę do bramki. Teraz Jozabed wraz z byłym napastnikiem Realu Valladolid dzierży palmę pierwszeństwa w tej klasyfikacji: obaj mają na swoim koncie po dziewięć trafień. Na całe szczęście Guerra powoli będzie wracać do składu, bowiem występ Jozabeda w meczu z Barceloną stoi pod dużym znakiem zapytania. Ostatni pojedynek z Betisem przyniósł zresztą wiele ofiar, ponieważ padli w nim na polu chwały także Pablo Hernández i Miku. W szczególności brak tego drugiego zawodnika jest dla Rayo ogromną stratą. Do momentu meczu na Benito Villamarín Wenezuelczyk zaliczył świetną passę pięciu ostatnich spotkań z bramką. W starciu z Betisem został zmieniony w przerwie z powodu urazu, jednak jego absencja może nie okazać się w ostateczności aż tak bolesna, w końcu za plecami Miku już czai się król nad królami, czyli Manucho.
Reprezentant Angoli wszedł na boisko przy stanie 2:0 i w trzy minuty zorganizował remontadę, zaliczając dublet. Wynik 2:2 na Benito Villamarín był dla Rayo kolejnym cennym punktem, który pozwala krok po kroku uciekać od strefy spadkowej. To już nowa świecka tradycja w Vallecas, remisować 2:2. Na przestrzeni ostatnich siedmiu spotkań Piratów ten rezultat padł aż pięć razy. I o ile z początku to ekipa Jémeza nie była w stanie utrzymać wyniku, tak teraz podopieczni Paco stali się mistrzami remontady. Prowadzisz z Rayo 2:0? Strzeż się! To pewny znak, że mecz zakończy się remisem. Strzeż się, Barcelono, na pirackich wodach! Może lepiej, dla bezpieczeństwa, strzelić Piratom tylko jedną bramkę?
Komentarze (81)