To nie koniec Barcelony, to kolejny początek

Julia Cicha

21 kwietnia 2017, 18:00

New York Times

22 komentarze

Barcelona, Hiszpania. Minęła 87. minuta spotkania. W minucie, w której niedawno rozpoczęto dokonywanie cudu, kibice stracili resztki nadziei. Barcelona wykonywała rzut wolny, ale Neymar nie umieścił piłki w okienku bramki, jak to zrobił miesiąc temu z PSG. Juventus po raz kolejny wybił futbolówkę wysoko w powietrze. Ta wróciła, by znów paść łupem zawodnika w biało-czarnej koszulce.

To nie była jedna z takich nocy, nie doszło do odrobienia strat. Barcelona aż do końca wierzyła, że było to możliwe. Przecież w końcówce spotkania z PSG strzeliła trzy gole, więc czemu nie powtórzyć tego z Juventusem? Jeśli ktoś byłby w stanie tego dokonać, to właśnie ona. Lionel Messi, Neymar i Luis Suárez – najlepsza linia ataku w historii, skarb zespołu, który może sięgnąć gwiazd.

Tym razem zaszło to za daleko. Proszono o zbyt wiele. Momentami wydawało się, że magia może powrócić, szczególnie w pierwszej połowie, kiedy to Messi z Neymarem swoimi uderzeniami podnosili ciśnienie Włochom. Juventus trzymał poziom, zaciekle broniąc trzybramkowej zaliczki z pierwszego spotkania. Barça po raz trzeci w ostatnich czterech latach odpadła z Ligi Mistrzów przed półfinałem.

Pojawia się pokusa, by ogłosić koniec złotej ery Barcelony. Byłoby to jednak mylące, tak samo jak dalekie od prawdy są pogłoski o śmierci Bayernu po odpadnięciu w dwumeczu z Realem Madryt. We wrześniu, gdy ruszy kolejna edycja Ligi Mistrzów, oba kluby po raz kolejny znajdą się w trójce faworytów do zdobycia tytułu. Barça wciąż będzie mogła liczyć na Messiego, najlepszego piłkarza swojego pokolenia, oraz Neymara, jego następcę.

Ktokolwiek zastąpi Luisa Enrique, będzie musiał dokonać latem transferów. Nie będzie limitów finansowych. Jedyni zawodnicy, którzy nie zdecydują się na przyjście na Camp Nou, podejmą taką decyzję skuszeni ofertą innego wielkiego klubu. Jedynie katastrofalny spadek formy pozbawiłby którąś z takich drużyn miejsca w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Jedynie kolejny świetny zespół lub zapierający dech w piersiach występ dość dobrej drużyny może pozbawić tytułu Barçę, Real lub Bayern.

Te trzy ekipy są po prostu za dobre, by móc ponieść porażkę w konwencjonalnym znaczeniu tego słowa. Mają zbyt utalentowanych piłkarzy, zbyt dużo pieniędzy, zbyt atrakcyjną markę, by kiedykolwiek zniżyć się do poziomu przeciętności. Oczywiście mogą paść ofiarą własnych oczekiwań – oczywiste jest, że co roku dwa z wymienionych zespołów pozostaną rozczarowane. Mimo to wrócą na szczyt, jak po skoku na bungee, wzbijając się ponownie ku niebu. Mówienie o końcu Barcelony wyszło z mody. Barcelona się nie kończy i nie stanie się tak w najbliższej przyszłości. Tak jak Bayern jest uodporniona, m.in. finansowo, na porażkę.

Mimo że nie można ogłosić końca pewnej ery, jest to na pewno punkt zwrotny dla Ligi Mistrzów. Po raz pierwszy od 2009 roku tylko jedna drużyna z Europejskiej Wielkiej Trójki awansowała do półfinału. W erze superklubów jest to i tak znacząca zmiana. Mowa jednak bardziej o zmianie warty niż o rewolucji. Juventus grał w finale w 2015 roku, Atlético Madryt, jako jedna z najbardziej niedocenianych drużyn, zameldowało się w trzecim półfinale w ostatnich czterech latach. Oba zespoły powinny być już postrzegane jako równe większym, bogatszym rywalom.

Nie oznacza to, że nie są w tym gronie mile widziane. Przewidywalność jest jednym z największych wrogów sportu. Hegemonia Barcelony, Bayernu i Realu, choć piękna, zaczynała być nużąca. Bieżąca edycja Ligi Mistrzów jest najciekawszą od lat. Duża w tym zasługa Juventusu, Borussii Dortmund czy Monaco oraz młodych, zdolnych zawodników takich jak Antoine Griezmann, Neymar, Paulo Dybala, Kylian Mbappe, Thomas Lemar, Ousmane Dembele czy Christian Pulisić.

Po raz pierwszy od rozpoczęcia dominacji Messiego i Ronaldo można zacząć wyobrażać sobie, kto przejmie pałeczkę, gdy oni odejdą. Ten sezon zostanie zapamiętany m.in. jako przełom w karierze Neymara i Mbappe, którzy wyrastają na następców tronu, gotowych do przejęcia rządów.

Niemniej jednak pojawia się ważne pytanie, na które Barcelona i Bayern muszą odpowiedzieć sobie po raz pierwszy od niemal dekady – co dalej? Trudniejsza sytuacja panuje w Monachium, gdzie Philipp Lahm oraz Xabi Alonso kończą karierę po zakończeniu sezonu, a Arjen Robben i Franck Ribéry, obaj po trzydziestce, niedługo zaczną się zastanawiać nad podobnym posunięciem.

− Wielkie kluby zawsze się zmieniają i są w stanie sobie z tym poradzić – powiedział Bixente Lizarazu, były obrońca Bayernu, a obecny ambasador tego klubu. Bawarski zespół udowodnił to już w przeszłości, a Barcelona powinna przemyśleć tę kwestię. Messi w czerwcu skończy 30 lat, Suárez, Piqué i Mascherano przekroczyli już tę magiczną granicę. Mimo to nie możemy mówić o końcu Barcelony, wciąż żyjemy w erze europejskich gigantów. Potencjał finansowy oraz rozpoznawalność marki sprawiają, że rozpoczyna się jedynie nowy rozdział w historii klubu. To nie koniec, a coś o wiele bardziej skomplikowanego. To kolejny początek.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (22)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze