Na co dzień znacie nas jako nicki nad tekstem. A może i one są Wam obce – w końcu to treść jest ważna, nie autor. Niektórzy z nas, choć pracują dla portalu codziennie, pozostają całkowicie niewidoczni. 15 lat serwisu FCBarca.com to dla nas okazja, by się Wam przedstawić. Przybliżyć naszą pracę, nieznane oblicze portalu, a także nas samych: Redakcję FCBarca.com.
Zapraszamy na rozmowę z Karolem Chowańskim, lepiej znanym jako Challenger, publicystą i redaktorem FCBarca.com.
Eoren: Zaczynając od początków: jak, kiedy i dlaczego trafiłeś do Redakcji?
Challenger: Pisanie zawsze szło mi swobodnie. Miałem inne cele niż zostanie dziennikarzem, ale oprócz sfery zawodowej warto mieć inne zajęcia. Pierwsze moje felietony pojawiły się na FCBarca.com wiosną 2009 roku. Dawne czasy, Ice był wtedy mistrzem zapowiedzi, to Michael Buffer FCBarca.com. Jako czytelnik ceniłem serwis za przekrój informacji i profesjonalizm. Brakowało mi stałej kolumny komentującej bieżące tematy. Byłem pewien, że artykuły dobrze się przyjmą. Miałem swoje opinie i było o czym pisać. Pierwszy sezon Guardioli, Barça łapiąca „lekką” falę. Skontaktowałem się z Redakcją, tak się zaczęło. Licznik wynosi 174 i bije dalej. Zachęcam, żeby iść za swoimi zainteresowaniami, mieć sferę, w której robisz to, co lubisz. Życie jest wtedy ciekawsze.
Jak wyglądała ewolucja Twojej drogi w serwisie?
Obok felietonów przez kilka lat wystawiałem pomeczowe oceny. Rewelacyjne doświadczenie. Musisz obserwować każdego z piłkarzy, patrzysz peryferyjnie. To zmienia całe Twoje postrzeganie piłki nożnej. Nie mam na myśli oglądania spotkań po trzy razy, wtórne i szkoda czasu. Mówię o poznawaniu nowych warstw, wymiarów gry. Pierwszym planem meczu zawsze jest piłka i to, co wokół niej, ale czasem wynik decyduje się na drugim lub trzecim planie. Oceniając zawodników, musisz umieć wyłapać wszystkie czynniki przewagi. To przychodzi z czasem, z wprawą. Coś klika i zyskujesz inną perspektywę. Niby to spektakl z 22 aktorami, ale według mnie każdy mecz zawiera spektakle równoległe, grane solo lub w podgrupach na kilku, złączonych z sobą, scenach. Ocenianie piłkarzy to wyzwanie i szczerze wyczerpująca robota, która uczy dostrzegać piłkarskie imponderabilia, „mecze w meczu”, jak to nazywałem. Nie interesuje mnie opinia kogoś, kto wziął na mecz statystyki, ale nie zabrał oczu. Nawet zaawansowane dane obejmują tylko wycinek meczowej rzeczywistości, co wie każdy, kto grał, choćby na podwórku. Nie zastąpią umiejętności czytania, czucia gry. Masz to albo nie. Czemu leniwy pressing „9-ki” wpędza w tarapaty trzyosobową pomoc? Czym grozi zbyt wysokie ustawienie linii stoperów? Jak ważny przy rosnącej dynamice gry jest skuteczny kontrpressing? To fajne uczucie, gdy z gry lewego obrońcy wiesz, że jego stroną padnie gol, zanim do tego dojdzie. Oceny okazały się dla mnie kursem piłkarskiej taktyki, poziom zaawansowany. Zresztą sądzę, że to taka sama dziedzina wiedzy, jak rachunkowość czy socjologia – z kanonicznymi zasadami, wykładowcami w rodzaju Jonathana Wilsona, materiałami z portali statystycznych, mnogością interpretacji i wysiłkiem włożonym w uzupełnianie wiedzy. Obecny zespół oceniający robi świetną robotę, należy to doceniać.
Inną fantastyczną sprawą podczas mojej pracy w Redakcji było uczestniczenie w tłumaczeniu felietonów Johana Cruyffa z El Periódico. Łatwo znaleźć je w redakcyjnej wyszukiwarce po frazie „Okiem Johana Cruyffa”. W naszym duecie moim zadaniem była obróbka tłumaczenia. Miałem do dyspozycji tekst polski, źródłowy i słownik. Doświadczenie w felietonach pomogło mi we wczuciu się w specyficzny język Cruyffa – zagadkę dla najlepszych iberystów. „Boski” miał nietypowy styl mówienia o grze w języku ojczystym, a co dopiero operując kastylijskim. Mówił płynnie, ale po swojemu, taki urok geniuszy. Za czasów trenowania Barçy prezentował wielki talent do tworzenia piłkarskich neologizmów. Miesiącami powtarzano je później w hiszpańskiej prasie. Praca przy jego artykułach, wgryzanie się w każde zdanie, rozstrzyganie, „co autor miał na myśli”, pozwoliło mi z unikatowej strony poznać sposób myślenia o piłce jednej z najważniejszych osób w historii dyscypliny, ikony tego klubu. Wyjątkowa, niezapomniana sprawa… Jeśli czyta to Majik, to bardzo mocno pozdrawiam. Nasza współpraca była przyjemnością, zawsze wielki profesjonalizm.
Mam też dużo satysfakcji ze wszystkich rozmów z cyklu „Wywiad FCBarca.com”. Taki kontent współtworzy wizerunek portalu. Jakiś czas zajmowałem się działem koszykówki. Poza tym na różnych etapach mojej przygody z Redakcją byłem zaangażowany w rzeczy, które nie zawsze widać na stronie. Wspomnę tylko, że dużo redakcyjnej publicystyki przeszło przez moją korektę. Obserwowanie rozwoju innych autorów sprawiało tyle samo frajdy, co publikacja własnych tekstów.
Najlepsze i najgorsze w pracy publicysty?
„Najlepsze”, gdy ktoś nazywa Twoją działalność opiniotwórczą. Poza tym to trudne zajęcie. Nie dla każdego. W dobrym felietonie chodzi o interesujące opinie, które po pierwsze masz, a po drugie umiesz logicznie wyprowadzić. Choć dostrzegam dowody uznania i bardzo je doceniam, to, prawdę mówiąc, wolę, gdy Czytelnik ma inne wnioski od moich. Mam wtedy okazję dowiedzieć się czegoś, czego nie wiem. Spojrzeć pod nowym kątem.
Wad nie stwierdzono. Lubię wyzwania, poza aluzją do wozu z lat 70. i filmu „Znikający punkt” nick też to oddaje. Najważniejsze jest znalezienie swojego stylu. Esencję publicystyki stanowi teza. Jako coś zaskakującego, ciekawego, nie: monopolizowanie prawdy. „Jak?”, „dlaczego?”, „czy to optymalne wyjście?” – to są kwestie, którymi jestem zainteresowany, kiedy siadam do nowego artykułu. Publicystyka deskrypcyjna służy popularyzowaniu wiedzy, ale nie odkrywa niczego nowego. Pisanie o tym, co wszyscy widzieli, mogą sobie odgrzać na youtubie albo znaleźć w angielskiej Wikipedii, nie jest dla mnie atrakcyjne, nieważne jakim dostarczone językiem. Umiem to robić, częściej zajmuję się czym innym. Z moimi wnioskami można się zgadzać lub nie, ale sadzam je na porządnych fundamentach, oferując uprzejme zaproszenie do własnych przemyśleń na dany temat.
Lubię bawić się językiem, formą, strukturą tekstu. Po Manicie wrzuciłem tekst z chyba 60 hiperlinkami. Jeden z artykułów o Keicie ująłem w konwencję reportażu. Szukanie źródeł określenia „culé” stanowiło ekscytujące śledztwo. Czasem dorzucam odniesienia do popkultury i otoczenia. Innymi razy jest tylko o piłce. Przydatne, jak wyhodujesz trochę grubej skóry i dystansu do tego, co piszesz. Wyrażając opinię w internecie, kładziesz kark pod pręgierz [uśmiech]. Trzeba umieć to sobie poukładać.
Co cenisz w pracy w Redakcji?
FCBarca.com to najlepsza kibicowska strona piłkarska w Polsce. Poziom tekstów, dobór tematów, szata graficzna, funkcjonalności dla Użytkowników – jesteśmy punktem odniesienia dla innych. Jakością publikacji przewyższamy kilka znanych redakcji zawodowych. W branży dziennikarstwa sportowego każdy w kraju zna FCBarca.com i mówię to na podstawie własnych rozmów z dziennikarzami. Pewni komentatorzy słowo w słowo cytują nasze artykuły na wizji. Nie mam na myśli newsów źródłowych z hiszpańskich mediów, bo umiem to odróżnić. Oficjalnie nikt tego nie potwierdzi, co innego w bezpośredniej rozmowie… Bycie częścią tej Redakcji to satysfakcja.
Czy jesteś zadowolony z obecnej częstotliwości swoich artykułów?
Nie jestem. Chciałbym mieć czas, by pojawiały się częściej, jednak z biegiem lat go ubywa i nie chce być odwrotnie, przynajmniej w moim przypadku. To powiedziawszy, jestem zadowolony, że nawet przy tej częstotliwości mam dalszy udział w budowaniu marki FCBarca.com, współtworząc różnorodność strony, za którą tak cenią nas Czytelnicy. Moje felietony ukazują się rzadziej niż kiedyś, ale reakcje na każdy z nich dowodzą, że warto pisać kolejne.
Poza meczami Barçy częściej sięgasz po Premier League niż ligę hiszpańską. Z jakich powodów?
Interesuje mnie tylko piłka w najlepszym wydaniu. Długie fragmenty spotkań innych ekip La Liga niż ścisła czołówka to muł i wodorosty. Strata mojego czasu. Znam inne pomysły na wieczór niż mecz i zamiast smutnego antyszlagieru wolę produkt najwyższej jakości: Liga Mistrzów, Anglia, Bayern-BVB. Z Premier League pochodzi największa liczba klubów, które zdobyły Puchar Europy. United, Chelsea, City, Arsenal mają kadry wypakowane najlepszymi piłkarzami świata, a pozostałe ekipy zawsze potrafią zaskoczyć. Logiczne, że taki zestaw daje show. Ostatnimi laty tylko u siebie, ale to konsekwencja różnych czynników. Premiership ma najwyższe zaawansowanie taktyczne. Hiszpania wygrywa techniką, oczywiście – jednak poniżej III miejsca to liga dziurawej i mało wyrafinowanej obrony. Co jakiś czas oglądam Atlético i cieszę się z odrodzenia Valencii, lecz generalnie z La Liga wolę skróty. W Anglii wolę mecze.
Xavi, Guardiola, Busquets, Umtiti… Część Czytelników ma za złe Twoim artykułom, że potrafisz bezpardonowo skrytykować najświętszą ikonę klubu. Lubisz prowokować?
To może tak wyglądać. Chodzi o coś innego. Uważam, że skoro krytykuję otwartym tekstem inne kluby i piłkarzy, bo taki przywilej felietonisty, to byłbym niewiarygodny dla Czytelnika, stosując inne kryteria dla ludzi Barçy. Kwestia konsekwencji. „Oszczędzając” Barcelonę, nigdy nie napisałbym „Ángel dive Maria”, jakim prawem? Poza tym, gdy drużyna przegrywa, to z konkretnych powodów. Czasem musi być gorzko. Nie zajmuję się pomnikami. Oczekuje tego ode mnie część Czytelników, ale to nie ten adres. Podejmując się analiz, poruszam również tematy niepopularne, grząskie, problematyczne, bo: 1) trzeba 2) mogę 3) stanowią istotny element bordowo-granatowego krajobrazu. Pełen pakiet, nawet, kiedy boli. Bez tego mój dział byłby autem z trzema kołami. Na którejś przejażdżce ktoś by się w końcu zorientował. Nie szanuję autorów nakładających sobie kaganiec gdy im wygodnie, nigdy nie chciałem tak pisać. Żadna moja „kontrowersja” nie była bezpodstawna. Każdy czuje absurd komentarzy Xaviego, błędy taktyczne Pepa, zjazd formy Piqué, mankamenty ustawienia Umtitiego… Każdy poza kibicem Barçy. Jestem uczciwy, a skoro tak, to najbardziej wobec „naszych”. Między innymi w tym leży popularność moich artykułów.
Patrząc na ostatnie lata, żałujesz odejścia jakichś piłkarzy z Camp Nou?
Jednego. Ibrahimovicia. Byłem kiedyś w Rosengård, dzielnicy Malmö, z której pochodzi. Nie polecam zaglądać tam bez kogoś lokalnego. Rodzice-imigranci z Bałkanów, straumatyzowani wojną, ojciec uciekający w alkohol. Szwecja dała Zlatanowi wszystko. On o tym wie. To wielki szwedzki patriota. Widać to w wywiadach, filmach. „Jestem dumny z bycia Szwedem. Jestem dumny z bycia kapitanem reprezentacji Szwecji. Dlatego na boisku daję dla niej wszystko” (gazeta „Dagens Industri”, 2015). Swoją „szwedzkość” wyraził też w reklamówkach Volvo „Made by Sweden”. Jego singiel z hymnem miał w rok 3 mln pobrań, rekord dla hymnu dowolnego kraju. W kontraście do Cristiano w Portugalii, wszyscy w Szwecji szanują Zlatana… I ten dumny bałkański Szwed po przyjściu do Barcelony rezygnuje z gry w kadrze! Był gotów dać wszystko Camp Nou, jak dawał z siebie wszystko szwedzkim barwom. A Barça go wypluła. Wyrzuciła do toalety i spuściła wodę. Nie tylko Guardiola, dyrektorzy także, klub jako całość. Mógł zostać nowym Eto\'o, gdyby było dla niego więcej wsparcia, ludzkiej przyzwoitości: ulepionym z innej gliny niż absolwenci Masii, ale przydatnym dla zespołu, dającym opcje taktyczne. Gdyby Ibra dłużej grał na Camp Nou... Uwielbiałem jego grę wzajemną z Leo, to bzdura, że jej nie było. Że nie dało się połączyć ich na boisku? Jasne, a Coldplay to zespół rockowy. Stanowili idealny duet napastników mały-duży. Prosta modyfikacja na 4-1-3-2 i voilà. Kwestia woli i wizji taktycznej. Barça z Ibrą miałaby więcej tytułów. Mógł zostać na wiele lat. Wystarczyło trochę zaufania. Odmówiono mu go, zrobiono Eni Aluko FC Barcelony. Każdej „klęsce transferowej” życzę takich cyfr jak jego w Katalonii.
Nie wracam do goli Villi, Pedro, Suáreza. Ney miał ze trzy godne wspominania. Warto wracać do barcelońskich trafień, asyst,
Komentarze (23)