Każdy wieczór z Ligą Mistrzów po zimowej przerwie jest wyjątkowy. Nawet wtedy, kiedy nadzieje na końcowy sukces w momencie losowania były niewielkie, łatwo ulec wrażeniu, że wszystko zaczyna się od nowa. Dzisiaj Barcelona podejmie na Camp Nou Paris Saint-Germain, finalistę ostatniej edycji Pucharu Europy i - jak się mogło wydawać - jednego z kandydatów do gry przynajmniej na poziomie półfinałów. W przekroju sezonu wiele się jednak zmieniło i dziś już trudno ocenić poziom PSG, tym bardziej pod nieobecność Neymara i Di Maríi.
Barcelona w grudniu kończyła fazę grupową Ligi Mistrzów w fatalnym stylu. Wysoka porażka z Juventusem spotęgowana wcześniejszą wpadką z Cádiz obudziła w kibicach nastroje wręcz rewolucyjne. Nawet kandydaci na posadę prezydenta Klubu zachowywali spory dystans do Ronalda Koemana, nie chcąc go co prawda skreślać, ale też nie wiążąc z nim ściśle swojego projektu sportowego. Zaledwie dziewięć zwycięstw w 16 spotkaniach to wynik, którego w Barcelonie się po prostu nie akceptuje. Przy takich liczbach nic nie znaczą urazy czy problemy finansowe - żadna wymówka nie może być brana na poważnie. Sprawa była jasna - albo poprawa gry i przede wszystkim rezultatów, albo brak miejsca w nowym projekcie sportowym czy nawet zwolnienie jeszcze przed wyborami. W podobnym okresie o swoją posadę walczył Tuchel, który w 19 pierwszych meczach od rozpoczęcia sezonu ligowego na różnych frontach zwyciężył w 13 spotkaniach, wcześniej triumfując w Pucharze Ligi. Wyniki te nie pozwoliły mu jednak zachować posady - kolejne dwa potknięcia w lidze i konflikt z Leónardo poskutkowały zwolnieniem. Miejsce Niemca zajął Mauricio Pochettino.
W Barcelonie pojawiła się nadzieja
Wróćmy jednak do Katalonii, gdzie pomimo burzy związanej z zadłużeniem Klubu oraz wyciekiem kontraktu Leo Messiego Barcelona zanotowała serię siedmiu ligowych zwycięstw, aż pięciokrotnie przywożąc komplet punktów z meczów wyjazdowych. Choć po drodze przegrała w finale Superpucharu Hiszpanii, a ostatni tydzień przyniósł porażkę w pierwszym meczu półfinałowym Pucharu Króla z Sevillą, to zaufanie do Holendra zdecydowanie wzrosło. Przede wszystkim dzięki temu, że wyciągnął niczym magik z kapelusza twardego jak skała Araujo, wycisnął maksimum z nieogranego i dość nierównego Minguezy, uczynił Pedriego piłkarzem kluczowym dla środka pola, a ostatnio nie tylko odbudował Griezmanna, ale też tchnął wiarę w Trincão.
Na pozytywnych zmianach zyskał też Leo Messi, dla którego otwarcie 2021 roku jest wręcz znakomite. Argentyńczyk zdobył dziewięć bramek w 10 spotkaniach i dołożył jeszcze dwie asysty. Nie gorzej pod tym względem wygląda Griezmann, który w styczniu uzbierał już siedem goli i pięć asyst. Takich liczb wszyscy oczekiwaliśmy już jesienią, ale nie ma co narzekać. Zespół potrzebował czasu, by kreowane okazje i dobre momenty w spotkaniach zamieniać na punkty. Tym bardziej, że z niepokojącą regularnością przytrafiały się błędy indywidualne obrońców. Ostatnio wysoką cenę za takie potknięcia zespół zapłacił w Sewilli, gdzie Umtiti z pomocą Busquetsa w zasadzie sprezentował gospodarzom dwie bramki. A że nic nie chciało wpaść do siatki po drugiej stronie boiska, to efekt mógł być tylko jeden. Podobny scenariusz jest możliwy również dzisiaj, tym bardziej bez Araujo w składzie. Choć PSG także ma swoje problemy.
Nowa rzeczywistość w Paryżu
W poprzednim sezonie Paris Saint-Germain zdobyło mistrzostwo z wyraźną przewagą nad rywalami, mając na swoim koncie zaledwie trzy porażki i dwa remisy po 27 spotkaniach. COVID-19 nie pozwolił na dokończenie rozgrywek, ale nikt nie miał wątpliwości, że przepaść między liderem a resztą jeszcze by wzrosła. Na liczniku było też +51 w bilansie bramkowym. Trwający sezon jest dla ekipy z Paryża w tym kontekście nową rzeczywistością. Po 25 meczach PSG ma już osiem potknięć, w tym aż pięć porażek. To więcej niż Barcelona, ale nie to sprawia, że nerwowość klubowych włodarzy ostatnio wzrosła. Podopiecznych Mauricio Pochettino wyprzedza Lille, a zaledwie dwa oczka traci trzeci Olympique Lyon. Trudno też mówić o pechu, kiedy rywale prawie co mecz stwarzają po kilka okazji bramkowych, nierzadko oddając po kilkanaście strzałów. Zmiana trenera nie była przypadkowa.
Pochettino miał przede wszystkim ustabilizować defensywę. Siedem bramek straconych w ostatnich dziewięciu meczach (wyłączając Puchar Francji) to wynik dość przeciętny, ale nie to przykuwa największą uwagę. PSG dopuszcza średnio do ponad 12 strzałów na bramkę (12.4), z czego aż cztery trafiają w jej światło. Z tej perspektywy wyniki ekipy Pochettino są bardzo dobre. Barcelona to jednak zespół, który ma potencjał, by nie tylko wypracować więcej okazji strzeleckich, ale przede wszystkim zamienić znaczną część na gole. Tym bardziej, że defensywa PSG potrafi się zapomnieć, a Kean, Icardi czy Mbappe w defensywie za dużo nie dają.
Umiarkowany optymizm
Można by się dziś skupić na braku Neymara czy Di Maríi. Obaj w tym sezonie zdobyli już łącznie 16 bramek i dołożyli 13 asyst. To oczywiste osłabienie rywala. Bez nich PSG wciąż będzie jednak wystarczająco groźne, by Barcelonie Koemana wpakować kilka bramek. Nie ma też wątpliwości, że tylko jakiś specjalny plan Pochettino może uchronić dziś gości przed bombardowaniem ze strony Dumy Katalonii. Barça pod wodzą Holendra ma sporą łatwość tworzenia sytuacji strzeleckich, a Paryżanie pozwalają na dużo nawet ekipom z dołu tabeli ligi francuskiej. Można zatem nakreślić najbardziej prawdopodobny scenariusz dzisiejszego spotkania, nałożyć filtr wynikający z ostrożności na tym etapie rozgrywek i mamy mecz wyrównany, w którym zadecydują detale. Banał? Nie da się ukryć, że w podobny sposób można prognozować większość meczów fazy pucharowej Ligi Mistrzów, a tym bardziej pierwszych pojedynków. Zostawmy więc te dywagacje na kilka godzin przed meczem, bo już niebawem przekonamy się, czy Barcelona Koemana jest na tyle mocna, by choć namieszać trochę w tej Lidze Mistrzów. Umiarkowany optymizm jest chyba uzasadniony.
Komentarze (42)